piątek, 29 stycznia 2016

Siren & Hill Farmstead – Love of Work

Jest to golden ale określone przez browar mianem “hoppy”, warzone z dodatkiem Earl Grey.

3,6%ABV Cena: 12zł (330ml)

Piwo minimalnie opalizujące o idealnie złotej barwie. Piana zaskakująca puszysta, zwiewna, niestety przy tym dość nietrwała – w połowie degustacji została po niej jedynie obrączka.

Już pierwsze niuchnięcie ujawnia dodatek herbaty. Nie jest to jednak nuta nachalna, przeciwnie wręcz, bardzo subtelna. W połączeniu z wyraźnie chmielowym profilem cytrusów daje bardzo rześki efekt.

W smaku już tak kolorowo niestety nie jest. Głównie za sprawą dominującej zbożowości. Łodyga, siano czy co tam jeszcze właściwie nie pozwala przebić się reszcie smaczków. Ot rzeczywiście taki nieciekawy Golden Ale. Plusem jednak jest zaskakująca jak na ten ekstrakt treściwość. 

Piwo okazało się małym rozczarowaniem. Poziom Sirena zawsze był według mnie co najmniej poprawny. Tu po świetnym aromacie spodziewałem się jeszcze fajniejszego smaku. Ten jednak okazał się niewypałem. No cóż, to chyba po prostu dowód na to, iż mniejsze lub większe porażki zdarzają się nawet najlepszym browarom.

czwartek, 28 stycznia 2016

Uiltje – Ransuil Oak Barrel Aged

10,5%ABV Cena: 19zł (330ml)

Brunatno-brązowa barwa – po Imperial Stoucie mógłbym się spodziewać odrobinę ciemniejszej. Piana specjalnego wrażenia nie robi, jest niska i nie trwała. Na szczęście nadrabia gęstą i lepką siecią lacingu.

Aromat bardzo intensywny – mając szklankę dobre pół metra od nosa czuję więcej niż w niejednym FESie. Sporo suszonych owoców (figi, śliwki, rodzynki), lekkie kakao, mleczna czekolada oraz słodka (niemal ulepkowa) wanilia. Wraz z ogrzaniem dają znać o sobie procenty oraz butwiejące drewno.

Smak to istny geniusz. Ujmuje niesamowitą wręcz delikatnością. Jest gładki, ułożony, wykleja każdy kubek smakowy. Oczywiście pojawia się odrobina paloności oraz pochodzącej od jej źródła kwaśności, lecz pomimo tego całość tworzy efekt zdecydowanie deserowy. Sporo słodkich nut beczkowych, czekoladowy shake oraz praliny. Kropką nad „i” gładkie, niskie wysycenie.

Piję to piwo dobre trzy tygodnie po dacie przydatności. Przetrzymanie go w kolejce dłuższą chwilę było świetnym posunięciem. W obecnej chwili jest to trunek tak cudownie ułożony, iż nawet nie żałuję, że nie spróbowałem na świeżo. Beczka oddała sporo, nie tłumiąc przy tym bazy. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się aż tyle – obecne noty na Ratebeer to 99/86. Tym milsze czekało mnie zaskoczenie. 

Swannay – Old Norway

Jest to Barleywine chmielone odmianą Cascade.

8%ABV Cena: 13zł (330ml)

Barwą przypomina mi bardzo ciemną, pomarańczową miedź. O dziwo jest niemal tak klarowne jak popularne u nas koncerniaki. Niska już na początku piana opada redukuje się z czasem do delikatnego krążka. Także pozostawiane przez nią na ściankach ślady są nadzwyczaj zwiewne.

Aromat przypomina mi typowo amerykańskie interpretacje stylu – mamy tu sporo słodowości, miodu oraz delikatny alkohol, lecz nie brak także mocnej owocowości w postaci cytrusów oraz nut kwiatowych.

W smaku spodziewana goryczka chmielowa z niewiadomych przyczyn nie okazała jednak swej mocy. Została mocno stłamszona mocną, lecz nie obezwładniającą słodowością. Całość na szczęście nie idzie w kierunku miodu pitnego, wręcz wypada nadzwyczaj pijalnie. Odczucie to tym wyraźniej podbija bardzo niskie wysycenie.

Spodziewanego przeze mnie American Barleywine w butelce nie odnalazłem. Nie jest jednak wcale tak źle, gdyż piwo nadrabia nadzwyczajną pijalnością, co przy tak niskim woltażu czyni zeń wersję Session/Baby Barleywine. Fajna pozycja jeśli masz wieczorem ochotę na miłego nightcupa, lecz z rana musisz siąść za kierownicą. 

wtorek, 26 stycznia 2016

Almanac – Farmer’s Reserve Strawberry Barrel Aged

Jest to Blond Sour Ale leżakowane w beczkach po winie z dodatkiem truskawek pochodzących z Dirty Girl Farms (Santa Cruz Mountains, California).

