sobota, 24 grudnia 2016

Port Brewing – Santa’s Little Helper Bourbon Barrel Aged

Leżakowana wersja świątecznego Imperial Stoutu. Czystą bazę piłem dokładnie dwa lata temu i zapamiętałem ją na tyle pozytywnie, że wersję BA od razu zachomikowałem w mej piwniczce.

~22°blg 12%ABV Cena: 69zł (375ml)

Po przelaniu oczom ujawnia się czerń idealna niczym okulary chłopaków z Men in Black.
Piana niesamowicie ciężka do utworzenia – trzeba mocno wymuszać aby uzyskać efekt ze zdjęcia. Pomimo mych starań w ciągu kilku minut uległa woltażowi, redukując się do milimetrowej warstewki. Pocieszeniem okazały się ciemnobeżowe, lepkie koronki na szkle.

Intensywnością aromatów z piwem konkurować może tylko Star Cysterna lub niektóre pozycje Omnipollo. Piwo pachnie jak shake z wanilii burbońskiej i płatków mokrego drewna. W żadnym wypadku jednak nie jest jednowymiarowym. Na kolejnym planie czai się bowiem deserowa czekolada, bakalie (tak suszone owoce jak i orzechy) oraz świąteczny piernik nafaszerowany cynamonem. Dzieło wieńczy słodko-kwaśna, kandyzowana wiśnia.

Niemalże równie pozytywnie prezentuje się smak. Pomimo teoretycznie ciężkiej bazy piwo wcale ulepkiem nie jest. Słodycz idealnie kontruje zaskakująca wytrawność, gorzkie kakao oraz delikatny alkohol. Także umiejętnie dobrane przyprawy przeciwstawiają się ulepkowości nadając jedynie lekkiego świątecznego sznytu. W połączeniu z miękkim wysyceniem daje to efekt spotykany w najlepszych RISach. Złożoność oraz moc wszelkich niuansów mogłaby jednak stać na ciut wyższym poziomie.

Piwo po prostu TOPowe, spokojnie w 30 najlepszych Stoutów jakie miałem okazję pić. Mała butelka bez trudu dostarcza rozrywki na przynajmniej godzinną degustacje. Mikro braki w posmaku są w pełni wynagradzane całą resztą. Port Brewing (czyli właściwie Lost Abbey) jeszcze mnie nie zawiodło, a Santa’s Little Helper w wersji Bourbon jest zdecydowanie najlepszym ich piwem jakie wpadło w me ręce.

czwartek, 22 grudnia 2016

de Molen – Mooi & Meedogenloos Bourbon Barrel Aged

Bez większych dywagacji – RIS, leżakowany w beczkach po Bourbonie.

24,1°blg 11,2%ABV 33EBU Cena: 24zł (330ml)

Już po zdjęciu widać, że piwu odrobinę brakuje barwą do kompletnie smolistych przedstawicieli stylu. Nadrabia za to pianą – może niezbyt obfitą, lecz prześwietnie lepką, towarzyszącą niemalże do samego końca niespiesznej degustacji.

Nie spodziewałem się zaskoczeń w aromacie. Bourbon zazwyczaj pomimo swej intensywności jest mocno przewidywalny. Tu natomiast typowa wanilina usadowiła się dopiero na drugim jak nie trzecim planie. Prym natomiast wiodą słodkie, kandyzowane wiśnie. Nie zabrakło im otoczki, czyli deserowej, ciemnej czekolady. Procenty delikatne, odpowiednio postarzone w stronę utlenionej, brązowawej już Cherry.

W smaku już mamy potęgę słodkiej, gęstej i wręcz obezwładniającej wanilii burbońskiej. Akompaniuje jej nieco proszkowe kakao, suszone owoce oraz mokre, zbutwiałe drewno. Brak nut palonych, czy też dymno-popiołowych. Całość obłędnie miękka i zdradliwie pijalna.

99/90 według RateBeer… co Wam to mówi? Mi, że będzie pewnie spoko, ale urwania dupska też nie będzie. I tu staromodne „zdziwko”. M&M BBA to wypas. Prześwietnie ułożone, sporo oferujące, klasyka gatunku w śmiesznej cenie. Ok, są pozycje w palecie holenderskiego browaru bardziej porywające, lecz czy na pewno tak poprawne? Ja dziś czuję się sędzią ;) 

wtorek, 20 grudnia 2016

Tempest – Harvest IPA - Vic Secret Saison

Nazwa właściwie mówi wszystko – mamy tu do czynienia z hybrydą stylów. Ja rozpatrzę je bardziej w kategorii Saisona. W składzie doszukałem się także owsa, jest wiec szansa, że będzie gładko i przyjemnie (bez skojarzeń mi tu!).

6,7%ABV Cena: 24zł (660ml)

Piwo wyglądem rzeczywiście przypomina trunki typowe dla walońskiej wsi. Jaśniutka, niemalże słomkowa barwa o subtelnej opalizacji oraz bieluteńka, nadzwyczaj zwiewna, tworząca koronki na ściankach szklanki piana już same w sobie zapowiadają delikatną kompozycję.

Aromat nie pozostawia złudzeń co do belgijskiego rodowodu bazy. Zielony pieprz, goździk, odrobina słomy czy też przysuszonego drewna. Nie przykrywają one jednak stonowanego chmielenia w którym Vic Secret objawia się głównie w postaci liczi, słodkiej mandarynki i czerwonego grejpfruta. Alkoholu nie stwierdziłem.

Smak jest niemalże kontynuacją tego co otrzymałem wąchając piwo. Z małym zastrzeżeniem, a mianowicie zdecydowanie więcej tu cytrusowych naleciałości. Są bardzo złożone i nie tak proste do klasyfikowania bo oprócz mandarynki, pomarańczy i grejpfruta w niezbyt dojrzałym wydaniu otrzymałem gorzkawe Curaçao. Całość jest jednak nadzwyczaj lekka, drobno wysycona, nie zdradzająca swego jakby nie było wcale nie lekkiego woltażu.

Bardzo ciekawy Saison z umiejętnie dobranym, nie narzucającym się charakterem Nowej Zelandii. Do tego ma moją ulubioną cechę wszelakich Farmhouse Ale a mianowicie lekkość i genialną pijalność. Jedna z fajniejszych pozycji szkockiego browaru jaką testowałem do tej pory.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Amager – La Santa Muerte

Imperial Stout warzony z dodatkiem miodu oraz cukru Demerara, solidnie chmielony odmianami Herkules, Columbus oraz Simcoe.

