czwartek, 31 marca 2016

Mikkeller & Koppi – Coffee IPA Citra & Santa Barbara

India Pale Ale z dodatkiem płatków owsianych oraz kawy (1,5%).

7,2%ABV Cena: 18zł

Przepiękna barwa ciemnej miedzi kojarząca mi się z „oldschool IPA’s”. Piana wysoka, zwiewna, dość drobna, i równie trwała. Oblepia ścianki Craft Mastera całymi kłaczkami.

Nieco obawiałem się aromatu. Połączenia kawy i solidnego nachmielenia to nie jest coś, co spotykamy codziennie. Moje obawy były jednak bezzasadne. Chmielowa cytrusowość idealnie zgrała się z tą pochodzącą od kawy. W tle odrobina zbożowości, orzechów włoskich oraz słodkiej, ciut ciężkiej żywicy.

W smaku kawa wypada jeszcze „ciemniej”. Wniosła odrobinę gorzkiej czekolady oraz toffi. W żadnym wypadku nie przypomina to jednak Black IPA. Jest lekko, rześko i bardzo żywicznie. Odrobinę lepiej mógł zostać ukryty alkohol – za połową degustacji efekt rozgrzewania przełyku daje znać o sobie.

Bardzo, ale to bardzo udane połączenie. Owocowość kawy oraz chmielu doskonale się uzupełniły tworząc niesamowicie orzeźwiający miks. Ponadprzeciętna pijalność może okazać się lekko zwodnicza z uwagi na wcale nie niską zawartość procentów. Przemiła degustacja.

środa, 30 marca 2016

Lost Abbey – Santo Ron Diego Rum Barrel Aged

Coś pomiędzy Barleywine a Strong Ale, zastosowano dodatek ziaren kakao, wanilii oraz skórki pomarańczowej, zaś całość przeleżakowano w beczce po Rumie.
 
12,5%ABV Cena: 36zł (375ml)

W szkle trunek przedstawia się jako brunatno-brązowa, mocno zmętniona od luźnego osadu na dnie butelki ciecz. Piana niemalże nie występuje – opada w oka mgnieniu właściwie do zera.

Aromat to połączenie ciemnego miodu (gryczanego) z mocnym suszem owocowym przypominającym nieco kompot wigilijny. Całość uzupełniona pieczonym, karmelizowanym lekko jabłkiem. Pomimo wysokiej zawartości procentów, są one niemalże niewyczuwalne.

Po pierwszym łyku smak wydaje się idealnym odzwierciedleniem tego co odnalazłem w całej gamie aromatów. Z czasem jednak ujawniają się subtelne niuanse, takie jak mokre drewno, czy też szczypta wanilii (wytrawnej). Cała przyprawowość jest tak lekka, że ciężko jednoznacznie stwierdzić czy minimalna ostrość pochodzi od przypraw, czy też świetnie przecież zamaskowanego alkoholu.

Ciężkie do podsumowania piwo. Z pewnością nie jest to TOPowa pozycja jednego z najlepszych amerykańskich browarów. Oczekując mocnego wpływu dodatków można się nie lada zawieść. Mnie jednak najbardziej zauroczył doskonały balans pomiędzy wszystkimi składowymi. To jedna z najbardziej poszukiwanych przeze mnie cech w piwie, więc degustację Santo Ron Diego zaliczam do tych jak najbardziej udanych.

wtorek, 29 marca 2016

Fabrica RARA – Haiku

Jest to Witbier w którym poza standardowymi dla stylu dodatkami (kolendra, Curacao) zastosowano skórkę słodkiej pomarańczy oraz prażoną, zieloną herbatę łodyżkową Hojicha Kyoto (Uji, Prefektura Kioto, Japonia).
 
13°blg 5,5%ABV Cena: 26zł (750ml)

W wyglądzie wszystko się idealnie zgadza – jest jasnożółta, słomkowa wręcz barwa, solidna mętność oraz drobna, gęsta i niesamowicie trwała piana.

Aromat to także głównie nuty typowe dla stylu. Dominuje zbożowość, kwaskowość, odrobina perfumowej kolendry (za tą ostatnią nie przepadam w dużym stężeniu). Wpływ herbaty uwydatnia się wraz z ogrzaniem – nadała przyjemnie ziołowych, lekko owocowych aromatów.