7%ABV Cena: 35zł (375ml)

Barwa mocno opalizującego złota, urynowa. Piana występuje jedynie w postaci cieniutkiego krążka – w przypadku kwaśnego leżaka nie dziwi mnie to w najmniejszym stopniu.

Pierwsze co objawia się aromacie to kwaśna kiszona kapusta oraz odrobina rozpuszczalnika. Z początku truskawka pozostaje na poziomie autosugestii, wraz z ogrzaniem wzmaga się, lecz nadal nie przypomina dojrzałego owocu, bardziej zieloną część przy szypułce. Całkowicie zamaskowane procenty.

W smaku kwaśność już jest solidna – mocno pobudza ślinianki, a nawet wywołuje lekkie ciarki na plecach. Także tu całą owocowość jest zdecydowanie niedojrzała. Spora wytrawność przechodzi w słodki ocet. W połączeniu z alkoholem, mocnymi garbnikami i taninami daje w efekcie dość agresywny mix.

Bardzo specyficzna pozycja. Nie do końca przemawia do mnie idea dodatku truskawek. Spodziewałbym się po nich chociażby odrobiny koloru. Sam projekt Barrel Aged jednak nadzwyczaj szczytny – w końcu Almanac specjalizuje się głównie w leżakach oraz piwach kwaśnych. Na łopatki mnie nie powaliło, lecz jest to świetny wstęp do reszty ich piw. 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

de Molen – Bommen & Granaten Rioja Barrel Aged

Potężne Barleywine tym razem w wersji o nieco niższym woltażu, lecz leżakowane w beczkach po Rioji (hiszpańskie wino z północnego regionu o tej samej nazwie).

30blg 11,9%ABV 30 EBU Cena: 25zł (330ml)

Ciemna miedź wpadająca niemal w rozwodnioną krew. Spora opalizacja, której nie nazwałbym jednak zmętnieniem. Niska piana oczywiście ulega brutalnemu alkoholowi opadając przy tym do cienkiego krążka. W tej postaci jednak towarzyszyła mi długo, bardzo długo.

Po aromacie spodziewałem się najwięcej. A składają się nań dwie najistotniejsze cechy. Pierwszą jest potężna, miodowo-deserowa słodowość cechująca angielskie interpretacje stylu. Drugą zaś genialna owocowość pochodząca prawdopodobnie głównie od beczki. Czego my tu nie mamy – wiśnie, porzeczki, aronie i żurawinę. Całość w przyjemnie kwaskowym wydaniu. O dziwo przebija się tu także minimalnie ziołowa chmielowość (zastosowano Columbus oraz Saaz). Procenty może i wyczuwalne, ale szlachetności odmówić im nie sposób.

Po tak dobrym wstępie bez obaw jadę więc ze smakiem. Na myśl przychodzą wyłącznie pozytywne określenia. Beczka lekko zdominowała bazę, która jednocześnie zdążyła się pięknie ułożyć podczas leżakowania. Nadal wyraźna owocowość ma tu jednak zdecydowanie łagodniejszy charakter. Sporo także nut piwnicznych oraz mokrego, zbutwiałego wręcz drewna które przyzwoicie kontrują wyklejającą usta pełnię. Wysycenia niemalże brak, zaś nie należący przecież do lekkich alkohol objawia się dopiero pod koniec degustacji.

Piw ciekawych mamy pod dostatkiem. Nie zawsze jednak ciekawe znaczy dobre, a dobremu może sporo brakować do genialnego. Tu bezsprzecznie mam do czynienia z piwem idealnym, wielkim, klasy światowej – wybierzcie co wolicie. Małą butelczyna wystarczy na ponad godzinną degustację obfitującą w mnóstwo przemiłych doznań. W świetle powyższego ciężko nie zwrócić uwagi na śmiesznie niską w stosunku do jakości cenę. 

niedziela, 24 stycznia 2016

Evil Twin Brewing – Femme Fatale Sudachi

Jest to India Pale Ale w 100% fermentowane Brettanomyces. Zastosowano także dodatek owoców Sudachi – coś w stylu japońskiej limonki.

6%ABV Cena: 34zł (650ml)

Barwa złota, z początku mocno opalizująca, po dolaniu zaś całej zawartości butelki piwo staje się całkowicie mętne niczym bawarski Weizen. Także piana jest niesamowicie gęstą, trwałą oraz pozostawiającą przepiękny lacing.