10%ABV Cena: 27zł (500ml)

Przepiękna, bliska czerni bardzo stylowa barwa. W piwie unosi się jednak całkiem sporo kłaczków przypominających bardziej osady białkowe, niż chmielenie na zimno. Dość niska, lecz pozostawiająca sporo śladów na ściankach piana kojarzy mi się z tą spotykaną w cappuccino.

Dobra, niuchamy! Na wstępie przywitała mnie bombonierka pełna rozmaitych pralin. Trochę mlecznie, trochę gorzko, odrobinę alkoholowo. Potem przyszedł czas na lukrecję oraz syrop klonowy. Na finiszu wraz z ogrzaniem słodka wanilina oraz subtelna żywiczność (nie taka jak od Simcoe, bardziej pędy sosny, olejek aromatyczny wylewany na piec w saunie).

W smaku najbardziej urzekła mnie wyraźna, lecz idealnie tu pasująca paloność. Brak nut popiołowych czy też tytoniowych. Po prostu z pozoru ciężki do pogodzenia koktajl zmiksowanych słodów palonych z deserowymi czekoladkami, tu zgrywa się idealnie. Całość uzupełnia wyjątkowo „leśne” chmielenie rodem z naszego rodzimego Baliosa. Oczywiście jest ciut nazbyt alkoholowo, ale nie leżakując go nawet 2 miesięcy jestem w stanie to puścić w niepamięć.

Od dłuższego czasu Amager mnie jakoś mniej zachwycał. Tym razem jednak czuję się na nowo zdopingowany do testowania właściwie każdej ich butelki jaka nawinie się w moje ręce. Dodatkowo uwzględniając przelicznik cena/jakość w stosunku do pojemności duńskiego browaru jak zwykle okazuje się, że zrobiliśmy całkiem niezły deal. 

sobota, 17 grudnia 2016

Magic Rock – Inhaler

Pale Ale sklasyfikowane na pozycji #40 w Session IPA według RateBeer.

4,5%ABV Cena: 12zł (330ml)

Wyraźnie pomarańczowa, jednorodnie zmętniona barwa wyraźnie nawiązuje do nowofalowego podgatunku Juicy IPA. W toni wyraźnie widać unoszące się drobiny chmielu. Pianie niezbyt okazała jak i podobnież trwała. Na pocieszenie ozdobiła ścianki Craft Mastera pięknymi, śnieżnobiałymi firankami.

Aromat bardzo rześki. Sporo lupulin, nut granulatowych wręcz, nie brak jednak też cytrusowości w postaci soku z czerwonych, słodkich grejpfrutów. Całość zadowalająco intensywna, nie skażona nutami utlenienia.

Już pierwszy łyk wyjaśnił mi dlaczego piwu bliżej do IPA, niż lekkiego Pale. Goryczka jest naprawdę intensywna, a co jeszcze lepsze zaskakująco krótka. Świeżo starty cytrusowy zest, subtelna ziołowość oraz bardzo delikatne, pozbawione zbędnych karmeli oraz częstej zbożowości body to świetne połączenie.

Jestem bardzo mile zaskoczony. Jedno z najlepszych Pale Ale jakie miałem okazję pić. Orzeźwiające i lekkie, a przy tym nie pozbawione charakteru. W przeciwieństwie do rodzimego Sharka, który znalazł się z czołówce tej tabeli odnalazłem jeszcze jedną fajną cechę Inhalera – idealny balans. Do tego świetna cena i prześliczna puszka. Nic tylko powtórzyć. 

czwartek, 15 grudnia 2016

Świątecznie

Kto mnie zna ten wie, że za świątecznymi piwami zdecydowanie nie przepadam. Typowa masa często źle skomponowanych przypraw rodem z grzańca nie należy do mych ulubionych i poszukiwanych cech w piwie.  Czasem dobrze jednak zrobić sobie odskocznię od tego co pija się na co dzień i zapuścić się w mniej doceniane rejony piwnych stylów. Poniższe piwa są tego świetnym przykładem.

AleBrowar – Saint No More 2016
 
16°blg 6%ABV 40IBU Cena: 7,5zł (500ml)

W obecnym roku mamy do czynienia z kokosowym Porterem. Dla przypomnienia wersja 2012 to Christmas Ale, 2013 Simcoe IPA, 2014 i 2015 to Black IPA z czego późniejszy rocznik był wersją podwójną z dodatkiem żyta.

Wyglądem pod względem barwy oraz piany piwo prezentuje się całkiem zacnie i właściwie do niczego przyczepić sienie sposób. W aromacie oczywiście prym wiedzie zapowiedziany już kokos. Nie jest on jednak tak intensywny i słodki jak to bywa w przypadku piw Barrel Aged (tu przodują zdecydowanie beczki po Rumie), lecz jest wytrawny i stonowany. W tle nieco kakao i kardamonu. W smaku mamy do czynienia z krótką, także niezbyt słodką waniliną, kokosem oraz mleczną kawą. Równie mlecznym i słodkim w przeciwieństwie do pierwszych doznań jest posmak. Całość fajnie ułożona i pomimo, że skład na to niby nie wskazuje to delikatnie świątecznie pikantna.
Zdecydowanie najlepszy SNM jaki do tej pory miałem okazję testować.

Artezan – To Young To Be Herod
 
18,5°blg 8%ABV Cena: 16zł (500ml)

Troszkę mocniejszy Stout z dodatkiem skórki pomarańczowej i ziaren kakaowca, w tym roku dodatkowo wzbogacony tonką.

Niemalże całkowita czerń oraz drobna, orzechowa piana nie pozostawiają złudzeń co do tego, iż bazą jest solidny Stout. Piwo przede wszystkim powala jednak aromatem – pachnie po prostu niczym najwyższej klasy świąteczny piernik. Kakao, masa bakalii oraz lekka pikantność to absolutnie wszystko czego wymagam od Christmas Ale. Nie gorszą klasę prezentuje smak. Jest przyprawowo ale balans oraz nieprzesadzony poziom dodatków to istny majstersztyk którego nie powstydziłyby się takie browary jak Prairie czy The Bruery. Lukrecja, wanilina, kakao, kokos, kardamon, pomarańcza i szczypta tytoniu to tylko część tego czego można się doszukać. Herod to po prostu światowa czołówka i potwierdzenie mojej stałej tezy, że Artezany to kompletny TOP naszego polskiego piwowarstwa. Panowie – czapki z głów!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Préaris Quadrocinno

Piwo zaliczane przez RateBeer do Quadrupli. Dość nietypowym jest jednak zastosowanie dodatku ziaren kawy (Costa Rica). Powstało natomiast w doskonale każdemu znanym De Proefbrouwerij.