W smaku mamy właściwie kontynuację witbierowej klasyki. Tu także dodatki nie zdominowały samej bazy, lecz subtelnie ją dopełniają tworząc bardzo zgraną kompozycję. Na szczęście często spotykany mydlany efekt nie zagrzał tu miejsca, jest za to obłędna rześkość. Bazowa słodycz została nieźle skontrowana herbacianymi nutami, które pokazują swą złożoność dopiero w posmaku.

Ciężko doszukać mi się czegokolwiek negatywnego. Jeśli już miałbym marudzić to tylko na to, że obłędna pijalność Haiku niemalże nie pozwala nacieszyć się subtelnymi niuansami, których odkrycie wymaga silnej woli w trakcie ogrzewania piwa. Fabrica jest dla mnie przykładem browaru niesamowicie dopieszczającego swe produkcje nie tylko pod kątem receptury, ale i samego designu opakowania. Oczywiście ma to przełożenie na cenę, lecz jeśli zapytacie czy warto wydać niemal 3 dyszki za Witbiera, cytując Edwarda Stachurę odpowiem – „O, tak - to warto. Jeszcze jak warto!”.

sobota, 26 marca 2016

Great Divide – Yeti Imperial Stout


Jest to po prostu Imperial Stout w mocno amerykańskim wydaniu (jeśli chodzi o chmiel). Na piwo miałem ochotę już dawno temu, jednak kiedy było dostępne w Krakowie dobre 5 lat temu, pożałowałem funduszy, zaś podczas wizyty w belgijskim Delirium Cafe okazało się niedostępne. Warto też wspomnieć, że piwo to może poszczycić się kilkoma nagrodami (BeerAdvocate, RateBeer) czy też medalami Great American Beer Festival.

9,5%ABV 75IBU

W dość szerokim szkle Yeti jawi się jako trunek iście smolisty. Z początku wysoka i niesamowicie drobna piana, po kilku minutach dziurawi się i opada do cieniutkiej warstewki. Łatwo jednak pozwala wzburzyć się na nowo, przy czym oblepia ścianki szkła lepkimi, ciemnobeżowymi pajęczynkami.

Aromat okazał się niesamowicie intensywny. Mnóstwo gorzkiej czekolady, pralin, kakao, do tego szczypta paloności oraz odrobinę kwaśnej kawy – to wszystko usadowiło się na pierwszym planie. Na dalszym znalazło się miejsce dla nie mniejszej ilości niuansów – słodkiej wanilii, tytoniowego popiołu oraz wyraźnie żywicznej, słodkiej chmielowości.

Smak przywitał mnie przede wszystkim bardzo solidną goryczką. W tego typu piwach zazwyczaj bardziej pochodzi ona od palonych słodów, niż chmielu, tu jednak sprawia wrażenie stworzonej z obu tych składowych w jednakowym stopniu. Całość jest bardzo wytrawna, pozostawiająca suchość w ustach. Doskonale zamaskowane okazały się procenty – efekt rozgrzewania przełyku ujawnił się dopiero pod koniec degustacji.

Yeti to z pewnością świetne piwo, całkowicie zasługujące na przyznane mu w ratebeerowej skali 100 pkt. Oczywiście, że piłem lepsze RISy, lecz w grupie wersji nieleżakowanych wypada świetnie, nie zaś jako kolejny przeciętny przedstawiciel stylu. Charakterna pozycja przy której można mile spędzić blisko godzinę.

poniedziałek, 21 marca 2016

Nøgne Ø – Sunturnbrew

Jest to Barleywine w angielskiej interpretacji, warzone z udziałem 30% słodu wędzonego i 20% żyta.

26 °blg 11%ABV 50IBU Cena:23zł (500ml)

Już przy nalewaniu piwo wita pozytywną cechą, a mianowicie obłędnie lepką, gęstą, niemalże kisielową fakturą. Z pozoru brunatna barwa po światło okazuje się ciemnorubinową. Gęsta i drobna niczym w Guinnessie piana niechętnie opada do cieniutkiej warstewki dopiero gdzieś w połowie całkiem długiej degustacji, przy czym ochoczo odznacza na ściankach prawie każdy łyk.

Aromat to po trzykroć wędzonka. Słodka, torfowa, lekko apteczna. W tle odrobina karmelu, ziemistości oraz alkoholu. Całość pomimo pewnej agresywności robi naprawdę bardzo dobre wrażenie.