Aromat niesamowicie owocowy. Dominują cytrusy, głównie w postaci grejpfruta i mandarynki oraz białe owoce (młode, kwaśne jeszcze winogrona). Dzikość bardzo subtelna, lekko kojarząca się z dofermentowującym, młodym winem.

W smaku także nie brak nut cytrusowych. Lekkie nuty przyprawowe kojarzące się z Saison/Farmhouse. Goryczka wyraźnie nie chmielowa, lecz piwniczna, lekka. Nie brak także wyraźnej zbożowości za którą osobiście zbytnio nie przepadam. Całość jednak niesamowicie lekka i pijalna, w ciemno nigdy nie obstawiłbym, iż jest to pełnoprawne pod względem alkoholu IPA.

Dość szybko wyłapany przeze mnie minus tego piwa to brak jakiejkolwiek ewolucji – nic a nic nie rozwija się podczas degustacji. Z drugiej jednak strony wszelkie składowe doskonale ze sobą współgrają, żadna nie dominuje nad pozostałymi, co w efekcie daje niesamowicie rześki i pijalny trunek. Duża butelka spokojnie znika w przeciągu pół godziny. 

sobota, 23 stycznia 2016

Siren & Cigar City – Caribbean Chocolate Cake

Jest to Foreign Extra Stout warzony z dodatkiem ziaren kakao, drewna cyprysowego oraz laktozy.

7,4%ABV Cena: 21zł (330ml)

No cóż, z barwy wygląda jak klasyczny, ciemnobrunatny stout. Wrażenie robi natomiast ciemnobrązowa, gęsta piana. Warto wspomnieć o właściwie niespotykanym przy tak lekkich piwach efekcie brudzenia szkła. W połowie degustacji opadłą do cienkiego krążka, na pocieszenie pozostawiła jednak lepką sieć lacingu.

Pierwsze niuchnięcie – rzeczywiście pachnie jak mocno czekoladowe brownie. Nie brak także kawy oraz lekkiej paloności. Laktoza oraz dodatek drewna są niesamowicie subtelne – można się ich doszukać właściwie dopiero po solidnym ogrzaniu trunku do temperatury pokojowej. Równie dobrze udało się ukryć wszelkie możliwe nuty alkoholu.

W smaku spodziewałem się sporej słodyczy. Miło jednak zaskoczyła mnie spora początkowo wytrawność oraz bardzo proszkowe kakao. Oczywiście doskonale czuć, że nie mamy tu do czynienia z wodnistym Dry Stoutem, lecz pełne body jest odpowiednio skontrowane subtelną kwaśnością, lekko żywicznym drewnem oraz ciepłymi dla przełyku procentami. Odnotowania wymaga także odpowiednio niskie nagazowanie.

Nadzwyczaj poprawne wykonanie oraz spora pijalność to niemalże wyznacznik Sirena. Tu jednak pokazali nie dla wszystkich oczywistą cechę, a mianowicie, iż umiejętnie dobranie i połączenie dodatków w sposób nie nachalny, daje dużo lepsze efekty, niż zdominowanie całości jedną składową. 

czwartek, 21 stycznia 2016

Prairie Artisan Ales – Brett C.

Browar opisuje je jako Farmhouse Ale. Do chmielenia użyto Citry oraz Cascade, fermentowano zaś Brettanomyces Claussenii. Zastosowano także niewielki dodatek soli morskiej.

8,1%ABV Cena: 46zł (500ml)

Po przelaniu do szkła piwo wita nas jaśniuteńką barwą oraz mocną opalizacją co momentalnie budzi skojarzenia z Witbierami. Cechą wspólną jest także piana – wysoka, drobna, z wolna opadająca do cienkiej warstewki pozostawiając przy tym mnóstwo zwiewnych koronek.

Aromat od pierwszej chwili zwiastuje zawartą w piwie sól. Występuje ona tu głównie w postaci morskiej mineralności. W tle delikatna brettowa dzikość. Alkohol doskonale wkomponowany, nie razi nawet po całkowitym ogrzaniu.

Wszystko to jednak jest tylko wstępem do prawdziwego oblicza Brett C. czyli smaku. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało to te odczucia są naprawdę przyjemne. A mówię tu głównie o kwasie solnym (żołądkowym), wymiocinach oraz grzybowym wywarze – i uwierzcie mi, że prędzej z huby niż borowików. Kwaśność oraz dzikość niemalże nie występuje. Jest za to odrobinę słoności oraz słodycz, która narasta w trakcie degustacji. Brak jakichkolwiek procentów, za to wraz z wyższą temperaturą ujawniają się cytrusy.

