poniedziałek, 29 lutego 2016

To Øl – Fall of Man Bourbon Barrel Aged

Imperial Porter warzony z dodatkiem kawy, kakao oraz wanilii, leżakowany w beczkach po Bourbonie przez 6 miesięcy.

11,4%ABV Cena: 34zł (375ml)

Barwa bliższa RISom niż typowym Porterom, ewidentnie pozostawia ciemnobrązowe ślady na ściankach. Drobnopęcherzykowa, zbita i niewiarygodnie trwała piana to nieczęsty widok w tego typu mocarzach – jednym słowem bomba.

W aromacie mamy potężne uderzenie niesamowicie wręcz gorzkiego kakao. Wrażenie to jednak nie trwa długo, gdyż po chwili na pierwszy plan bezpardonowo wkracza słodka wanilia, dodatkowo podbita nutami kokosowymi (Bounty). Paloność oraz jakiekolwiek procenty zostały zredukowane niemalże do zera.

To co już wyraźnie zapowiedział aromat znalazło pełne odwzorowanie w smaku – mamy do czynienia po prostu z waniliowo-kokosowym shejkiem (z przewaga kokosa). Znalazło się także miejsce dla owocowej kwaskowości (zupełnie nie kojarzącej się z palonym słodem), mokrego drewna i mlecznej czekolady. Całość lekko rozgrzewająca, lecz nadal przy tym aksamitna i obłędnie gładka.

Nie mam już właściwie nic do dodania – piwo jest najzwyczajniej wyśmienite. Jednakże przez cała degustację miałem wrażenie, że beczka w której leżakowało nie przechowywała wcześniej Bourbonu, lecz Koniak. Nic w tym jednak negatywnego. Tak czy inaczej zdecydowanie polecam, szczególnie przy tak korzystnej cenie.

sobota, 27 lutego 2016

BrewDog – Prototype Session India Pale Lager (IPL)

4,4%ABV 20IBU Cena: 12zł (330ml)

Idealnie klarowny i jaśniuteńki kolorek rzeczywiście kojarzy się właściwie jedynie z koncernowym eurolagerem. Piana niezbyt okazała, lekka, lecz o dziwo nie chce się całkowicie ulotnić jak większość tych znanych z niskobudżetowych produktów cieci dla najuboższych.

Na aromat składają się dwie wiodące cechy – pozytywna w postaci chmielu (zastosowano Chinook, Amarillo, Simcoe, Citra i Mosaic) oraz już niestety gorsza czyli silna zbożowość z kukurydzą w tle (DMS). Całość jednak jest na tyle rześka, że można wybaczyć pewne niedociągnięcia.

Ciężko napisać coś więcej na temat smaku mając w gębie lagera. Jest jednak bardzo lekko (co nie jest takie oczywiste), pijalnie i aksamitnie. Goryczka ciut powyżej średniej, z odrobinę cytrusowym sznytem. Spore wysycenie, lecz na szczęście nie zapychające.

IPL wchłonąłem w jakieś 2 minuty – sporo. Nie zawsze musi być mega gorzko, aromatycznie czy mocno. Biorąc pod uwagę, że ponad 60% mego spożycia to właśnie lagery, nie miałbym nic przeciwko aby tenże BrewDog był mym piwem codziennym.

środa, 24 lutego 2016

Evil Twin Brewing – Ryan And The Beaster Bunny

7%ABV Cena: 15zł (330ml)

Kolorek niczym stare złoto. Nie dość, że piwo mocno opalizuje, to w dodatku można zauważyć mnóstwo unoszącego się w toni planktonu. Piana w postaci puchowego kożuszka przepięknie towarzyszy aż do ostatniego łyku.

Przyjemny profil aromatyczny. Sporo nut słodowo-zbożowych, typowo belgijska brzoskwinia oraz leciutki pieprz w tle – w skrócie po prostu klasyka gatunku. Nawet po całkowitym ogrzaniu ciężko doszukać się jakichkolwiek procentów.

W smaku morelowa i gruszkowa owocowość niemal przyprawia o zawrót głowy. Pierwsza myśl – oj po tym może być nie lada kacor. Słodycz jest jednak pozorna, gdyż już po chwili całkowicie znika przechodząc w sporą wytrawność, którą wzorując się na browarze można określić mianem rustykalnej. Spore, niemal szampańskie wysycenie to coś, co zdecydowanie lubię w tego typu stylach.