Obawiałem się sporej słodyczy w smaku – nic z tego, gdyż potężne body zostało przyjemnie skontrowane wyraźnym, lecz miłym alkoholem. Oczywiście nie brak wszelakich niuansów wynikających z wędzonego zasypu. Znalazło się jednak odrobinę miejsca dla suszonych owoców (kompot wigilijny), palonego karmelu oraz subtelnej ziołowości. Odczucie w ustach jest niesamowicie wyklejające.

Nie ma co ukrywać, że jest to pozycja przede wszystkim dla fanów wszelakich piw dymionych, szczególnie torfem. Sunturnbrew to pozycja zdecydowanie ciężkiego kalibru, o jej klasie świadczy jednak to, że przy tej pozornej agresywności nic a nic nie tracą wszelkie delikatne niuanse. Myślę, że mogę śmiało zaliczyć je do TOP10 wędzonek jakie piłem. 

czwartek, 17 marca 2016

Porterhouse – Oyster Stout

Uprasza się wszystkich wegan o powstrzymanie się od wylewania wszelkich żali – w piwie jak przystało na styl zastosowano dodatek ostryg. Do chmielenia użyto trzech odmian: Galena, Nugget oraz East Kent Goldings.

5,2%ABV Cena: 14zł (330ml)
Barwa jest chyba jeszcze o ton jaśniejsza od napojów typu Pepsi – mi kojarzy się właściwie z Brown Porterem. Gęsta i drobna piana powoli opada do grubej obrączki. Pozostawia niesamowicie gęste i lepkie koronki na ściankach szklanki.

W aromacie lekka paloność, odrobina popielniczkowego popiołu oraz subtelna, mineralna „morskość”. Po ogrzaniu ujawnia się typowo pumperniklowa kwaskowość.

Smak nie do końca odzwierciedla to, co spotkało nas w aromacie. Nie brak słodkiej chlebowości, kawy oraz kakao. Zdecydowanie jednak zabrakło mi smaczków palonych oraz wpływu muszli. Całość jest niesamowicie lekka, niemalże ociera się o wodnistość.

Nie do końca odnalazłem w nim typowo stoutowy charakter. Pomimo tego jest to naprawdę przyjemne piwo, głównie za sprawą ponadprzeciętnej pijalności oraz jedynie subtelnie zaznaczonemu charakteru ostryg. W pamięć mi jednak z pewnością nie zapadnie. 

wtorek, 15 marca 2016

Mikkeller – SpontanGooseberry oraz SpontanOrange Barrel Aged

Mikkellerowa seria dzikusów spod znaku “spontan” obejmuje kilkadziesiąt piw, głównie zawierających dodatki owocowe (ale także np. kawę - tak, wiem, to też owoc :P). 
Poniżej na tapetę biorę dwa z nich – agrest oraz pomarańczę.


SpontanGooseberry

7,7%ABV Cena: 44zł (375ml)

 Z wyglądu piwo jest mętne niczym Witbier (także jasnozłotą barwa go przypomina). Grubo pęcherzykowa piana o wysokości dwóch milimetrów utrzymuje się zaskakująco długo i łatwo wzburza się na nowo.

Aromat to zestawienie lekkiej, zdecydowanie owocowej słodyczy z mocną dzikością w postaci stajni, derki itp. Nawet ogrzewając, natleniając i skupiając się do granic możliwości ciężko byłoby w ślepym teście obstawić, że mamy do czynienie z agrestem.

W smaku całkiem spora początkowo kwaśność szybko ustępuje miejsca słodkiej, tym razem zdecydowanie już agrestowej słodyczy. Całość nieco kompotowa, lecz pomimo tego nadal przyjemnie rześka. Odczucie to jeszcze bardziej uwypukla zdecydowanie podwyższone wysycenie.

Mówiąc krótko piwo jest niewyobrażalnie wręcz pijalne. Gdyby nie chłodna aura pogodowa prawdopodobnie zniknęłoby w ciągu minuty. Sam charakter owocu okazał się być bardzo subtelny, zaś całkiem spory alkohol zamaskowany wręcz idealnie.


SpontanOrange

7,7%ABV Cena: 45zł (375ml)

 Tu dla odmiany mamy trunek niebywale klarowny, mieniący się pomarańczowymi refleksami. Piana zaskakująco wysoka, zwiewna i jak można się było spodziewać dość szybko redukująca właściwie do zera.