Noty na poziomie 99/99 to w kategorii dzikusów rzadkość. W tym wypadku nie dziwią mnie jednak wcale. Początkowa dziwaczność szybko przechodzi w doznania nie dość, że niesamowicie ciekawe, to w dodatku bardzo przyjemne. Trunek nadzwyczaj wielowymiarowy, ewoluujący w trakcie picia. Naprawdę warto zainwestować weń każdą złotówkę. 

środa, 20 stycznia 2016

BFM – Abbaye de Saint Bon-Chien (2014) Barrel Aged

Jest to ja widać mocny dzikus leżakowany w różnych beczkach po winie przez rok, następnie zaś odpowiednio zblendowany.

11%ABV Cena: 35-40zł w zależności od sklepu i kursu franka

Po przelaniu do szkła oczom ukazuje się ciemno miedziana barwa kojarząca mi się z miodem gryczanym. Na dnie butelki nie brak luźnego osadu, który wyraźnie zmętnia całość. Piana właściwie jedynie w postaci krążka, pozostawia po sobie drobne koronki.

Mocna dzikość i kwaśność błyskawicznie atakują nozdrza. Po chwili do głosu dochodzi także wyraźny alkohol w postaci słodowej nalewki  o dziwo całkiem przyjemny. Wraz z ogrzaniem ujawnia się odrobina farby emulsyjnej oraz kiszonej kapusty.

Smak rozpoczyna się sporą, miodową słodyczą. Szybko jednak przechodzi ona w kwaskową owocowość kojarzącą się z porzeczkami lub żurawiną. Procenty choć obecne, nie nasilają się z czasem. Aftertaste lekko kiszony, doprawiony mokrym drewnem oraz cukrem kandyzowanym.

Bardzo kompleksowe piwo przyjemnie rozwijające się w trakcie degustacji. Chyba jeden z najmocniejszych kwachów jakie miałem okazję degustować, a przy tym nadal nieźle pijalny. Niby szkoda, że browar ten jest właściwie całkowicie u nas niedostępny, jednak po chwili refleksji powstaje pytanie – kto i ile by tego kupił? Smutna odpowiedź nasuwa się sama…

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Browar Kopyra & Widawa – Ratel Bourbon Barrel Aged

Jest to Russian Imperial Stout leżakowany w beczkach po Bourbonie. Ratel zaś to w uproszczeniu taki nieco mniejszy rosomak :D

22°blg 9,2%ABV Cena: 13zł (330ml)

Z wyglądu piwu blisko do czerni – w referencyjnym przewężeniu szkła Hamburg sprawia wrażenie brunatnego, wyraźnie opalizującego. Utworzenie jakiejkolwiek piany to istny wyczyn. To co udało mi się zbudować jest niesamowicie grubo pęcherzykowe (bardziej przypomina płyn do naczyń), lecz o dziwo utrzymuje się ponad połowę degustacji.

Leżakowanie w beczce wyczuwalne tuż po otwarciu. Nie są to jednak typowe, słodkie nuty waniliny. Pierwsze skrzypce gra tu wiśnia oraz owoce leśne. Na drugim planie lekka dzikość, rzekłbym nawet winność i octowość. Subtelna wanilia oraz mokre drewno zepchnięte na dalszy plan. Testując w ciemno nie obstawiłbym, że to RIS, brak nut palonych czy czekoladowych. Pachnie niemalże jak mocny dzikus.

W smaku na szczęście pojawia się już odrobina gorzkiego kakao. Jest także alkoholowa słodycz często spotykana w leżakach po Bourbonie oraz zapowiedziana już w aromacie dzikość w postaci nut skóry. Nie brak jednak i tu małego zaskoczenia, gdyż całość pomimo mnóstwa ciekawych smaczków wydaje się niesamowicie lekka. Odczucie to dodatkowo podbija całkowicie zerowe nagazowanie – i dobrze. Minimalne odczucie rozgrzania przełyku pojawiło się dopiero pod koniec degustacji.

Jak określiłbym w skrócie Ratela? Chyba najtrafniejszym byłoby „Wild Baby RIS”. Ta pomału pojawiająca się u nas moda na wypuszczanie Imperial Stoutów w wersji session nie zawsze wypada pozytywnie. Jednak w przypadku Ratela, w połączeniu z tym co oferuje beczka jest to nadzwyczaj ciekawa pozycja.

sobota, 16 stycznia 2016

Podgórz – 652 m n.p.m.