Przyjemna pozycja. Pomimo braku jakiejkolwiek dzikości zdecydowanie posiada „wiejski” charakter. Chociaż osobiście jestem fanem zdecydowanie lżejszych Farmhouse Ale, muszę przyznać, że piło mi się nadzwyczaj przyjemnie, a przede wszystkim błyskawicznie. 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Mikkeller – Black Hole

Jest to RIS warzony z dodatkiem kawy, wanilii, miodu oraz cassanade (ciemnobrązowy cukier, mix nierafinowanego z melasą).

13,1%ABV Cena: 33zł (375ml)

Pomimo ewidentnej brunatności zamiast czerni piwo potrafi lekko „przybrudzić” szkło. O pianie nie wspominam, bo i nie ma się nad czym rozwodzić (migiem opada do zera).

Nie ma na co czekać – niucham więc. Przede wszystkim uderza mocna, lekko agresywna paloność. Zalatuje wręcz dymem, niestety bliższym popielniczce wypchanej petami, niż czemuś szlachetnemu. Pojawia się także coś kojarzącego się z suchym, pylistym kartonem. Miłe wrażenie natomiast robi idealne zamaskowanie wysokiego przecież woltażu.

W smaku jest również ciemno i gorzko. Głownie w postaci pozostawiającego w ustach suchość kakao. Gdzieś daleko w tle pałęta się wanilinowa słodycz, lecz jej ilość jest bliska autosugestii. Nie brak za to słodowej kwaśności, zaś całość jest zaskakująco lekka, by nie rzec, że wodnista jak na swą moc.

Pozycja po której trochę się spodziewałem – może dlatego, że miałem ją wiele razy w ręce, lecz zawsze odkładałem na później. Lubię piwa z subtelnie dobranymi dodatkami, które swym charakterem jedynie uzupełniają samą bazę. Tu jednak poza ewidentnie nieciekawym wpływem miodu i cukru ciężko odnaleźć charakter przypraw. Black Hole nie jest piwem słabym, lecz skojarzenia z wodą znad petów wydają się być zasadne, co czyni go po prostu średniakiem wśród mnóstwa genialnych RISów.

sobota, 20 lutego 2016

Weird Beard – No More Bright Ideas

Niby zwykłe Black IPA, lecz po raz pierwszy chyba spotykam się w tym stylu z dodatkiem ziaren kakao.

7,3%ABV Cena: 16zł

Kolor zaskakuje swoją bladością – na pierwszy rzut oka przypomina mi jakiegoś Milda. Pozytywnie za to prezentuje się betonowa wręcz piana. Pod koniec degustacji nadal było jej dobre 2cm, zaś szklanka byłą całkowicie oblepiona beżowymi pajęczynkami.

Aromat to odrobina czekolady oraz sporo owoców tropikalnych. Rzekłbym nawet, że balans jest mocno przesunięty w chmielową stronę, co przy BIPA niestety nie jest częstą cechą. Ładne ukrycie procentów tylko potęgują pozytywny odbiór.

Jednakże już w smaku mamy pełen przekrój ciemnych smaków. Jest lekko kwaskowa paloność, odrobina popiołu, gorzkiego kakao oraz ciemnej czekolady. Całość jest przede wszystkim niesamowicie lekka jak na swój woltaż.

Kolejne Black IPA niezgodne z moim ideałem tegoż stylu. Także dodatek niezbyt trafiony, ani też wyczuwalny – efekty na tym poziomie bez problemu można osiągnąć jedynie słodami. Przykro mi to stwierdzić, lecz zazwyczaj bardzo fajny Weird Beard tym razem nie popisał się niczym ciekawym.

czwartek, 18 lutego 2016

Westbrook – White Thai

Jest to Witbier czyli pszenica z dodatkiem kolendry oraz skórki pomarańczowej. Na ciekawych przyprawach nie koniec, gdyż zastosowano także trawę cytrynową oraz imbir, a całość nachmielono odmianą Sorachi Ace.

5%ABV Cena: 17zł (355ml)

Z początku piwo nalewa się idealnie klarowne. Dopiero po solidnym zabełtaniu i wlaniu osadu z dna puszki zaczęło to wizualnie przypominać mocno zamglonego Witbiera. Niska, nadzwyczaj puszysta piana towarzyszyła mi niemalże przez całą degustację.