W aromacie na pierwszym planie usadowiła się tytułowa pomarańcz, jednak nie w świeżym, dojrzałym wydaniu, lecz w mixie białego albedo z gorzkim Curacao. Już sam kwaśny zapach powoduje szybszą pracę ślinianek. Oczywiście wszelkich nutek kojarzących się z wiejską farmą również nie zabrakło.

Jeśli spodziewaliście się w smaku rześkich cytrusów to jesteście w błędzie. W ustach piwo obezwładnia wręcz potężną piwnicznością – tak jest, pleśń, stęchlizna oraz odrobina sera to coś co po prostu uwielbiam. Na dalszym planie znalazła się odrobina słodyczy o dziwo przeplatającej się z owocową goryczką (coś à la grejpfrut posypany cukrem).

Pozycja niesamowicie zaskakująca i wielowymiarowa. Otwierając butelkę zupełnie nie spodziewałem się tego typu doznań. Nie ma się co dłużej nad nim rozwodzić, dla mnie po prostu piwo genialne.

Podsumowując więc jedynie te dwie pozycje muszę stwierdzić, że z pewnością są warte każdej wydanej na nie złotówki. W obu charakter zastosowanego owocu został ukazany w zupełnie inny sposób, w dodatku nietypowo, rzekłbym, że zaskakująco. Piwa na tyle ciekawe, iż dobrze zdegustować z kimś, wymieniając się przy tym swoimi spostrzeżeniami. Mikkeller kolejny raz udowadnia, że pomimo ogromnej ilości wypuszczanych piw nie wrzuca dodatków jak popadnie, lecz kieruje się rozsądkiem i wizją jak dany egzemplarz ma smakować.

poniedziałek, 14 marca 2016

Evil Twin Brewing – Même Jésus Plus

Najzwyklejszy w świecie Imperial Stout podkręcony jedynie ziarnami kakaowca.

10%ABV Cena: 23zł

Piwo z początku robi wrażenie nieprzejrzystego, dopiero pod koniec degustacji można zauważyć niezłą klarowność. Orzechowa dość zbita piana redukuje się do grubego krążka dopiero gdzieś w połowie degustacji.

O dziwo aromat z butelki zupełnie się różni od tego wyniuchanego ze szkła. Butelka daje całkiem przyjemnym Bourbonem. W szklance natomiast dominuje niestety zielone jabłko. Na drugim planie odrobina miodowego utlenienia oraz subtelny alkohol. Cała typowa dla stylu paloność została niemalże kompletnie zredukowana.

W smaku uderza potężna wytrawność oraz niewiele mniejsza, wyraźnie słodowa kwaśność. Nie dziwi więc bardzo lekka, w odniesieniu do ram stylu wręcz wodnista faktura. Wyraźnie rozgrzewające przełyk procenty niestety nie poprawiają sytuacji. Przyzwoitą normę trzyma jedynie wysycenie – jest bardzo niskie i miękkie.

Podsumowanie zaskoczeniem nie będzie. Dość rzadko trafiam na tego typu wypusty w wykonaniu „złego brata”, lecz tym razem jest to zdecydowanie średniak, w dodatku z wadami. Z dobrego serca tym razem odpuszczę sobie uwagi i porównania do przedstawicieli tegoż stylu na naszej rodzimej scenie, lecz pomimo wszystkiego pijałem gorsze RISy.

wtorek, 8 marca 2016

de Molen – Hel & Verdoemenis Bruichladdich Barrel Aged

Kolejny Imperial Stout od de Molena, chmielony Saazem i Columbusem, określany jako „peated” ale nie posiadający wypunktowanego w składzie słodu wędzonego.

24°blg 11%ABV 102EBU Cena: 24zł (330ml)

Właściwie zero piany jak i wysycenie nawet przy agresywnym nalewaniu. Mocna czerń dopiero pod koniec degustacji ukazała swe całkowicie klarowne oblicze.

W aromacie solidne kabelki oraz solidna kiełbaska. W tle mnóstwo mokrego drewna oraz ni to kwaskowej, ni kandyzowanej wiśni. Pomimo lekkiej agresywności alkohol zrobił na mnie dość przyjemne wrażenie.

Smak wręcz obezwładnia wędzonką. Jest wszechobecna, torfowa, nieco słodka. Poza nią udało się przemycić małą dawkę ciemnego kakao oraz szczyptę wyraźnie kwaskowej kawy. