środa, 31 grudnia 2014

Mikkeller - It’s Alive! (White Wine BA)


Mikkeller - It’s Alive! (White Wine BA) 8%ABV

Cena:  jedyne 33zł
Temperatura serwowania: ok. 8°C

Kolor: Barwa bardzo ciemnej miedzi, nieco wpada w rubinowy. Kojarzy mi się z kompotem. Klarowne.
Piana: Średnio obfita, za ta niesamowicie drobna. Opada powoli, przy czym pozostawia niesamowicie gęsty lacing na ściankach szklanki.
Zapach: Jest bardzo dziko od samego początku. Prym wiedzie silna kwaśność kojarząca się z kiszonką. W tle delikatny rozpuszczalnik oraz ocet winny. Dużo nut owocowych (jabłko, cytrusy). Wraz z ogrzaniem ujawnia się typowa nuta „stajenna”, nieco stęchła – bardzo przyjemna.
Smak: Spodziewałem się mocnego „kwacha”. Zostałem jednak nieźle zaskoczony. Baza okazała się mieszanką owoców z delikatnym karmelem. Masa dzikich smaczków, których pochodzenie ciężko jednoznacznie stwierdzić (drożdże czy leżakowanie w beczce?). Chmiel praktycznie nie występuje, a obecna goryczka wydaje się bardziej pochodzić od leżakowania w beczce (podobna do tej znanej ze skórki serów pleśniowych). Na finiszu wyraźne smaczki taniny oraz skóry.
Wysycenie: Na średnim poziomie. Przede wszystkim urzekło mnie swoją drobnością (musowanie).
Opakowanie: Etykietka bardzo prosta w formie, średniej urody. Pod sreberkiem goły kapsel, którego z wrażenia zapomniałem umieścić na zdjęciu.
Komentarz: Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi na myśl to Duke of Flanders z Szałpiw. Po namyśle stwierdzam, że w It’s Alive! Jest znacznie więcej dzikości, szczególnie w aromacie. Pomimo tego piwo nie jest w najmniejszym stopniu przesadzone. Niesamowicie bogate i kompleksowe. W trakcie degustacji stopniowo odkrywa swoje oblicze i pozwala się cieszyć wszelkimi niuansami przez długi czas. Do tego pomimo całkiem sporej zawartości alkoholu jest niesamowicie rześkie i pijalne. Pozycja obowiązkowa dla każdego entuzjasty piw dzikich.

Buxton – Rain Shadow Imperial Stout


Buxton – Rain Shadow Imperial Stout 11,8%ABV

Cena: 20zł
Temperatura serwowania: ok. 15°C

Kolor: Smoła.
Piana: Udało mi się zbudować całkiem sporą, drobną, o przepięknej ciemno beżowej barwie. Niestety dość szybko opadła do krążka. Przy tym poziomie alkoholu jest to jak najbardziej wybaczalne. Bardzo ładny lacing.
Zapach: Na pierwszym planie potężne uderzenie świeżo zaparzonej, czarnej kawy. Jest także oczywiście spora dawka kakao i gorzkiej czekolady czyli bardzo klasycznie. Alkohol bardzo delikatny.
Smak: Niesamowicie zaskoczyła mnie pijalność na wysokim poziomie. Piwo nie jest wcale tak gęste i treściwe jak się tego spodziewałem. Kawa oraz czekolada ustąpiły miejsca zdecydowanej, nieco ostrej paloności. Stąd też znaczna kwaskowość za którą nie do końca przepadam. Goryczka bardzo niska, gdzieś przepadła w body.
Wysycenie: Na średnim poziomie. Czyli całkiem spore jak na styl.
Opakowanie: Zdecydowanie najładniejsza z etykiet Buxtona. Przepiękna chropowata faktura papieru. Kapsel niestety golas.
Komentarz: Bardzo dobry RIS. Nie rzucił mnie może na kolana jednak muszę przyznać, że prezentuje bardzo wysoki poziom. Myślę, że spokojnie mógłby sobie poleżakować jeszcze jakiś czas i sporo na tym zyskać - mocne akcenty palonych słodów oraz alkohol nieco by się ułożyły.

Evil Twin – Yang


Evil Twin – Yang 10%ABV

Cena: ok. 20zł
Temperatura serwowania: okolice 10°C

Kolor: Przepiękna barwa klasycznej starej miedzi. Całkiem klarowne lecz w toni unosi się spora ilość drobinek chmielowych.
Piana: Potężna, obfita. Co prawda pomału opada leczy przy tym poziomie alkoholu jest to całkowicie do wybaczenia. Niesamowicie oblepia szkło.
Zapach: Na wejściu otrzymujemy potężne uderzenie aromatów chmielowych. Dominuje żywica i owoce tropikalne. Cytrusowość i lekka trawiastość ukryta z tyłu. Alkohol mocno odczuwalny – w połączeniu z chmielem i wysokim ekstraktem daje typowy efekt ziołowej nalewki.
Smak: Po aromacie spodziewałem się w smaku uderzenia słodyczy. Zostałem mile zaskoczony solidną goryczką, która nieźle sobie poradziła ze skontrowaniem ekstraktywności piwa. Alkohol obecny także i tu, jednak nie było to nic nieprzyjemnego.
Wysycenie: Nieco powyżej przeciętnego – bardzo adekwatnie do stylu.
Opakowanie: Etykieta dość ascetyczna w formie, jak i na temat samych parametrów piwa. Kapsel brandowany.
Komentarz: Solidne Imperial IPA. W dodatku nie słodkie jak to najczęściej bywa. Świetny balans – równowaga zachowana zgodnie z ideologią Yin i Yang. Pijalność na poziomie zwykłego Pale Ale (a przypominam, że piwo ma 10% obojętności). Bardzo miła choć krótka degustacja.

wtorek, 30 grudnia 2014

Mikkeller – Beer Geek Breakfast


Mikkeller – Beer Geek Breakfast 7,5%ABV

Cena: 16zł
Temperatura serwowania: ok. 15°C

Kolor: Niemal całkowicie czarna barwa. Pod światło można doszukać się nikłych ciemnobrązowych refleksów przy krawędzi szkła.
Piana: Niezbyt obfita i równie nietrwała. Na plus muszę zaliczyć jej przepiękną, brązową pianę oraz całkiem przyzwoity lacing.
Zapach: Na pierwszym planie zgodnie ze stylem (Oatmeal Coffee Stout?) znalazła się solidna porcja kawy. W tle dość słodka, mleczna czekolada oraz delikatna paloność. Wraz z ogrzaniem ujawniła się subtelna nuta wędzonki oraz alkohol (bardzo przyjemny).
Smak: Trzeba przyznać, że piwo nieźle miesza w ustach. Z początku wydaje się bardzo lekkie w odbiorze. Po chwili ujawnia się jednak dodatek owsianki w postaci lekkiego wyklejania i nieco oleistej faktury. Następnie atakuje kawa zmieszana z czekoladą. Jest mnóstwo owocowości oraz odrobina kwaśności – obie typowo pochodzenia kawowego. Paloność nieco ogniskowa, popiołowa – delikatna. Wiem, że wielu by się z tym nie zgodziło, ale dla mnie goryczka w tym piwie jest minimalna. Cała obecna wydaje sie pochodzić od kawy i palonych słodów, nie zaś chmielu. Alkoholu w smaku nie doszukałem się, gdyż został świetnie zamaskowany.
Wysycenie: Bardzo niskie, idealnie pasuje do tak śniadaniowego piwa.
Opakowanie: Jedna z fajniejszych według mnie etykiet Mikkellera. Na froncie frenchpress w którym przez kawę Mikkel Bjergsø przepuszcza na śniadanie stouty :D Kapsel golas z zamazaną datą.
Komentarz: Piwo jest naprawdę świetne. Szczególnie w kategorii stoutów z dodatkiem kawy. Nie ma się jednak co oszukiwać, że nie przyćmi oferowanymi doznaniami wielu RISów. Tak czy inaczej biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw, oraz także cenę, trzeba przyznać, że jest to naprawdę solidne piwo. Zdecydowanie polecam.

Clock – Sarah


Clock – Sarah 24blg 8,5%ABV 100IBU

Cena: ok. 16zł
Temperatura serwowania: ok. 15°C

Kolor: Nieco przypomina brunatną barwę Pepsi leczy wydaje się, że jest minimalnie ciemniej. Raczej klarowne.
Piana: Tu spotkał mnie nie lada zawód. Piana nie istnieje po prostu wcale. Lacing podobnie - żaden.
Zapach: Tutaj również szału nie ma. Główne nuty to kwaśność oraz popiołowość (nie ta przyjemna za którą przepadam). W tle lekka kawowość. W ślepym teście prawdopodobnie obstawiałbym Dry Stout zamiast RISu.
Smak: No tu jest na szczęście nieco lepiej. Pojawia się solidna kawa oraz nie tak gorzka jak chciałbym czekolada. Do tego solidna dawka kakao. Słody palone dały nieco taninowy efekt (ściąganie). Całość jest zaskakująco lekka w odbiorze jak na tak wysoki ekstrakt a alkohol praktycznie nie daje znać o sobie.
Wysycenie: Kompletnie zerowe – już wiem skąd brak piany. Także brak CO2 obwiniałbym o nijakość aromatów.
Opakowanie: Coś już mruczałem na blogu na temat świetnej szaty graficznej etykiet Clocka? To tym razem powiem, że to najlepsza ich etykieta – po prostu świetna. Jak zwykle mnóstwo informacji na kontrze. Kapsel golas.
Komentarz: Nieco jestem rozczarowany. Może to dlatego, że darzę Clocka jakimś dziwnym kredytem zaufania. Niestety piwna rewolucja idzie Czechom jak po grudzie. Pomimo tego jestem dobrej myśli. Kilka lat temu tak u nich jak i u nas ze świecą można było szukać rzemieślników warzących coś poza pilsem czy eurolagerem. Dziś dzieje się znacznie więcej. Może za kilka lat będzie mi dane skosztować czegoś absolutnie genialnego. A może szybciej?

Instagram