W aromacie nie brak typowych dla stylu cech. Dominuje jednak niesamowita wręcz cytrusowość, której na próżno szukać w standardowych interpretacjach. Mnóstwo słodkich owoców tropikalnych z delikatnym cynamonem oraz kokosem wprost od Sorachi.

Smak niewiele odbiega od tejże mocno deserowej lemoniady, którą uświadczyłem wąchając. Ot taki zblendowany, ciut gorzkawy budyń kokosowy. Do tego spore wysycenie oraz zerowa obecność procentów. Całość jest tak niewiarygodnie lekka, że musiałem się mocno folgować aby po prostu nie wypić (a raczej wychlać) duszkiem.

Sam nie wiem co tu podsumowywać. Jak to u Westbrooka zazwyczaj bywa, White Thai okazało się niesamowicie ciekawe. Tu muszę zaznaczyć, że osobiście nie przepadam nazbyt za tym ewidentnie letnim stylem. Doskonale dobrane dodatki jednak zdecydowanie uprzyjemniły mi degustację, zaś niebywała wręcz pijalność wywarła na mnie spore wrażenie. 

wtorek, 16 lutego 2016

Clock – Hektor

10°blg 4%ABV 30IBU Cena: 11zł (700ml)

Jasnozłota, niemalże słomkowa barwa z bardzo mocno zaakcentowaną opalizacją (brak filtracji, zresztą pasteryzacji także). Wysoka, zbita i trwała piana – tylko zachęca do bezpardonowego nalewania w czeskim stylu, czyli na kilka razy.

Czy w aromacie cokolwiek się dzieje? Ano jak najbardziej. Z jednej strony odpowiednia słodowość w postaci ciasteczek oraz zbożowości, z drugiej zaś typowy dla żateckiego chmielu mocno ziołowy sznyt.

Smak wypada jeszcze lepiej. Brak tu jakiejkolwiek, tak często przecież spotykanej w tego typu piwach wodnistości. Pełnia stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. Sporo także wyraźnej, dość długiej goryczki – mocniej chmielone czeskie dwunastki w typie Bakalářa czy Rytířa pozostają daleko w tyle.

Pewnie wielu zarzuci mi „po cholerę degustować lekkiego lagera?!”. Mam jednak odmienne zdanie. Czeskich desítek wypijam rocznie przynajmniej pół tysiąca, i skromnie mówiąc myślę, że dość dobrze widzę wszelkie zmiany jakości na rynku. Hektor to jednak zupełnie inna liga niż to, co serwuje większość. Aż mi się przypomniała moja dziesiąteczka z Birofilii prawie trzy lata temu. Pamiętajcie, że nie samą rewolucją człowiek żyje a także o tym, że czasem dobrze zresetować nasze kubki smakowe czymś na pozór niewymagającym.

poniedziałek, 15 lutego 2016

To Øl – Smoke On the Porter - Fire in the Rye

Jest to wędzony, żytni porter z dodatkiem papryczek Chipotle, Guajillo oraz Ancho.

13,2%ABV Cena: 43zł (375ml)

Nie czarny, lecz brunatny kolor już na wstępie zdradza, że mamy do czynienia nie z RISem, lecz Porterem. Na uwagę zasługuje doskonała klarowność, aby się jednak do niej dobrać trzeba sporo upić. Od początku niska, choć gęsta piana z czasem jedynie bardziej się redukuje. Na osłodę pozostawia po sobie na ściankach szkła drobny lacing.

W aromacie pierwsze co zwróciło mą uwagę to spora ziemistość, której źródła upatruję się w dodatku żyta. Paloność wyraźnie zredukowana – całość pachnie bardziej jak mocne, angielskie Barleywine. Ostrość także minimalna, ot takie kapsaicynowe muśnięcie.

Smak wręcz zaskakuje swoją złożonością. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się gorzkie kakao oraz czarna kawa. Tu także łatwo doszukać się wpływu żyta – głównie w postaci sporej, lekko wyklejającej usta pełni. Papryczki nadały wyraźnej, lecz niesamowicie krótkiej ostrości – pierwszy raz spotykam się z takim efektem. Na finiszu trochę słodkich pralin, lekko rozgrzewające procenty oraz dosłownie cień dymnej, iście popiołowej wędzonki.