10%ABV Cena: 13zł

Brunatna z pozoru barwa dopiero pod światło odkrywa swój urok mieniąc się rubinowymi refleksami jakich nie powstydziłby się najlepszy Doppelbock czy też inszy „belg”. W toni unosi się jednak mnóstwo drobinek. Piana jak na prawdziwego Quada przystało wysoka, szybko opadająca, lecz pomimo tego pozostawiająca mnóstwo koronek na ściankach szklanki.

Aromat to także klasyka w najlepszym wydaniu. Masa rodzynek, kwaśnych śliwek i kandyzowanej wiśni, a wszystko to skropione odrobiną ciemnego miodu. Wraz z ogrzaniem ujawniają się procenty, lecz do końca degustacji  utrzymują się na akceptowalnym poziomie.

W smaku mamy właściwie kontynuację nut typowych dla stylu. Dodatkowo dochodzi tu jeszcze subtelna ziemistość, którą piwo najprawdopodobniej zawdzięcza kawie. Całość jest jednak zdecydowanie zbyt płaska, piwo po prostu brakuje mocy (oczywiście nie chodzi mi o woltaż, ten jest całkiem w porządku). Małym pocieszeniem niech będzie typowo belgijskie wysycenie – nieco wyższe, bardzo drobne.

Podsumowując zatem: w pełni ukontentowany nie jestem. Zabrakło mi tak jakichś ciekawych nut pochodzenia kawowego, jak i ogólnej intensywności doznań. Piwo wypada bardzo przeciętnie na tle wszelakich ciemnych belgów i jako takie ląduje w morzu zapomnianych przeze mnie Dubbli, Quadów czy też o zgrozo Trapistów. 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Mikkeller – Porter oraz Porter Bourbon Barrel Aged

Cóż my tu mamy? Ano jak sama nazwa mówi po prostu klasyczny Porter. W wersji bazowej oczywiście oraz leżakowanej w beczkach po Bourbonie. Dodatkowo podnoszącą rangę piwa jest informacja, że oba znalazły się w rankingu RateBeer w TOP50 najlepszych Porterów (#9 i #35 BA).


Jeśli chodzi o wygląd to piwa właściwie niczym się nie różnią. Czernią ani na krok nie ustępują wersjom z krajów nadbałtyckich, co zaś się tyczy piany to myślę, że spokojnie mogłaby konkurować z tą z Guinnessa serwowanego z azotowym widgetem. Równie poprawnie mamy w obu przypadkach zaakcentowane nagazowanie – różnica w porównaniu do wszelkiej maści Stoutów jest widoczna gołym okiem.

7,4%ABV Cena: 18zł (330ml)

Aromat wersji bazowej to absolutna czołówka jeśli chodzi o styl. Masa ciemnych oraz suszonych owoców, migdały, czekoladowe praliny, a nawet szczypta ogniskowego popiołu, który w większej dawce byłby przecudownym składnikiem Imperial Stoutu, tutaj jednak pełni rolę wisienki na torcie.

Ilość i różnorodność niuansów w smaku również wypada nadzwyczaj pozytywnie. Potężne uderzenie gorzkiego kakao po chwili przechodzi w łagodną, mleczną czekoladę. Tu także ujawnia się przyjemna, rzekłbym wręcz angielska chmielowa ziołowość. Całość posiada cudowny balans i lekkość – nie ma tu mowy o jakichkolwiek procentach.

 
7,4%ABV Cena: 60zł (375ml)
Dobra przechodzę zatem to tego co najciekawsze czyli wersji Barrel Aged.
Pierwsze niuchnięcia już zwiastują kontakt z drewnem. Oczywiście można się było spodziewać, że główna dominantą będzie wanilina. Jej profil jest jednak o tyle fajny, iż zdecydowanie bardziej idzie w stronę wytrawną, niż niejednokrotnie spotykanego słodkiego ulepku.

Prawdziwe Barrel Aged objawia się jednak w smaku. I to nie tylko dzięki jeszcze bardziej obecnych tu nutach szlachetnej wanilii. Doskonale udało się bowiem uchwycić charakter mokrego, butwiejącego lekko drewna nie dostarczając piwu nazbyt wielu tanin. Zdecydowanie podkręcona wydaje mi się także owocowość – z jednej strony nutami ciemnych winogron, z drugiej zaś wędzoną, lekko dymną śliwką. W posmaku króluje niepodzielnie również wcześniej nie spotkana kandyzowana wiśnia.

Czas na małe podsumowanie i refleksję. Oczywiście oba piwa jak widać okazały się wyśmienitymi. Doskonale rozumiem czemu wersja nieleżakowana znalazła się w tym rankingu wyżej – jest po prostu w 100% klasyczna, spełniająca absolutnie wszystkie wymagania stylu na wysokim poziomie. Barrel Aged to mała wariacja, jednak również nie pozbawiona klasy.

Swoją drogą miałem drobne obiekcje przed zakupem BA, które nawet jak na ceny piw Mikkela kosztowało nie mało. W tej kwocie spotykamy zazwyczaj zdecydowanie bardziej pokręcone piwa z różnorakimi dodatkami. Tym razem jednak nie żałuję nawet po trosze. Duńczyk dobrze wiedział w jakie beczki leje i co z tego wyszło, a cenę po prostu ustawił adekwatnie do poziomu jaki prezentuje sobą piwo. Jak widać czasem dobrze zaryzykować nieco, gdyż efekt finalny potrafi nas nie lada zaskoczyć.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Emelisse – White Label Imperial Russian Stout Ardbeg Barrel Aged

Moja ulubiona seria zmieniła nieco szatę graficzną. Tym razem mamy na tapecie solidnego RISa leżakowanego po mocno torfowym Whisky czyli Adrbegu.

25,5°blg 11%ABV 90EBU Cena: 21zł (330ml)

Barwa to oczywiście klasycznie już nieprzejrzysta czerń – jaśniejsze odstępstwa od tego stanu skutkowałyby wyraźnym minusem. Piana wymagająca lekkiego wymuszania, lecz pomimo tego drobna niemal jak na azocie oraz całkiem lepka.

Aromat zaskakuje wręcz wędzonością. Zazwyczaj nawet torfowa beczka nie jest w stanie nadać mocno wędzonych nut. Tu natomiast bez dwóch zdań nie brakuje bandaży oraz jemu podobnych szpitalnych klimatów. Imperialnej bazy niewiele – ot szczypta gorzkiego kakao, popiołu oraz subtelne procenty.

Smak jeszcze bardziej atakuje destylarnią. Podkłady kolejowe i tlące się kable to główne dominanty. Nie brak także mlecznej czekolady, odrobiny leśnych owoców oraz nieco alkoholowych pralin. Całość jednak zaskakująco lekka (to raczej plus), bez tendencji do ewoluowania podczas degustacji (tu jednak niestety zdecydowanie in minus).

Bardzo poprawny Smoked Stout. W życiu bym jednak nie powiedział, że tak potężną wędzoność może wnieść sama beczka. Oni po prostu musieli tu coś dymnego sypnąć. Zabrakło mi jednak nieco samej bazy w tym wszystkim oraz fajnego drewna które zazwyczaj oferuje beczka. Tu pod natłokiem torfu nieco to podupadło. Pomimo tego warto wydać 2 dyszki na taką pozycję. 

piątek, 25 listopada 2016

Bell's – Two Hearted Ale

Ot po prostu IPA. Za to mocno na TOPie.

7%ABV Cena: 17zł

Z wyglądu piwo charakteryzuje się klasyczną, niczym nie odbiegającą od większości niefiltrowanych Ale mętnością. Piana może nie oszałamia swą obojętnością, lecz z pewnością może poszczycić się niezłym lacingiem oraz obecnością do ostatnich sekund degustacji.

Wącham – no nie, jest utlenienie (miód wielokwiatowy). Po chwili do głosu dochodzą jednak ciekawsze nuty: sporo skórki słodkiej pomarańczy, trawa cytrynowa, słodki melon oraz cień lepkiej żywicy. Oczywiście brak jakichkolwiek śladów mogących sugerować woltaż.

Smak przywitał mnie solidną, acz nie zalegającą nazbyt goryczką. Na jej profil składają się głównie ciężkie żywice oraz mocno kontynentalna ziołowość. Wszelakie cytrusy zaś ograniczone zostały do minimum. Pomimo lekkich wtrąceń słodowych (spowodowanych głównie utlenieniem) baza nadal jest lekka, kontrująca jedynie chmielowość.

Mówiąc w skrócie całkiem nieźle podstarzałe IPA. Większość przedstawicieli tego stylu znosi bowiem upływ czasu (jak i kilometrów!) w sposób wręcz tragiczny. W odniesieniu jednak do tego, co miałem okazję pić ze szczytu rankingu, czy też choćby rodzimych IPA’s mogących pochwalić się nienaganną świeżością Two Hearted wypada niestety mizernie. No cóż, pozostaje przełknąć rozczarowanie w oczekiwaniu na solidniejszy egzemplarz.

sobota, 19 listopada 2016

Schneider Weisse – Tap X Mein Cuvée Barrique

Jest to podwójny koźlak pszeniczny, a dokładniej połączenie Tap 6 i Aventinus Eisbock, leżakowany we francuskich dębowych beczkach po Chardonnay.

9,5%ABV Cena: 23zł (375ml)

Barwa właściwie klasyczna dla stylu – bardzo ciemna, bliska brązowi miedź, pod światło wpadająca w rubinowe refleksy. Całkowity brak piany tłumaczę dwoma względami – woltażem oraz beczką.

Właśnie ta beczka wiedzie prym w aromacie. Potężna owocowość, lekki ocet i winność, piwnica, delikatna skóra i mokre (butwiejące wręcz) drewno to zdecydowanie więcej niż bym oczekiwał. Na tym jednak nie koniec, gdyż nie brak też przebijającej się bazy w postaci suszonych owoców, karmelizowanego cukru oraz subtelnego banana. Nawet po ogrzaniu ciężko doszukać się tu procentów.

Smak to już prawdziwa petarda. Spodziewałem się wyraźnego zaoctowania, natomiast ku zdziwieniu mych kubków smakowych otrzymałem solidną wanilinę (wytrawną!), likier winogronowy, miód i szczyptę camemberta. No ok, jest też kropla balsamico – bardzo tu pasująca. Całość gładka, ułożona. Lekkie rozgrzanie przełyku poczułem dopiero w 2/3 butelki.

Jak doskonale widać Niemcy potrafią zaskakiwać. Nie żebym twierdził, że wszelakie Weizeny, Alty i Bocki to nuda (niejednokrotnie potrafią więcej urwać niż masa bezpłciowych IPA’s), jednak ichniejsze projekty spod znaku Barrel Aged nadal są u nas ciężkie do upolowania, więc gdy się już pojawią potrafią wywrzeć spore wrażenie. Swoją drogą myślę, że już sam nieleżakowany blend miał spory potencjał. Beczka jedynie zwieńczyła dzieło czyniąc zeń prześwietną pozycję.

czwartek, 17 listopada 2016

Mikkeller – Kaffestout

Jak łatwo się można domyślić już po nazwie mamy do czynienia z Coffee Stoutem. Dodatkowo w składzie doszukałem się laktozy – spodziewam się zatem czegoś w lekko mlecznym stylu.

6%ABV Cena: 17zł (330ml)

Barwą jednak piwo zdecydowanie bardziej przypomina nieprzejrzyście czarne espresso. Przepiękna, orzechowo-beżowa piana utrzymuje się aż do ostatniego łyku degustacji, przy czym przepięknie oblepia ścianki szklanki gęstymi koronkami.

Aromat to oczywiście potężny kawowy kopniak. Nie jest jednak w najmniejszym stopniu monotonny, gdyż występuje tu także spora owocowość (borówka, jeżyna, malina) oraz czekoladowy shake rodem z MC’s.

Jeszcze bardziej zachwyca smak. Mamy tu niemało owocowej kwasowości, pozostawiającego suchość w ustach kakao i laktozowej pełni, zaś na finiszu szczyptę ogniskowego popiołu. Całość smakuje niczym wypasione coldbrew. Chyba nie muszę dodawać, że nie pojawił się ani cień alkoholu? No tak, to oczywiste.

Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że Kaffestout to piwo kompletne. Niczego mu nie brakuje, żadnej ze składowych nie jest zbyt wiele. Po prostu pozycja wyczerpująca w 100% założenia stylu, przy której to można siedzieć godzinami nie nudząc się w najmniejszym stopniu. Jednym słowem cudeńko za na prawdę śmieszne w porównaniu do jakości pieniądze. 

czwartek, 10 listopada 2016

Põhjala & To Øl – Ginie

Jest to Gose z mnóstwem dodatków: różową solą himalajską, kolendrą, jagodami jałowca, pędami świerku, płatkami róży, rozmarynem oraz imbirem. Uff, sporo tego.

4,2%ABV Cena: 15zł (330ml)

Pomarańczowa w TeKu barwa, mocne, jednorodne zmętnienie oraz właściwie całkowity brak piany to cechy często w Gose spotykane, a więc całkowicie wybaczalne.

Także pierwsze niuchnięcia zdradzają styl, gdyż piwo pachnie po prostu kamieniem (typowa mineralność). Całość dodatków tworzy odpowiednio zbalansowaną i subtelną kompozycję. Jeśli już miałbym wskazać na najciekawiej wybijający się składnik, to będą nim płatki róży.

Smak jest chyba jeszcze bardziej harmonijny. Delikatna słoność kontrowana jest przez przyjemną pełnię, którą dodatkowo podkreśla nieco niestylowe, ekstremalnie niskie wysycenie. Zgrabnie uniknięto kolendrowych mydlin, imbirowej ostrości czy też zbytniej żywiczności świerku. Udało się natomiast przemycić nieco słodkich cytrusów.

Odnosząc się do stosunkowo niskich ocen piwa (49/28) muszę przyznać, że wywarło ono na mnie na prawdę bardzo pozytywne wrażenie. Jego najmocniejszą stroną jest idealne wyważenie poszczególnych składowych, które jedynie podbija i tak już przecież świetną pijalność. Dobra, kooperacyjna robota. Z nieskrywaną przyjemnością poznam więcej pozycji będących efektem tak udanej współpracy.

czwartek, 3 listopada 2016

de Molen – Weer & Wind Bourbon Barrel Aged (2016)

Jest to po prostu potężne Barleywine, chmielone jedynie czeską odmianą Premiant, leżakowane w beczkach po Bourbonie.

27°blg 12,4%ABV 28EBU Cena: 24zł (330ml)

Piwo swym ciemnym, miedzianym kolorem przypomina nieco naszego rodzimego Burgundowego Łowcę, a tym samym wpisuję się stylistyką w klasykę angielskich interpretacji stylu. Marność piany oczywiście wybaczam – w tego typu mocarzach jest to całkowicie normalne.

Już pierwsze niuchnięcia zdradzają leżakowanie. Słodka, ciężka wanilina oraz mokre drewno to nuty których mogłem się spodziewać. Zaskoczył mnie natomiast ewidentny aromat słodkiego koziego sera (If you know what I mean), swoją drogą jeden z moich ulubionych kulinarnych niuansów (w piwie obstawiam jednak mniej pożądany kwas kaprylowy). Sporo także owoców – głównie czerwonej porzeczki. Ciężko natomiast doszukać się procentów.

Smak to już istna poezja spod znak leżakowanych w drewnie „barlejów”. Masa suszonych owoców (morele, wiśnie, śliwki i rodzynki) została zgrabnie zestawiona z lekką przyprawowością wanilii, kokosa i cynamonu. Całość wyklejająca niczym miód pitny, lecz odpowiednio skontrowana przyjemnie rozgrzewającym woltażem, dzięki czemu ani trochę nie muląca.

Kolejna świetna beka od holenderskich młynarzy. Zresztą już sama baza musi robić wrażenie, zaś beczka dodała tylko kilka ciekawych nut. Nie mam problemu z wydaniem większej sumy na butelkę, ale chlanie tak ciekawych i dobrych leżaków za dwie dyszki to chyba coś co cieszy mnie najbardziej podczas degustacji. Spróbujcie zatem i Wy! 

wtorek, 1 listopada 2016

Tempest – Marmalade on Rye

Żytnie Imperial IPA z dodatkiem imbiru oraz zestu z 200 pomarańczy.

9%ABV Cena: 13zł (330ml)

Piwo zaskakuje niemalże idealną klarownością (minimalna opalizacja). Zbliżona do bursztynu barwa kojarzy mi się z angielskimi interpretacjami stylu. Ładnie natomiast wypada piana – zwiewna, drobna i niesamowicie lepka.

Moja butelka czekała kilka tygodni na swą kolej, co odbiło się negatywnie na aromacie w postaci nut typowo miodowych. Dodatek imbiru delikatny, lecz wyczuwalny, ciut pikantny – jednak mi osobiście kompletnie tu nie pasuje.

Smak ani po pierwszym, ani też po dziesiątym łyku nie urzeka goryczką. Jest wręcz trochę mdło i nazbyt słodko. Sytuacji nie poprawia zdecydowanie zbyt niskie wysycenie. Odrobina grejpfruta oraz syropu klonowego nie uczynią w mych oczach z tego trunku okazu wybitnego.

Może po części to kwestia zwlekania z degustacją, lecz mam prawo powróżyć, iż piwo miesiąc temu nie było diametralnie innym (na plus). Z przykrością muszę stwierdzić, że to najsłabszy egzemplarz ze stajni szkockiego browaru jaki przyszło mi do tej pory testować. 

poniedziałek, 31 października 2016

Kees – Peated Imperial Stout

Imperial Stout warzony z dodatkiem słodu Whisky, chmielony Fuggles oraz Sorachi Ace.

11,2%ABV 65EBU Cena: 17zł (330ml)

Trunek przecudownie czarny – dopiero po mocnym oświetleniu szklanki można przy brzegach zaobserwować krwiście rubinowe refleksy. Piana właściwie nie istnieje, gdyż tuż po nalaniu opada do beżowego krążka, który osadza się na ściankach pojedynczymi plamkami.

Aromat to oczywiście klasyka wszelakich Peated Ale czyli torf, lekkie kable i szpitalne klimaty. Na szczęście nie przykrywają one RISowej bazy w postaci deserowej wiśni, gorzkiej czekolady oraz brykietowego popiołu. Lekki alkohol zgrabnie dopełnia całości.

Również w smaku udało się osiągnąć fajny kompromis. Słodkie nuty dymnego Whisky zgrabnie skomponowano w mocno owocowe, gorzkie i wytrawne body. Właściwie jedyne czego mi brakuje to jednak wyraźniejszej pełni i głębi (choć może w połączeniu ze słodką wędzonością dałoby to mulący efekt). Ta lekkość ma jednak swoją zaletę – pije się to szybciej niż klasycznego Urbocka.

Uwielbiam tego typu perełki za śmieszne pieniądze. Piwo oferuje nie mało intensywnych niuansów, a przy tym utrzymuje całkiem niezły balans dzięki któremu nie powinno przytłoczyć nawet mniej obeznanych z tego typu wędzonkami. Jak dla mnie bomba. 

sobota, 29 października 2016

Zapiekany Camembert

Camembert zapiekany z czosnkiem, polany redukcją z balsamico oraz Imperial Stoutu, doprawiony rozmarynem, tymiankiem oraz czerwonym pieprzem.


Proszę nie żydźcie na serze – kupcie porządny francuski, najlepiej z jak najkrótszą datą zamiast jakichś turków z topionym w środku.

Ser nacinamy i wypełniamy pociętym w słupki czosnkiem. Mocny stout zredukowałem na patelce z odrobiną octu balsamicznego. Na koniec lekko doprawiłem i przetransportowałem wprost w piecznik nagrzany lekko poniżej 200°C. Po 20 minutach prezencja serka idealnie zmiękła.


Wcinam na gorąco wraz z chrupko przywęglonymi grzankami. Polecam Tadzik Seropiwosz.

piątek, 28 października 2016

Põhjala – Must Kuld Kenyan Coffee Edition

Kolejna wariacja tegoż piwa, tym razem z dodatkiem kawy Kenya Tegu AA. TOP50 w Porterze według RateBeer.

7,8%ABV Cena: 17zł (330ml)

Barwa jak w wersji klasycznej – ot ciemnobrunatna, klarowna. Wysoka i sycząca głośno piana opada po kilku minutach, by już do końca degustacji towarzyszyć mi w postaci kilkumilimetrowej warstewki. Pozostawia ładne koronki.

Muszę przyznać, że aromat mnie lekko zaskoczył. Pierwszą bowiem wyczuwalną nutą nie jest kawa, lecz mocna owocowość w postaci musu z malin i poziomek. Czarny napar ujawnia się dopiero po chwili, jednak nadal tłumiony jest przez inne ciekawe nutki takie jak ziemistość, tytoń i lekka paloność.

Zdecydowanie klasyczniej ma się kwestia smaku. Gorzkie kakao, praliny, suszona, nieco dymna śliwka oraz karmelizowany cukier to cechy właściwie typowe dla stylu. Odrobinę zbyt wysokie jak na jego ramy okazało się nagazowanie – stąd też najprawdopodobniej wysokość i głośność piany.

Trzecie już pite przeze mnie wcielenie Must Kuld (pozostało mi jeszcze dopaść Raspberry i Bourbon) okazało się najlepszym jak do tej pory. Nadal jednak pozostawia pewien niedosyt i nie jest w stanie wywindować Põhjali na szczyty listy moich ulubionych browarów. W kategorii solidnej pozycji za niedużą kasę należy się jednak uznanie. 

środa, 26 października 2016

Browanza – My Horse Is Amazing

Na cóż by nazwa nie wskazywała, to powiem wprost – mamy do czynienia z Brett Ale.

14°blg 5,5%ABV 35IBU

Kolor ciemnego soku pomarańczowego, właściwie wpadającego już w jasną miedź. Zmętnienie niczym w klasycznym bawarskim Weizenie. Równie pozytywnie prezentuje się piana – tak gęsta i trwała jest rzadkością w piwach dzikich.

Aromat bez dwóch zdań wyraźnie belgijski. Z jednej strony potężna wręcz, słodka brzoskwinia, z drugiej zaś nuty skóry, siana oraz suchego drewna. Wraz z ogrzaniem całość coraz bardziej przypomina mi mojego pierwszego Bretta – głównie za sprawą pojawiającej się kiszonej kapusty.

Nachmielenie na ponad 30IBU jest jak najbardziej wyczuwalne – goryczka jednak przypomina zdecydowanie bardziej drożdżową, czy też wręcz serową, niż pochodzącą od zielonego pnącza. Nie brak nut ziemistych i piwnicznych, a także (o zgrozo) cebulowych, o które obwiniam chmielenie kultowym już pod tym względem Summitem.

Podsumowując – jest ciekawie i specyficznie, lecz całość niezbyt się ze sobą komponuje. W efekcie otrzymałem piwo, które może i spełnia ogólne założenia stylu, jednak jest niestety okrutnie niepijalnym (330ml męczyłem blisko godzinę). No cóż, pozostaje mi czekać na kolejne, mam nadzieję, że już komercyjne dzikusy Browanzy.

poniedziałek, 24 października 2016

Kompaan – 39 Bloedbroeder

Imperialny Stout z… opłatą pocztową? Wybaczcie kiepski jestem z holenderskiego, a tłumacz google niestety nie ułatwia sprawy.

9,1%ABV 62EBU Cena: 13zł (330ml)

Barwa bliższa Porterom niż Stoutom – ciemna, lecz nie czarna, pod światło wręcz ciemnorubinowa niczym w mocnym Bocku. Piana niska, drobna i całkiem trwała gdyż w postaci kilkumilimetrowego krążka towarzyszyła mi do końca degustacji.

W aromacie otrzymujemy jedno z przyjemniejszych dla mnie połączeń – czarna, odrobinę kwaskowa kawa oraz nieco ogniskowego popiołu. Nie brak także czekolady oraz nut ciemnych owoców leśnych.

Smak przywitał mnie sporą wytrawnością. W połączeniu z wyraźną kwaśnością pochodzącą od palonych słodów daje to lekko szorstki efekt. Brak tu pełni, gładkości oraz jakiegokolwiek wyklejania za które tak się przecież ceni RISy. Dobrze, że chociaż ukryto alkohol, gdyż w połączeniu z nim byłoby naprawdę miernie.

No cóż, tym razem obyło się bez szału. Bloedbroeder nie jest złym Stoutem, również u nas w kraju rodzime browary niejednokrotnie wypuszczały tego typu piwa na porównywalnym poziomie. Osobiście jednak spodziewałem się ciut wyższego poziomu i po cichu liczyłem na pozytywne zaskoczenie. Może kolejnym razem się uda…

czwartek, 20 października 2016

Lambrate – Imperial Ghisa

Wędzony Porter Bałtycki. Pozycja #7 (TOP50) w kategorii Smoked według RateBeer.