20°blg 8%ABV Cena: 16zł (500ml)

Barwa typowa dla stylu – nie czarna, lecz ciemnobrunatna, zbliżona do Pepsi czy innej coli. Beżowa piana ujmuje niesamowicie drobnymi pęcherzykami, jej trwałość jednak mogłaby być nieco lepsza. Na szczęście przyzwoicie oblepia ścianki szkła.

Aromat pomimo startu z dość niskiej temperatury jest świetny. Potężna dawka kakao, czekolady deserowej z ładnie zredukowaną palonością – w końcu przecież to nie Stout. Na dalszym planie owoce leśne oraz kandyzowane wiśnie. Alkoholu właściwie ciężko się doszukać.

Smak również nie rozczarowuje. Niemal idealnie odzwierciedla to co czekało na nas w aromacie. Najbardziej urzeka mnie jednak faktura – z jednej strony pomimo nie zaniżonego wysycenia jest obłędnie gładka, z drugiej zaś podostawia posmak kakaowej suchości w ustach (proszek). Gdzieś pod koniec degustacji poczułem lekkie rozgrzanie przełyku, jest to jednak niesamowicie rzadko spotykane, dużo częściej alkohol przeszkadza od pierwszego łyku. Nie ma co ukrywać, że głównie dzięki temu piwo znika w błyskawicznym tempie.

Łukasz, założyciel i piwowar Podgórza już niejednokrotnie udowadniał, że potrafi warzyć wyśmienite piwa. Tym razem jednak pokazał, iż jest coś ważniejszego niż chęć szybkiego zwrotu kosztów. Przeleżakowanie piwa niemal rok przed wypuszczeniem na rynek to doskonałe posunięcie patrząc z perspektywy klienta. Nawet jeśli musi się to wiązać z relatywnie wysoką ceną. Finalnie otrzymujemy w zamian produkt kompletny, nie zaś dobrą bazę do zakwaterowania w naszej piwniczce, z której może kiedyś, kiedyś będzie przyzwoite piwo (lub nie). 652 m n.p.m. teraz już ciężko dostać w sklepach, lecz nie martwcie się tym gdyż kolejny porter z Podgórza (tym razem z solidniejszym ekstraktem) już leżakuje. 

piątek, 15 stycznia 2016

Mikkeller – Pastelism

5,6%ABV Cena: 16zł (330ml)

Zdecydowanie jasny kolorek, wyraźna opalizacja. Także piana wydaję się nieco inna, niż w pitym wcześniej Beautiful & Strange, z pewnością bardziej trwała – towarzyszyła mi połowę degustacji.

Aromat poza nikłą morskością zdecydowanie chlebowy. Ta wyraźna słodowość z czasem staje się ciężka, by nie rzec irytująca. Brak jakichkolwiek nut chmielowych nie musi od razu oznaczać, że piwo pachnie eurolagerem.

Aż ciężko mi opisać smak, bynajmniej nie z powodu jego intensywności. Z początku wydaje się być słonawe oraz wyraźnie taniniczne. Po chwili jednak całość przechodzi w słodycz kojarzącą mi się z klimatami belgijskimi (kandyzowanie). Finisz robi wrażenie piwnicznego, stęchłego wręcz.

Browar nie określa tegoż piwa mianem Gose, lecz Pilsa. Prawdopodobnie dlatego, iż w składzie nie znajdziemy kolendry. W sumie może to i dobrze, gdyż tak jak w aromacie jeszcze mógłbym znaleźć cechy adekwatne dla stylu, tak w smaku już niekoniecznie. Szczerze? Mi to nie do końca smakowało.

czwartek, 14 stycznia 2016

BrewFist & de Molen – Beautiful & Strange

9,4°blg 3,7%ABV 20IBU Cena: 13zł (330ml)

Barwa ciemnego złota, idealna klarowność oraz zbity osad na dnie butelki którego nei wlewałem. Piana jak to często w tym stylu bywa opada w szybkim tempie, pozostawia po sobie jednak nieco drobnych pajęczynek na ściankach szkła.

Pachnie zaskakująco owocowo, prawdopodobnie za sprawa dodatku skórki pomarańczowej. Pojawia się także typowa kolendra oraz mineralność pochodząca od soli.

W smaku to właśnie ta ostatnia składowa aromatu gra pierwsze skrzypce. Sporo także cytrusowej kwaskowości, nie do końca kojarzącej się z kwasem mlekowym. Body oczywiście lekkie, lecz nie wodniste – teksturę określiłbym wręcz jako lekko śliską. Nagazowanie na średnim poziomie, mogłoby go byś odrobinę więcej. Tak czy inaczej całość wypada nadzwyczaj pijalnie.

Podsumowując – piwo jest całkiem niezłe, mam jednak świadomość, że Gose chyba nigdy nie stanie się moim ulubionym stylem. Na dłuższą metę nuży mnie wyraźnie mydlana kolendrowość – chyba jestem na nią już uczulony. Niestety w mym rankingu trafia do obszernego "wypić duszkiem i zapomnieć".

wtorek, 12 stycznia 2016

Mikkeller – Nuclear Hop Assault

8%ABV Cena: 19zł

Barwa jasnego złota, rzekłbym słoneczna. Wyraźne zmętnienie przypominające wodnistego Weizena. Z początku wysoka piana okazała się niezbyt trwałą. Odrobinę nadrabia pozostawiając po sobie mnóstwo lepkiego lacingu.

Stosunkowo mało agresywny aromat niezbyt współgra z etykietą. Dominującą nutą jest sosnowa żywiczność, w dość chropowatym wydaniu. W tle nuty zbożowe oraz odrobina alkoholu.

Smak jednak nie zawodzi. Z jednej strony cytrusowa słodycz dojrzałych  pomarańczy i mandarynek, z drugiej zaś solidna, ciesząca me kubki smakowe goryczka o odpowiednio krótkim czasie zalegania na języku. Body lekkie, w żadnym razie nie wskazujące na ekstrakt zakrawający na Double IPA. Lekkie rozgrzewanie pojawia się dopiero po ogrzaniu piwa, jednak trzeba się na prawdę postarać aby do niego dotrwać mając coś jeszcze w szklance.

No cóż, nie ma się nad czym rozpisywać. Piwo mnie niczym nadzwyczajnym nie uraczyło. Piłem sporo tego typu chmielowych koncentratów robiących większe wrażenie. Jednak w kategorii przyjemnej IPY-SRIPY była to naprawdę miła, choć krótka degustacja.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

de Molen – Spanning & Sensatie

Imperial Stout warzony z dodatkiem kakao, papryczek chili oraz soli morskiej. Chmielone po czesku odmianami Premiant oraz Saaz. Brzmi ciekawie? Sprawdźmy więc.

24,2°blg 9,8%ABV 61EBU Cena: 18zł (330ml)

Gęsta faktura widoczna przy nalewaniu oraz niemal całkowicie czarna barwa nie są zbytnim zaskoczeniem przy parametrach jakimi szczyci się piwo. Jasnobeżowa, drobna piana opada dość szybko, pozostawia po sobie jednak na ściankach pajęczą sieć lepkich koronek.

Nuty słodkiego kakao i mlecznej czekolady zdominowały niemal całkowicie aromat. Daleko w tle majaczy odrobina paloności, alkoholu oraz czegoś bliżej nieokreślonego co nazwałbym morskim. Brak czegokolwiek zdradzającego ostrość.

W smaku początek również okazuje się wyraźnie słodki. Na szczęście daleko mu jeszcze do ulepku. Dopiero chwilę po przełknięciu ujawnia się subtelna ostrość, pozytywnie kontrastująca z solidnym body. W posmaku poza alkoholowym ciepłem znalazło się miejsce dla przyjemnie ściągającej kubki smakowe, lecz nie przegiętej słoności.

Butelka ta czekała na swoją kolej w mej „piwniczce” dobre pół roku. Myślę jednak, że dobrze wpłynęło to no ułożenie się procentów oraz wszelkich niuansów smakowych. Piwo urzeka przede wszystkim doborem dodatków w sposób idealnie wyważony. Żadna ze składowych nie dominuje nad pozostałymi, lecz jedynie wzajemnie się dopełnia. Trunek przyjemny, kompleksowy, a przy tym całkiem pijalny i kuszący ceną. Zachęcam szczególnie tych, którzy nie do końca gustują w mocno ostrych piwach - Spanning & Sensatie na pewno Was nie odrzuci.

piątek, 8 stycznia 2016

BrewFist – Galaxie Chardonnay Barrel Aged

Jest to Saison chmielony odmianami Galaxy oraz Saphir, leżakowany w beczkach po Chardonnay. Piję wersję II której to powstało 6480 butelek.

15°blg 7,6%ABV 35IBU Cena: 13zł (330ml)

Piwo nawet jak na styl okazuje się być niesamowicie jasne – słomkowa barwa upodabnia go wręcz do lekkiego witbiera. Również mocna opalizacja jest cechą łączącą oba trunki. Piana zwiewna, dość niska, lecz utrzymująca się dłuższy okres czasu.

Aromat to połącznie klasycznych nut przyprawowych (pieprz, goździk) z wyraźną, pochodzącą prawdopodobnie od leżakowania w beczce piwnicznością. Nie brak także delikatnej chmielowości w postaci dojrzałych owoców tropikalnych.

W smaku jednak zapowiadająca się lekka słodycz nie występuje w najmniejszym stopniu. Całość jest bardzo wytrawna, lekko taniniczna, kojarząca się z mokrym drewnem. Sporo nut surowego ciasta. Wysycenie bardzo drobne, nie tak jednak wysokie jak oczekiwałem. Jak to zazwyczaj w przypadku leżaków bywa alkohol udało się doskonale wkomponować.

Osobiście jestem fanem lżejszych Saisonów. W tym wypadku jednak moc nie przekłada się negatywnie na odczucia smakowe. Beczka świetnie wykonała swe zadanie nadając piwu charakterystycznej dzikości. Nie ma co ukrywać – Galaxie BA znika w oka mgnieniu.

czwartek, 7 stycznia 2016

Hoppin’ Frog – Cafe BORIS

Boris czyli Bodacious Oatmeal Russian Imperial Stout w wersji z kawą od Hippie Coffee Company, a dokładniej coldbrew z całych ziaren dla uzyskania niższej goryczki.

25,3°blg 9,4%ABV 60IBU Cena: 53zł (650ml)

Cudownie czarna barwa zdradza już na wstępie spory dodatek słodów palonych. Idealnie gęsta, drobna i trwała piana, pozostawiająca na ściankach masę lacingu robi nie lada wrażenie.

Aromat to głównie mocny popiół tytoniowy oraz kwaśna, kawa nie posiadająca nawet cienia cytrusów. W tle odrobina orzechów włoskich (wspomniana wcześniej kwaśność kojarzy mi się nieco właśnie z młodym, zielonym jeszcze orzechem). Na pochwałę zasługuje oczywiście całkowite ukrycie nut alkoholowych.

Smak nieco odbiega od tego co zapowiadał zapach. Głównie za sprawą wyraźnie mlecznej czekolady, która wyraźnie kontrastuje z mocną, gorzką kawą. Paloność mocno zredukowana na rzecz posmaków proszkowego kakao. Wraz z ogrzaniem uwypukla się wytrawność oraz ziemistość piwa. Wysycenie oczywiście idealnie niskie, zaś procenty zaznaczone w odpowiednio delikatny sposób.

Doskonały przykład na to, że „Session RIS” nie musi odnosić się do beznadziejnie niskiego ekstraktu, lecz wręcz przeciwnie – może po prostu oznaczać obłędną wręcz pijalność całkiem mocnego trunku. Duża butla tego kalibru piwa, którą z wielką przyjemnością wypiłbym w samotności, to coś stosunkowo rzadko spotykanego. Nie tracąc wszelkich typowych dla stylu cech Cafe BORIS sprawił, że miałem ochotę na każdy kolejny łyk. I to właśnie uważam za najistotniejszy wyznacznik dobrego piwa.  

wtorek, 5 stycznia 2016

De Dochter van de Korenaar – La Renaissance Barrel Aged

Browar warząc to piwo próbował odtworzyć India Pale Ale warzone w Anglii około 1800 roku. Zasyp więc w 100% stanowi słód Maris Otter Pale Ale, do chmielenia zaś użyto sporej dawki East Kent Goldings. Na tym jednak nie koniec. Piwo trafiło na 1,5 roku do dębowych beczek, zaś przed rozlewem zostało solidnie nachmielone odmianą Nelson Sauvin.

16°blg 7%ABV 65IBU Cena: 45zł (500ml)

Prezencja w szkle niemalże wzorcowa – jasnopomarańczowa, lekko zamglona barwa oraz niska lecz zaskakująco drobna i trwała piana (utrzymuje się do końca degustacji oraz pozostawia masę zwiewnych koronek brabanckich).

Aromat nie pozostawia żadnych złudzeń co do użytej na zimno odmiany chmielu. Mnóstwo kwaśnych owoców (porzeczki, agrest), młode wino oraz odrobina nafty – po prostu klasyka w wydaniu Nelsona. Całość bardzo rześka, rzekłbym wręcz, że elektryzująca.

Kwasowość wiedzie prym także w smaku. Głównie w postaci owocowości ocierającej się o cytrusy. Drugą jednak, niemal równorzędna nutą jest dzikość – skóra, piwniczność, subtelna pleśniowość. Goryczka zaskakująco niska nawet jak na Angielska interpretacje stylu. Na posmak składa się mokre drewno oraz ziemista wytrawność.

Piwo budziło we mnie spore obawy. Angielskie IPA leżakowane w beczce, a następnie chmielone niezbyt lubianą przeze mnie odmianą – z tego nie może wyjść nic fajnego. Jakże pozytywnym więc zaskoczeniem było to co otrzymałem w szkle. La Renaissance smakuje jak doskonale wyleżakowany i zbalansowany dzikus dzikus. Obłędna pijalność i orzeźwienie. Najdroższe piwo jakie trafiło w me ręce od De Dochter okazało się zdecydowanie numerem jeden.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Evil Twin Brewing – Soft DK

10,4%ABV Cena: 19zł

Z wyglądu dosłownie wszystko wskazuje na standardowy Russian Imperial Stout, pardon, teraz nie używa się już przecież „Russian”. Barwa niemalże czarna, jasnobrązowa piana pięknie wygląda po lekkim wymuszeniu, lecz niestety dość szybko opada do mizernego krążka. Na osłodę pozostawia nam mnóstwo zwiewnych kłaczków na ściankach szklanki.

Aromat bezapelacyjnie koresponduje z tytułowym „Soft” – niepodzielnei dominują tu owoce takie jak kwaśne wiśnie, jeżyny, maliny, ale także suszone morele oraz śliwki. Dopiero na dalszym planie usadowiło się gorzkie kakao, ciut ziołowości oraz delikatny alkohol (przyznaję się, startowałem dość zimno bo z ok 10°C).

W smaku jest już nieco agresywniej, głównie za sprawą wyraźnie kwaskowej oraz minimalnie popiołowej paloności. Także procenty obojętności dają się wyraźnie we znaki – o dziwo w przyjemnie rozgrzewający sposób. Wysycenie doskonale niskie, zaś aftertaste zachęcający do wzięcia kolejnego łyku.


Soft DK to niesamowicie lekki w smaku i bardzo pijalny Imperial Stout. Dobra alternatywa dla ciężkich, mocno wyklejających usta i atakujących kubki smakowe swą mocą RISów. Do tego jak to zazwyczaj w przypadku Evil Twina całkiem przystępna cena. W sam raz jako towarzystwo do dobrego filmu w zimowy wieczór.

piątek, 1 stycznia 2016

Birra Baladin – Xyauyù Fumé 2012

Ostatnia już z degustowanych przeze mnie wersji topowego piwa od Teo Musso. Tym razem specjalnie utlenione piwo miało okazję poleżakować przez pełne12 miesięcy w beczkach po mocno torfowej, szkockiej Whisky prosto z Islay.

36°blg 14%ABV 13IBU Cena: jakieś 115zł (500ml)

Kolorem trunek nie różni się zbytnio od swoich poprzedników – bardzo ciemna, wpadająca w brąz miedź mieniąca się mnóstwem refleksów w odcieniu starego złota. To tego idealna klarowność, całkowity brak jakichkolwiek śladów piany oraz widoczna gołym okiem oleista faktura lgnąca niemal do ścianek szkła.

Pierwsze co uderzyło mnie w aromacie to zdecydowanie wyraźniejsza względem poprzednich wersji nuta alkoholowa. Nie jest jednak agresywna, sprawia wrażenie szlachetnej, można się nią upajać dłuższą chwilę. Na drugim planie usadowiły się owoce ewidentnie suszone w dymie. Oczywiście wraz z ogrzaniem ujawnia się lekka miodowość, lecz w najmniejszym stopniu nie burzyła harmonii całokształtu.

W smaku również doszukałem się sporych różnic. Przede wszystkim udało się oddać charakter Whisky – słodycz, wędzenie oraz mnóstwo mokrego drewna. Owocowość znów kojarzy się ze świątecznym kompotem. Aftertaste określiłbym jako jeden z najdłuższych z jakimi miałem do czynienia – wypicie tego piwa w trakcie godziny uznałbym za zbytni pośpiech.


Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić które Xyauyù smakowało mi najbardziej. Pod względem ilości pojawiających się niuansów obstawiałbym Kentucky. Fumé jednak pomimo swej agresywności, a może właśnie dzięki niej chyba najbardziej odpowiadało moim wyobrażeniom na temat tak nietypowego trunku. Nasuwa mi się jeszcze jeden wniosek: piwa te są na tyle złożone, że różnice pomiędzy poszczególnymi wersjami potrafią się dziać jedynie w posmaku lub retronosowo. Nie warto się więc z nimi spieszyć jeśli nie czujemy się sensorycznie gotowi na tego typu trunki. Lepiej poczekać, poświęcić ten czas na picie „typowych” Barleywine (także w wersjach BA). Myślę, że takie przygotowanie oszczędzi Wam wielu rozczarowań.

Instagram