Jedno z najfajniej zrobionych piw z Chili jakie miałem przyjemność wypić. Zazwyczaj paprykowa ostrość trwa bardzo długo, zaś mające ją „spłukać” kolejne łyki tylko pogarszają sytuację. Tu jest wręcz odwrotnie. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to odrobinę zbyt lekka jak na mój gust wędzoność. Nie ma jednak co marudzić, piwo jest niesamowicie kompleksowe i ciekawe. 

piątek, 12 lutego 2016

Siren – Counting Vampires

Jest to India Pale Ale z dodatkiem jeżyn.

6,1%ABV Cena: 16zł (330ml)

Piwo kolorem przypomina nasz rodzimy Atak Chmielu, jeśli nie jest jeszcze ciemniejsze. Nie sądzę jednak, iż tak ciemną barwę zawdzięcza jedynie dodatkowi owoców. Piana może i wysoka, lecz niestety szybko dziurawiąca się i opadająca do mizernej warstewki.

Aromat ciężko określić jeżynowym. Zdecydowanie więcej tu słodkich tropików – ananas, melon, papaja. W tle odrobina karmelu, od dziwo wyraźnie przypalonego. Po ogrzaniu doszukałem się nut wręcz ziemistych.

W smaku jest bardzo podobnie. Występuje po prostu minimalna paloność znana z większości Black IPA. Goryczkę określiłbym mianem średniej, jednak ona również robi wrażenie pochodzącej chociaż w części od słodów. Być może to nietypowy efekt owocowych tanin. Bardzo dobrze dobrane nagazowanie jedynie poprawia i tak już niemałą pijalność.

Zaiste dziwne to piwo. Ten kto spodziewał się klasycznego, lekkiego IPA z lekko zaznaczonym charakterem dodanego owocu z pewnością będzie zawiedziony. Olewając jednak wszelkie wytyczne BJCP zdecydowanie można mile spędzić czas przy tym „freestyle” Pale Ale.

czwartek, 11 lutego 2016

Mikkeller – Raspberry Triplebock

Jak łatwo się domyślić po nazwie jest to po prostu potrójny koźlak z dodatkiem malin.

13%ABV Cena 45zł (375ml)

Piwo po przelaniu do szkła zaskakuje przede wszystkim niesamowicie ciemną barwą. To nawet nie jest spotykana zazwyczaj w mocnych Bockach miedź, jest po prostu brunatnie brązowe. Niska, beżowa piana niemal natychmiast opada do mizernego krążka – nie dziwi mnie to zbytnio.

Jak myślicie co znalazło się w aromacie? Tak jest – maliny. Mocne, dominujące nad całą resztą, jednak przy tym nadal nie sztuczne, lecz naturalne. Na dużo dalszym planie usadowiła się odrobina miodu i karmelu – to chyba jedyne co przypomina mi w tym piwie kozła. Natomiast przepięknie schowano wszelkie oznaki sporego przecież alkoholu.

Owoce zewsząd atakują także w smaku. Są równie intensywne jak w aromacie, lecz zdecydowanie bardziej szorstkie, kwaśne i cierpkie. Ciężko się jednak doszukać jakiejkolwiek bazy. Maliny przykrywają całkowicie body. Jedyne co poza nimi stwierdziłem to ciut powyżej średniego wysycenie oraz lekko rozgrzewające procenty.

Trunek ciężki do podsumowania. Bardziej z niego mocna owocówka, niż piwo nadal zachowujące cechy stylu bazowego. Osobiście chyba wolę stonowane dodatki tworzące bardziej harmonijne połączenie. Pewny jednak jestem, że także takie, wyraźnie zdominowane jedną składową wypusty znajdują rzeszę wiernych fanów. Przetestujcie i sami oceńcie co do Was bardziej trafia.

wtorek, 9 lutego 2016

Omnipollo – Bianca Mango Lassi Gose

Szwedzkie Omnipollo słynie wręcz z piw nafaszerowanych ciekawymi dodatkami. Tym razem mam wiec na tapecie Gose z solą kamienną, laktozą oraz purée z mango. Brzmi ciekawie? Sprawdźmy zatem.

6%ABV Cena 20zł (0,33l)

Barwa nie okazała się zbytnim zaskoczeniem – jak przystało na styl jest jasnożółta, niemalże słomkowa, lekko zamglona. Piana niezbyt okazała, z początku wysoka i zwiewna, po chwili jednak opada do krążka, przy czym mizernie oblepia ścianki szkła.

W aromacie wychodzą już jednak niezłe kwiatki. Przede wszystkim jest on niesamowicie owocowy – świeża cytrusowość przeplata się ze słodyczą owoców tropikalnych. Zaraz za nimi podąża zdecydowana mineralność. Na finiszu doszukać się można lekko mlecznej kwaśności.

Właśnie ta ostatnia składowa aromatu dominuje niemalże cały smak. Mniam, jest niemal tak kwaśno jak w porządnym Berliner Weisse. Po chwili do kwasku dołącza jednak sporo słodyczy (mango) oraz delikatna, lecz narastająca z czasem słoność. Także spore wysycenie to dokładnie to, co lubię w tego typu piwach.

Tradycyjne Gose z pewnością to nie jest. Nie oznacza to jednak niczego złego – wprost przeciwnie. Bardzo ciekawa wariacja na temat stylu, naładowana niecodziennymi smaczkami, a przy tym obłędnie orzeźwiająca i lekka w odbiorze. Chyba najmniejszy tu udział poza podbiciem ekstraktu miała laktoza. Sami oceńcie czy dobrze to, czy źle…

poniedziałek, 8 lutego 2016

Uiltje – Meneer de Uil Whisky Barrel Aged (Bowmore)

Jest to RIS leżakowany w beczkach po single malt whisky z destylarni Bowmore. Do chmielenia użyto tylko jednej odmiany, a mianowicie East Kent Golding. Teraz słówko wytłumaczenia dlaczego wybrałem właśnie tę wersję mając w ręce również wersję Ledaig i Clynelish. Pochodząca z wyspy Islay Bowmore mieści się w największym na niej miasteczku o tejże właśnie nazwie. Jest także najstarszą ze wszystkich szkockich destylarni – została założona już w 1779 roku. Dodatkowym jej atutem jest przeprowadzanie wszystkich etapów produkcji na miejscu – to również wyróżnia ją na tle pozostałych manufaktur tegoż kraju (mowa tu m. in. o własnej słodowni czy pokładach torfu).

Bowmore (zdjęcia pochodzą ze strony www.lenstalk.com)

W moim dość szerokim szkle degustacyjnym barwa okazuje się być smoliście czarną. Średnio obfita piana niesamowicie szybko dziurawi się oraz opada z głośnym sykiem do całkowitego zera, niczym na oranżadzie z lat 90. Chciałem na to nieco pomarudzić, ale w końcu chyba nie o pianę w tym piwie chodzi, prawda?

Urzeka natomiast intensywność aromatu – trzymając szklankę dobry metr ode mnie czuję się owładnięty nim zewsząd. Dominuje mocna wiśnia w postaci wyraźnie utlenionej nalewki (kto wąchał ponad 20-letnie Cherry wie o czym piszę). Nie brak także pochodzącego od beczki drewna w postaci mokrej, kojarzącej się z butwiejącym deszczową porą lasem. Pojawiająca się niemal zawsze w tego typu leżakach wanilina, okazała się tu zepchnięta na dużo dalszy plan, zaś jej miejsce zastępuje niesamowicie subtelna, jednak zdecydowanie kojarząca się z whisky dymność. Po całkowitym ogrzaniu dodatkowo ujawnia się lekki bandaż. Wspominałem coś o procentach? Nie? Najwidoczniej ciężko było się ich doszukać.

O kur**! Wybaczcie ale to było pierwsze me słowo po spróbowaniu. Zapach w żadnej mierze nie zwiastował takiego torfu. Wędzoność nie ma nic wspólnego z bamberską szynkarnią. Jest szorstka, z czasem coraz bardziej apteczna, ale jakże obłędnie szlachetna. Pojawia się także sporo gorzkiego kakao, trochę paloności oraz szczypta drzewnych tanin. Body określiłbym jako średnio pełne – wykleja usta jedynie minimalnie. Niemal zerowe wysycenie dodatkowo podkreśla stricte degustacyjny charakter piwa, zaś rozgrzewający alkohol przyjemnie odparowuje po przełknięciu.