20°blg 8,5%ABV Cena: 23zł (330ml)

Odcień nawet jak na Porter wydaje się być wyjątkowo ciemny, bliższy mocnemu Stoutowi. Piana niestety nie zaskakuje niczym pozytywnym – jej mizerny krążek utrzymuje się dosłownie kilka minut zaś śladów na szkle należy szukać przy pomocy lupy.

Na szczęście dużo ciekawsze rzeczy dzieją się w aromacie. Już na wstępie przywitał mnie on delikatną, lecz nadzwyczaj słodką, kojarzącą się z Whisky wędzonością. Tło dla niej stanowią kandyzowane, równie ulepkowe owoce. Dymna kontra pojawia się dopiero wraz z ogrzaniem.

Smak ujmuje złożonością. Lekkie nuty paloności, popiołu, gorzkiej czekolady oraz czarnej kawy zostały zestawione z owocowością przypominającą kisiel z jeżyn, borówek oraz malin. Smaczki wędzone okazały się być nadzwyczaj łagodne – zdecydowanie bliższe tlącemu się cygaru, niż biwakowemu ognisku z tłustą kiełbasą. Jednak nawet przez tę całą lekkość piwa nie przebija się choćby lekki alkohol – to zdecydowanie cecha godna uznania.

Butelka Ghisy leżakowała u mnie dobrą chwilę. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak stonowanej wędzonki, raczej pozycji lekko agresywnej i jednowymiarowej. Tym pozytywniej zostałem zaskoczony degustując piwo doskonale ułożone, bogate, nie narzucające się zbytnią przesadą. Polecam szczególnie tym, którzy nie przepadają za wędzonkami – to doskonały trunek mający szanse zmienić Wasze postrzeganie wszelakich Smoked Beer.

poniedziałek, 17 października 2016

Omnipollo – Noa Pecan Mud Cake

Kolejny już Imperial Stout szwedzkiego browaru z dodatkiem aromatów.

11%ABV Cena: 32zł (330ml)

Wizualnie wszystko oczywiście na swoim miejscu – smolista, nieprzenikniona czerń oraz choć wymuszana, to jednak całkiem trwała piana o orzechowej barwie, oraz bardzo przyzwoitej lepkości względem ścianek mego piwnego naczynia.

Wszelakie naturalnie sztuczne, czy jak kto woli sztucznie naturalne aromaty jak zwykle robią spore wrażenie. Tak jak to miało miejsce w przypadku Yellow Belly głównym skojarzeniem są lody bakaliowo-orzechowe. Nie brak mleczności, słodkiej kawy oraz deserowej bezy. Całość na maxa intensywna, zakrywająca wszelakie ślady wysokiego przecież woltażu.

Nadzwyczaj podobnie ma się kwestia smaku. Jest on właściwie odzwierciedleniem roztopionych lodów polanych likierem kawowym. Potężnej słodyczy nie jest w stanie przeciwstawić się majacząca w tle paloność czy też niemalże nie rozgrzewający alkohol. W miarę ogrzewania Pecan Mud nie zyskuje wiele – nadal oferuje niesamowicie orzechową ferie doznań (ta jednowymiarowość jest niestety jednak dla mnie sporym minusem).

Przyznam się, że coraz trudniej mi się odnosić do tego typu piw. Z jednej strony nie sposób nie docenić kunsztu wykorzystania aromatów i co za tym idzie osiągnięcia na prawdę spektakularnych efektów. Z drugiej jednak takie aromatyczno-smakowe „kopy” coraz mniej mnie kręcą i na dłuższą metę bardzo nudzą. Nie tylko zamówienie kolejnego takiego piwa, ale także dopicie butelki 0,33l jest dla mnie trochę nużące. Rozumiem jednakże w zupełności, że i tego typu doznania mogą mieć swoich wiernych fanów. To właśnie dla nich ta pozycja. Ja po wersję Barrel Aged z pewnością nie sięgnę. 

piątek, 14 października 2016

Thisted & Mikkeller – Beer Geek Limfjordsporter

Jest to po prostu wędzony Porter warzony z dodatkiem lukrecji i płatków owsianych, które zostały skleikowane jeszcze przed procesem zacierania. Końcówka TOP50 Baltic Porter według RateBeer.

7,7%ABV Cena: 22zł (330ml)

W pękatym snifterze piwo prezentuje się właściwie niczym RIS – jest nieprzejrzyście czarne. Niezbyt obfita, jasnobeżowa piana w postaci milimetrowej warstewki utrzymuje się przez całą degustację, pozostawiając przy tym na ściankach na prawdę ładny lacing.

Pierwsze niuchnięcia zwiastują absolutną klasykę wśród przedstawicieli stylu. Lekka paloność, odrobina kawy, lukrecjowej słodyczy oraz oczywiście solidna dawka ciemnych owoców. Wraz z ogrzaniem pojawia się jednak niemało ziemistości, nut butwiejącego drewna oraz leśnej ściółki jesienną porą. Ukrycie alkoholu nie zaskakuje – toż to przecież woltaż jedynie FESowy.

Smak przywitał mnie przecudownym balansem. To jedno z tych piw które ujmuje nim już po pierwszym łyku. Gorzka czekolada, kakao, kwaskowy pumpernikiel i szczypta tytoniowego popiołu. Całość gładka i aksamitna (owies), a przy tym przyjemnie wytrawna. Wysycenie odpowiednie w każdym calu, zaś częstego efektu rozgrzewania przełyku na próżno tu szukać.

Bardzo, ale to bardzo dobrze skomponowane piwo. Pomimo braku jakiejkolwiek agresywności ani przez moment się nie nudziłem. Dzięki sporej ilości drobnych niuansów ujawniających się wraz z czasem i temperaturą piwo od początku do samego końca pozostawało ciekawe. Aż dziw, że znalazło się na szarym końcu najlepszych przedstawicieli stylu.

czwartek, 13 października 2016

To Øl – Pineapple Express

Imperial Stout warzony z dodatkiem kawy oraz ananasów.

10%ABV Cena: 38zł (375ml)

Wyglądem piwo spełnia wszelkie wymogi stylu – jest niemalże całkowicie czarne i gęste już przy nalewaniu. Rzadziej natomiast wśród RISów spotykaną jest tak obfita i nadzwyczaj trwała piana, której lepkie pajęczynki towarzyszyły mi do końca niekrótkiej degustacji.

W aromacie niemalże klasyka w postaci potężnej kawy oraz tylko niewiele jej ustępującej paloności. Wraz z ogrzaniem ujawnia się deserowa czekolada, ziemistość oraz kropla sosu sojowego. Procenty okazały się nadzwyczaj delikatne.

