poniedziałek, 30 listopada 2015

Amager & Cigar City – Xiquic And The Hero Twins

Jest to kooperacyjny Imperial Stout z dodatkiem drewna cedrowego oraz czarnego pieprzu.


9%ABV Cena: ok. 35zł

W szkle piwo okazuje się być nieprzejrzyście czarne, nie brudzi przy tym jednak ścianek w sposób typowy dla najmocniejszych RISów. Piana choć wymuszona, utrzymuje się całkiem długo, pozostawia po sobie masę ciemnobeżowych koronek.

Nie czekając dłużej przechodzę do aromatu, gdyż jest on nie tylko ciekawy, lecz przede wszystkim niesamowicie intensywny. Jak trafnie określił to jeden z użytkowników Ratebeera, piwo pachnie po prostu nowiuteńkim humidorem. Potężna drzewność wpadająca niemal w kadzidło może przyprawić o zawrót głowy. Daleko w tle majaczą nuty gorzkiego kakao oraz kojarząca mi się z kardamonem przyprawowość. Brak alkoholu – aby mógł się przez to przebić musiałoby go być pewnie dwukrotnie więcej.

Smak nie rozczarowuje w najmniejszym stopniu. Drewno, taniny, garbniki oraz latakia - jeśli ktoś kiedyś miał przyjemność ćmić ten tytoń, to z pewnością wie o czym mówię. Sama baza wydaje się być zaskakująco lekka i pijalna. Balans jest zdecydowanie przesunięty w wytrawno-gorzką stronę, jednak nie jednoznacznie za sprawą chmielu (zastosowane odmiany to: Citra, Centennial, Chinook, East Kent Goldings oraz Herkules). Wysycenie jak na styl określiłbym mianem średniego, podobnie jak stopień rozgrzewania alkoholu w przełyku.


Przeciekawe piwo. Z jednej strony delikatna szczypta zapowiadanego pieprzu, z drugiej zaś potężny cios cedrową belą – przed otworzeniem spodziewałem się zupełnie odwrotnej sytuacji. Z początku ta agresywność daje się we znaki. Z czasem jednak – a uwierzcie mi, że butelka Xiquic wystarczy na ponad godzinę – staje się coraz bardziej intrygująca i przyjemna. Podsumowując: w kategorii RISa daleko poza moim osobistym TOP20, jednak jako ciekawe piwo z nietypowymi dodatkami wypada naprawdę wyśmienicie. Warto zrobić sobie raz na jakiś czas taką odskocznię od typowych interpretacji, nawet jeśli reprezentują absolutną czołówkę.

sobota, 28 listopada 2015

New Holland – Dragon’s Milk Bourbon Barrel Aged

23°blg 11%ABV 31IBU
Jest to Imperial Milk Stout leżakowany w beczkach po bourbonie przez 120 dni, warzony zaś już całkiem długo gdyż od 2001 roku.

Kolor: Zaskakująco jasny – spodziewałem się smoły, otrzymałem zaś klarowną brunatność kojarzącą mi się zdecydowanie bardziej z Oud Bruin.
Piana: Tu zdziwienia raczej nie ma, gdyż jest po prostu niska, nietrwałą oraz niechętnie oblepiająca szkło.
Zapach: Przede wszystkim kakao, gorzka czekolada oraz mleczność w tle. Niestety towarzyszy im odrobina zielonego jabłka. Poprawnie ukryto alkohol – wraz ze wzrostem temperatury nie staje się nazbyt drażniący.
Smak: Mleczna czekolada, wanilina, nieco miodu oraz rozgrzewające procenty. Brzmi niby dobrze, lecz całość jest zdecydowanie zbyt słodka a przede wszystkim jednowymiarowa. Aftertaste po prostu nie oferuje właściwie nic ciekawego poza wyklejaniem ust.
Wysycenie: Miękkie, gładkie i poprawne mówiąc w skrócie.
Opakowanie: Stylistyka etykiety całkiem niebrzydka. Jeśli jakichś informacji na niej Wam zabraknie, śmiało możecie posiłkować się stroną internetową – browar pisze na niej całkiem sporo o piwach. 
Podsumowanie: Przyzwoite piwo, lecz właściwie nic ponadto. Brakuje jakiejkolwiek kontry ze strony chmielu lub też palonych słodów. Także okres spędzony w beczce wniósł do tegoż trunku stosunkowo niewiele. Lubię stonowane wersje Barrel Aged, jednak dobrze gdyby podczas degustacji piwo ewoluowało. Tu zabrakło mi właśnie tej wielowymiarowości.

czwartek, 26 listopada 2015

Stillwater Contemporary Works – Surround

Jest to po prostu wędzony Imperial Stout.

10%ABV Cena: 3-4$

Kolor: Jak na styl przystało jest niemalże całkiem czarny. Do smoły mu jednak jeszcze sporo brakuje.
Piana: Pomimo przepięknej, orzechowej barwy okazuje się być mocno nietrwała. Także oblepianie szkła pozostawia wiele do życzenia.
Zapach: Rozczarowaniom nie ma końca. Aromat przede wszystkim jest niesamowicie słaby. I nie zawiniła tu zdecydowanie zbyt niska temperatura serwowania. Co prawda alkohol udało się zgrabnie ukryć, jednak jedynie czego można się doszukać to subtelna likierowość.
Smak: Tu jest odrobinę lepiej. Spora ilość gorzkiego kakao oraz dymnego popiołu na dłuższą metę jednak daje się we znaki. Całość pomimo, iż przyjemnie wykleja usta sprawia wrażenie ostrego – ciężko jednoznacznie stwierdzić czy od procentów, czy też od niemałej kwaśności pochodzenia słodowego.
Wysycenie: Okrutny ja – tu także mam zastrzeżenie – jest zdecydowanie powyżej średniego (nie tego oczekuję po tego typu piwie).
Opakowanie: Minimalistyczna stylistyka etykiety kojarząca się z duńskimi przodownikami browarnictwa.
Podsumowanie: Niestety muszę przyznać, że piwo mnie ewidentnie zawiodło. Najgorsze w tym jest chyba to, że nie zniechęciła mnie jakakolwiek ewidentna wada. Wtedy zrzuciłbym to na karb zainfekowanej butelki. Jak na złość jest to jednak nijakość na niemal każdym etapie degustacji. Jak widać nie wszystko przylatujące z USA okazuje się piwnym cudem (w co niektórzy nadal zawzięcie wierzą).

poniedziałek, 23 listopada 2015

Uiltje – Imperial Blablabla Bunnahabhain Barrel Aged

Drugie już z tej serii testowane przeze mnie Barleywine leżakowane w beczkach po szkockiej whisky, tym razem jednak z destylarni Bunnahabhain. Została ona zbudowana w latach 1881-1883, zaś dzięki ujęciu wody wprost ze wzgórza (jeszcze przed torfowymi pokładami) może poszczycić się najłagodniejszymi single malts na całej wyspie Islay.

13,4%ABV 65IBU Cena: 21zł

Wersja ta, jak i w poprzedniej odznacza się ciemnobrązową, brunatną barwą dość rzadko spotykaną w tym stylu. Piana również okazuje się być nietrwałą – towarzyszy w degustacji jedynie jako cienki krążek. Lacing bardzo subtelny.

Aromat iście likierowy. Sporo suszonych owoców oraz słodkiej wanilii. Słodycz ta jest odrobinę gryząca – kojarzy mi się z marcepanem, ewentualnie lukrecją. Wszystko podane ze sporą ilością alkoholu – nadal jednak bardzo przyjemnego.

Tu także jest dość agresywnie. Na szczęście mocna owocowa kwaskowość oraz procenty zostały skontrowane solidną, niemalże wyklejającą pełnią, którą dodatkowo zwiększa niskie i idealnie miękkie wysycenie. Aftertaste słodki, odrobinę drzewny (mokre, zbutwiałe). 

Tak jak w Auchroisk, tak i tutaj mamy do czynienia ze świetnym piwem. Choć wpływ starzenia w beczce wydaje się odrobinę słąbszy, z pewnością nie odbiło się to w negatywnym stopniu. Pozycja zdecydowanie warta zakupu (nie tylko ze względu na świetną cenę).

czwartek, 19 listopada 2015

Founders – Breakfast Stout

W skrócie: Imperial Oatmeal Stout z dodatkiem czekolady oraz dwóch rodzajów kawy.

8,3%ABV 60 IBU

Właśnie takiego koloru oczekuję do mocnych stoutów – nie jest to smoła, jednak określenia go jako czarny z pewnością nie jest użyte nad wyraz. Piana z początku średnio obfita, można ją nieco wymusić, lecz z czasem i tak opadnie do cienkiego krążka. Skąpy lacing.

W aromacie potężna dawka gorzkiej, deserowej czekolady oraz kakao. Kawa czarna, wyraźnie kwaskowa oraz jedna z moich ulubionych nut, mianowicie odrobina drzewnego popiołu. Po ogrzaniu nasuwają się skojarzenia z kwaśnym pumperniklem.

Smak odzwierciedla to co wcześniej dało się wyniuchać. Pełnia powyżej średniej, zaś faktura bliska wyklejaniu. Pomimo tego całość jest niesamowicie pijalna – głównie za sprawą idealnego balansu oraz całkowitemu ukryciu alkoholu. Niskie wysycenie jedynie potwierdza klasę tegoż trunku.

Wybitność tego piwa nie polega na oszałamiających doznaniach smakowych. Oczywiście są one bardzo ciekawe, wyraźne i adekwatne dla stylu. Fenomen jednak najprawdopodobniej tkwi w doskonałym wypośrodkowaniu tego wszystkiego. Jedno z niewielu piw, przy końcu degustacji których miałem ochotę otworzyć kolejną butelkę. Pozycja ze wszech miar godna polecenia.

Evil Twin Brewing – Ashtray Heart

8,9%ABV Cena: ok. 4,5$
Kolor: Jeśli to ma być czerń, to zdecydowanie lipna. Bardziej przypomina Coca-Colę.
Piana: Jak doskonale widać po zdjęciu jest okrutnie mizerna. Także jej lepkość nie odznacza się niczym nadzwyczajnym – bardzo niechętnie osiada na ściankach szkła.
Zapach: No nie jest dobrze. Główny motyw to skórka zielonego jabłka (aldehyd?). Wędzoność bardzo dymna, retronosowa. Na pochwałę za to zasługuje całkowite ukrycie alkoholu.
Smak: Tutaj odrobina gorzkiej czekolady została zestawiona z popiołem. O dziwo całość robi wrażenie wodnistości – ot taka woda zlana znad petów. Poza tym właściwie nic się nie dzieje – zrobić tak płaski Smoked Porter to wyzwanie nawet dla największych browarnianych nieudaczników.
Wysycenie: Zdecydowanie zbyt wysokie, szczypiące – jeszcze podbija odczucie lekkości piwa.
Opakowanie: Stylistyka etykiety oraz kapselek typowe dla browaru.
Komentarz: Po notach 97/98 na Retebeer można było spodziewać się zdecydowanie więcej. Według mnie butelka niemal na pewno była wadliwa. No cóż, może w kolejnym życiu uda mi się trafić na wybitny egzemplarz. Trzymajcie więc za to kciuki.

wtorek, 17 listopada 2015

Buxton Brewery – Bloc Head


Jest to kwaśny Saison lub jak mówi sam browar Farmhouse Pale Ale.


5,4%ABV Cena: 15zł

Kolor głębokiego złota, idealna klarowność, choć osadu na dnie całkiem sporo. Piana jak to często bywa w kwaśnych piwach opada z głośnym sykiem, przy czym odznacza się beznadziejną lepkością.

Aromat do beznadziejnych z pewnością nie należy. Zbożowość, żurkowa kwaśność oraz lekka przyprawowość nadały wiejskiego charakteru. Doszukałem się także nut serowych, korka oraz suchego, przykurzonego drewna. Można wąchać bez końca.

W smaku dominuje mineralna kwaśność rodem z Gose. Podbudowa słodowa odrobinę mydlana, oleista – kojarzy mi się z żytem. Wysycenie spore – nie odbiera na szczęście jednak doskonałej pijalności. 

Podsumowując - niby nie ujmuje niczym nadzwyczajnym, lecz pomimo tego jest zaskakująco przyjemne w degustacji. Na uwadze warto mieć jeszcze to, że przy tak doskonałym efekcie orzeźwienia recenzja w miesiącach letnich wypadłaby zapewne jeszcze pozytywniej.

sobota, 14 listopada 2015

White Pony – The Oracle


10,7%ABV Cena: 14zł
Kolor: Ciemna, odrobinę wręcz czerwonawa miedź. Wyraźnie opalizuje.
Piana: Już na samym początku degustacji opada do krążka. Na szczęście jest on całkiem solidny, utrzymuje się długo oraz chętnie osadza na ściankach szkła.
Zapach: Uderza przebogata owocowość – nie tylko typowe dla stylu suszone owoce (figi, rodzynki), lecz także sporo świeżych (winogrona, brzoskwinie, porzeczki). W tle ciemny karmel oraz cukierkowa słodycz – w połączeniu z lekkim alkoholem nadają likierowego charakteru.
Smak: Tutaj dopiero czuć potęgę karmelu. Lekko przypalanego, lecz jednak słodkiego niesamowicie. Na szczęście trochę kontruje go wyraźny alkohol – nie uznałbym tego za wadę w tym przypadku.
Wysycenie: Bliskie zeru – dokładnie tego oczekuję od angielskich interpretacji stylu.
Opakowanie: Bączek z etą w klasycznej stylistyce. Zamieszczono info o dodatku cukru dla podbicia ekstraktu oraz dacie przydatności do 2019 roku. Kapsel golas.
Komentarz: Pozycja całkiem niezła gdyby nie jedno – brakuje jakiejkolwiek kontry ze strony goryczki chmielowej. Ze 20IBU w górę z pewnością pozytywnie wpłynęłoby na moją ocenę. Jeśli jednak jesteś fanem angielskich nightcupów powinno zdecydowanie trafić w Twój gust.

Instagram