 11,3%ABV 85EBU/80IBU Cena: 19zł (330ml)

Uwielbiam takie zaskoczenia. Słyszałem jakieś tam marudzenie krakowskich degustatorów, że „alkoholowe, puste w smaku, samą beczką daje”. Nic z tych rzeczy. Jeszcze mi tak nie popierdzieliło kubków smakowych abym nie umiał stwierdzić, iż Meneer de Uil leżakowany w beczce po rudej z Bowmore to napitek pierwszoligowy. Aż czasami ciężko mi uwierzyć, że tyle dobroci można mieć za dwie dyszki.

sobota, 6 lutego 2016

Mikkeller – Mosaic Black IPA

Jak z nazwy mógł już wywnioskować nawet największy piwny laik jest to India Pale Ale chmielone wyłącznie odmianą Mosaic, czyli tzw. Single Hop. Tym razem piwo nie było warzone w belgijskim de Proef, lecz amerykańskim Sly Fox. Od siebie dodam, że chociaż wypuszczony na rynek w 2012 roku Mosaic (wcześniej znany jako HBC 369 CV) pochodzi wprost od mego ulubionego Simcoe, nigdy specjalnie nie przypadł mi do gustu. Mało tego, nie ukrywajmy iż BIPA stylem łatwym nie jest, a spora część reprezentujących go piw na naszym rynku jest najzwyczajniej w świecie American Stoutami. Tym milej mi sprawdzić zawartość tejże puszeczki.

6,9%ABV Cena: 17zł (355ml)

Barwa swym odcieniem przypomina mi brunatny Porter. Dość łatwo zauważyć lekkie zmętnienie. Z początku wysoka, beżowa piana, redukuje siew trakcie degustacji do cieniutkiej warstewki. Na osłodę pozostawia nam masę lepkiego lacingu.

W aromacie zdecydowanie dominuje chmiel. Główną jego składową jest sosnowa żywiczność, co nie do końca pokrywa się z moją osobistą interpretacją tegoż stylu. W tle odrobina gorzkiego kakao oraz popiołu. Ładnie wkomponowane procenty – nie rażą nawet po ogrzaniu piwa do temperatury pokojowej (startowałem z okolic 10°C).

Smak przywitał mnie solidną, lecz krótką goryczką pochodzenia tak chmielowego, jak i wprost od palonych słodów. Szkoda, że nie udało się ich zgrabniej ukryć, gdyż posmak jest naprawdę mocno popiołowy. O dziwo najbardziej w porządku okazało się wysycenie – trafia idealnie „w punkt”.

No cóż, znów nie zostałem w pełni usatysfakcjonowany. Nijak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że piłem po prostu mocno nachmielony FES.  Należy przy tym jednak zaznaczyć, że pomimo niezgodności z moimi wymaganiami odnośnie Black IPA piwo to okazało się naprawdę przyjemnym i nadzwyczaj pijalnym. 

czwartek, 4 lutego 2016

Swannay – Orkney Porter Whisky Barrel Aged

Imperialny Porter leżakowany przez 18 miesięcy w beczkach po Whisky (single malt) z wyspy Arran, produkowanego z bere – jednej z najstarszych uprawnych odmian jęczmienia na świecie.

10,5%ABV Cena: 25zł (330ml)

Po przelaniu do szkła piwo przywitało mnie zaskakująco jasną barwą – w najbardziej optymistycznej wersji zbliża się ona do Pepsi. Pozytywne wrażenie robi natomiast niemalże krystaliczna klarowność. Piana, niska, nijaka, pozostawiająca dość skromny lacing.

Aromat od samego początku zwiastuje leżakowanie w beczce. Sporo mokrego drewna, nieco mniej waniliny. Nie brak suszonych owoców, wiśni oraz odrobiny bardzo przyjemnego popiołu, który z czasem niestety zanika. Alkohol jest kompletnie niewyczuwalny – to nieczęste zjawisko przy tym woltażu.

W smaku najbardziej urzeka gładkość oraz ułożenie. Także tutaj ciężko doszukać się jakichkolwiek procentów. Subtelna kwasowość oraz ogniskowy popiół towarzyszą przez całą degustację. Lekkie wysycenie przypomina nam, że nie mamy do czynienia z RISem, całość zaś jest nadzwyczaj pijalna.

Jedno jest pewne – dymnego, torfowego charakteru znanego z Whisky wytwarzanych na Arran tu nie odnalazłem. Nie umniejsza to jednak prześwietnej jakości tegoż piwa. Delikatne nuty pochodzące od kontaktu z drewnem nie dominują całości, czyniąc z Orkney Porter piwo trafiające raczej do bardziej zaawansowanych konsumentów. Jak dla mnie pierwszoligowy trunek.

środa, 3 lutego 2016

Mikkeller – Vanilla Sky

Po prostu India Pale Ale z dodatkiem lasek wanilii.

7%ABV Cena: 16zł

Jasnożółta barwa oraz solidne zmętnienie prawdopodobnie spowodowane brakiem jakiejkolwiek filtracji mogącej negatywnie odbić się na aromacie. Gęsta i wysoka piana, redukująca się do centymetrowej warstewki oraz mocno oblepiająca ścianki szklanki.

Aromat to głównie nowofalowe cytrusy w postaci pomarańczy oraz cytryny. Wanilia wyczuwalna jedynie po całkowitym ogrzaniu, nadal jednak w bardzo subtelny sposób. Z pewnością jednak różni się od tej znanej z piw leżakowanych w beczkach. Jakakolwiek żywiczność czy procenty właściwie nie istnieją.

W smaku jest jeszcze ciekawiej. Po pierwszym dość solidnym uderzeniu goryczki pojawia się słodka wanilia zmieszana z dojrzałymi owocami tropikalnymi. Na szczęście całość w najmniejszym stopniu nie jest ciężka czy muląca - wprost przeciwnie.

Podsumowując – jest to całkiem zgrabnie wykonane IPA, z subtelnie dobranym dodatkiem. Całość ujmuje niesamowitą lekkością (testując w ciemno z pewnością obstawiłbym lekkie Pale Ale) oraz wynikającą wprost z niej niesamowitą pijalnością. Szczerze mówiąc smakowało mi na tyle, że sam mam ochotę popełnić podobną warkę – to chyba wystarczająca rekomendacja. 

poniedziałek, 1 lutego 2016

To Øl – Long Time No See

Jest to Imperial Stout osiągnięty poprzez odparowanie. Piwo zostało zatarte jako 6% Stout, następnie gotowane aż przez 6 godzin aby z 1500l osiągnąć zaledwie 500.

12,8%ABV Cena: 31zł (330ml)

Chyba nikogo nie zdziwię mówiąc, że barwę określam jako smoliście czarną. Piwo wręcz lepi się do szkła i brudzi je niczym ropa naftowa. Z równie oczywistych względów piana choć drobna, jest bardzo nietrwała. Pomimo tego drobne, orzechowe koronki na ściankach szkła miłe cieszą nasz wzrok.

Aromat nie dość, że intensywny, to jeszcze na dodatek bardzo złożony. Standardowe dla stylu nuty takie jak czekolada, gorzkie kakao oraz czarna, odrobinę kwaśna kawa, zostały tu zestawione z obłędna owocowością – tak świeżą (maliny, jeżyny, borówki), jak i suszoną (śliwki, daktyle). Wszystko obficie skropione wyraźnym, lecz jak najbardziej szlachetnym alkoholem.

Właściwie wszystkie te nuty znajdują swoje odzwierciedlenie także w smaku. Jest jedno małe „ale” – w życiu nie spodziewałbym się tak doskonałego ułożenia i wygładzenia wszelkich niuansów przy jakby nie było bardzo mocnej pozycji. Procenty oczywiście lekko rozgrzewają, ich całkowity brak także nie jest wskazany. Całości dopełnia miękkie wysycenie przypominające znane mi to z piw serwowanych na mieszance azotu.

Czas na małe podsumowanie tego co się spożyło. Z Long Time No See mam jeden tylko mały problem. Czemuż do jasnej cholery nie przeleżakowali tego w beczce? Byłby to godny przeciwnik chociażby dla Mikkellerowego George’a. Mówi się trudno. Nawet w zdawało by się bazowej wersji piwo potrafi urwać to i tamto, a już pewnością zapewnić ponad godzinną degustację na najwyższym poziomie. Solidne odparowanie jak widać może przynieść całkiem niezłe efekty. 

Instagram