Bardzo podobnie prezentuje się kwestia smaku. Jest wręcz nadzwyczaj klasycznie. Sporo kakao, pralinek, espresso i tym podobnych niuansów. Brak jednakże specjalnych nut pochodzenia ananasowego – ciut podwyższona kwaśność może równie dobrze pochodzić od palonych słodów. Tak czy inaczej całość jest niespotykanie lekka i pijalna, zaś uczucie rozgrzania przełyku odczułem dopiero przy ostatnich łykach.  

Brak tytułowego składnika nieco razi. Równie dobrze można by to piwo nazwać Joke Express. Cała reszta jednak jest na tyle solidna iż sprawia, że po godzinnej degustacji nie czuję się nabity w butelkę. Tym razem Tobias i Tore trochę pokazali, że niezłe z nich ananasy, lecz akceptuję to w zupełności. 

środa, 12 października 2016

Tanker – Hallucination

Ósmy najlepszy Imperial Pils/Strong Pale Lager według RateBeer.

7,6%ABV 65IBU Cena: 17zł (330ml)

Po przelaniu do szkła mym oczom ukazał się trunek i żółtej barwie i nadzwyczaj mocnym jak na lagera zmętnieniu. Bardzo wysoka i obfita z początku piana, po kilku minutach zredukowała się do półcentymetrowego kożuszka. Pozostawiła po sobie także zgrabne firanki na ściankach szklanki.

Aromat nie pozostawia złudzeń, iż mamy do czynienia z mocnym, nowofalowym chmieleniem. Browar określa piwo mianem India Pale Lager i informuje iż na każdy litr zużyto przynajmniej 25g chmielu (rzeczywiście sporo). Dominuje gorzki grejpfrut i cytryna, lecz można także doszukać się delikatnej podbudowy słodowej w postaci skórki od chleba.

Co zaś się tyczy samego smaku, to rzekłbym, iż jest o dwa kroki za aromatem. Po pierwsze nie udało się uniknąć znienawidzonej przeze mnie zbożowości (czyżby znów warzenie na Pilzneńskim?). Po drugie zaś goryczka – jak to często bywa w lagerach – jest nieprzyjemnie szorstka i agresywna, pomimo odpowiedniego jej poziomu. Całość jednak jako taka jest całkiem poprawna i jak najbardziej możliwa do spożycia w ilości jednej butelki.

Estoński Tanker na kolana mnie jeszcze nigdy nie rzucił. Raczej prezentował formę „średniaków”, piw w porządku, lecz niczego nie urywających. Tak też jest tym razem. Z mocnych, chmielonych lagerów dużo lepiej zapamiętałem Mikkellera z jego „Hop Burnami”. W żadnym wypadku jednak nie żałuję pieniędzy wydanych na Hallucination.

wtorek, 11 października 2016

Westbrook – Key Lime Pie Gose

Pozycja #16 (ex aequo z 4 innymi) w kategorii Grodziskie/Gose/Lichtenhainer (RateBeer). W składzie podano przyprawy oraz aromaty naturalne.

4%ABV

Barwa ciemnożółta, jednorodnie zmętniona niczym w najmodniejszych obecnie New England/Vermont IPA’s. Jaśniuteńka piana w oka mgnieniu opada z sykiem, z czym spotkałem się już niejednokrotnie w różnorakich interpretacjach Gose.

Pozytywnie natomiast przedstawia się aromat. Przede wszystkim znalazło się w nim zapowiadane ciasto limonkowe (coś w rodzaju cytrynowej babki). Nie brak także słodkich cytrusów w postaci dojrzałej pomarańczy. Wraz z ogrzaniem można doszukać się też soli – na szczęście bardzo subtelnej.

Smak wita solidnym, lecz bardzo krótkim uderzeniem kwaśności, które mocno pobudza do pracy ślinianki. Dość szybko przychodzą jednak słodkie i treściwe nuty ciasta, a także nieco śliska mineralność. Pełnia jest jednak pozorna, gdyż całość jest zdecydowanie wytrawna. Całkiem spore wysycenie sprawiło, że jeszcze długo po zakończeniu degustacji odbijało mi się tytułową limonką.

Westbrook jak zwykle nie zawodzi wypuszczając bardzo ciekawe piwo. Dodatek aromatów do piwa już nie jest szokującą nowością. Można się spierać czy efekt nie jest lekko sztuczny, lecz moim zdaniem nie wiedząc o zastosowaniu takowych substancji nikt by nawet na to nie zwrócił uwagi. Key Lime Pie mogę całkowicie szczerze polecić. 

poniedziałek, 12 września 2016

Evil Twin – Imperial Biscotti Break


Imperialny Stout z dodatkiem kawy, migdałów oraz wanilii (100/98 wg. RateBeer).


11,5%ABV

Barwa zaskakująco jasna, brązowa, klarowna. Sporo natomiast dość ciemnego osadu. Piana niczym specjalnym nie ujmuje – 1mm standard typowy dla większości RISów.

Powala natomiast (pozytywnie) aromat, w którym zdecydowanie dominują migdały. Kawa stonowana i delikatna, w żadnym wypadku nie mocno palona, czy też kwaśna. Nie brak także bakalii (głównie rodzynki i żurawina) oraz kokosu. Gdzieś w tle pałętają się czerwone jabłka, które w połączeniu z nutą ciasta dają efekt tarty. Pytacie o woltaż? Sorry, tu go nie znajdziecie.

Po tym co wyniuchałem byłem pewien, że już nic mnie nie zaskoczy. Lekkość i gładkość Biscotti jest jednak powalająca. Mnóstwo orzechów laskowych, gorzkiego kakao oraz mocno zredukowana paloność moją prawo mieć swoich zwolenników. Oczywiście migdałowo-kokosowy mix powraca także w smaku, tym razem jednak wzbogacony o wanilinę. Po całkowitym ogrzaniu doszukałem się w końcu szlachetnego alkoholu, który wyceniłbym na… jakieś 8%.

Jestem pod wielkim wrażeniem tego piwa. Rzadko w szkle gości trunek któremu nie można niczego zarzucić. Biscotti nie tylko trafia na moją listę najfajniejszych Stoutów, ale także mocno inspiruje do warzenia tego typu wariacji. „Zły” brat kolejny raz udowadnia, że w niczym nie ustępuje swemu „lepszemu” krewniakowi z Danii.

Instagram