sobota, 6 czerwca 2015

Przemyślenia sprzedawcy szczęścia...


Właśnie minęło 12 miesięcy odkąd zostałem sprzedawcą piwa, trunku który dla wielu jest pocieszeniem, pasją, sposobem na życie lub też po prostu najlepszą z metod relaksu. Ujmując więc w skrócie – jest źródłem szeroko pojętego szczęścia. Przez ten rok naszło mnie kilka refleksji.
W połączeniu z moją naturalną skłonnością do pesymizmu zapewne nie wypadną pozytywnie, życiowych optymistów żegnam więc na progu wpisu ;)



Najsamprzód kilka słów o rynku. Przez ten roczek zmieniło się niemało. Może nie aż tyle, co na przestrzeni kilku lat (rynek ciut poważniej śledzę od 2008 r.), lecz ilość nowopowstałych browarów oraz piwnych premier skłania mnie do określenia całości jako paraboloidy hiperbolicznej (Piotr Pokora wyprowadzi mnie pewnie z tego błędu). Z jednej strony niezmiernie cieszy udział kolejnych piwowarów domowych na polu rzemieślniczym/kontraktowym. Raduje także coraz lepsza estetyka etykiet, sięganie po nowe/rzadkie style oraz kolejne piwne eventy.
Z drugiej jednak mam wrażenie, że polski craft złapał czkawkę. Co z tego, że nowości wysyp, skoro ogólny poziom mocno przysiadł? I naprawdę nie jest to kwestia mojego przyzwyczajenia smakowego, wygórowanych wymagań czy też ignorancji wobec polskich możliwości. Więc jeśli ja, w dużym stopniu piwny laik, który sensoryki uczył się po prostu poprzez lata degustacji narzekam, uwierzcie, że nie chcecie wiedzieć co niejednokrotnie słyszę na temat konkretnych piw od sędziów PSPD. Ale dobra koniec marudzenia na ten temat, umówmy się, że rynek nadal się dopiero przecież rozwija.

Teraz smęty na temat piwnej ludzkości. Tu także pojawi się kij o dwóch końcach (zaskakujące co?). Jestem pełen uznania dla tych którzy chętnie dyskutują na temat własnych piw, godnie przyjmują krytykę a nawet sami potrafią otwarcie przyznać się do błędu, a w razie ewidentnej porażki wycofać piwo. Sam choć nie sprzedaję własnych wyrobów, doskonale rozumiem, że to nad czym pracujemy miesiącami traktujemy jak własne dziecko, kiedy zaś ono zawodzi jest to także nasza porażka. Z porażki każdy jednak może wyjść z twarzą, uczciwie i honorowo. Nic jednak nie irytuje mnie tak jak „wszystkowiedzący” piwni specjaliści, którzy mnożą się jak grzyby po deszczu. Racja zawsze stoi po ich stronie a Ty jesteś co najwyżej pachołkiem niegodnym pić wytworzony przez nich mistrzowski trunek. Choć wiem, że moje pierniczenie w tym temacie nie ma prawa mieć wpływu na większość, to naprawdę na usta niesie się „Panowie, ogarnijcie się nieco, przetestujcie więcej piw. Nie tylko z polskiego ogródka, lecz światowej czołówki aby wydawać bardziej obiektywne opinie. Pokora jeszcze nikomu nie zaszkodziła” (oczywiście wedle uznania okrasić mniej stosownymi epitetami). Mam świadomość, że wielu jest na bieżąco w temacie, lecz czuję także, że w środowisku panuje swego rodzaju przyzwolenie na cwaniackie podejście (grupa wzajemnej adoracji). Obym się mylił.

Słówko o klyentach. Po trochu najbardziej irytująca grupa piwnej społeczności, lecz jednocześnie napawająca wielkim optymizmem. Zdarzają się prawdziwe perełki w postaci „piwnych znawców” twierdzących, że nie lubią dodatku słodu pszenicznego, palonego, wysokiej goryczki a także górnej fermentacji. Przy okazji czeskiej desitki nie tkną bo „Panie, przeca to woda jakaś farbowana jest”. Aż ręce świerzbią aby wysłać takiego „Janusza” po V.I.P. do biedry. Doskonale rozumiem, że większość ludzi nie ma ochoty wydawać powyżej 20% dochodu na piwo oraz pić RISy leżakowane w czymś tam. Trucia się jednak piwo podobnym chłamem nigdy nie zrozumiem. Jeśli chodzi o dostarczenie brakujących organizmowi procentów obojętności są do tego przeznaczone bardziej ekonomiczne trunki niż piwo. Kwestii smaku lepiej przecież chyba w ogóle nie poruszać…
Na szczęście coraz większa ilość osób odwiedzających piwne sklepy jest świadoma czego poszukuje lub też zdaje się na rady sprzedawcy. W większości przypadków ludzie stojący w takich miejscach za ladą mają twardą wątrobę, która pozwoliła im posiąść wiedzę na temat tego co na półkach stoi. Osobiście nie spotkałem się jeszcze z sytuacją aby osoba z drugiej strony lady nie umiała mi nic powiedzieć na temat butelki którą właśnie wymachuję. Nie wymagajcie jednak od sprzedawcy aby wiedział wszystko na temat pięciu nowości wstawionych tego dnia na półki. Jeśli jednak zawędrujecie do sklepu gdzie za ladą spotkacie większego piwnego laika od Was, to w najgorszym wypadku zawsze pozostają smartfonowe aplikacje skanujące dane piwo (szczerze polecam).

To na koniec wrzucę jeszcze kamyczek do ogródka zwanego Ratebeer. Coś mi się wydaję, że gro polskich konsumentów kompletnie nie pojmuje skali w jakiej ocenia. Widując przy mocno przeciętnych piwach noty na poziomie 4.5 czy 4.7 zastanawiam się czy powszechny dostęp do Internetu jest aby na pewno taki korzystny. Przecież tak wysoka punktacja jest zarezerwowana dla trunków niemalże genialnych, bez ewidentnych wad oraz posiadających przynajmniej większość cech pożądanych w danym stylu. Myślę, że celowe windowanie rodzimych produkcji nie przyniesie niczego pozytywnego. Osobiście wolę kupić piwo oceniane w okolicach 50tki i przekonać się, że wcale nie jest tak źle, niźli topowy (wg. punktacji) produkt browaru wypierdzielić w zlew doznając przy tym sporego zawodu.

Dobra, no to sobie nieco pomarudziłem. Idę wypełnić paszczę czymś chmielowym, co uczynić i Wam radzę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram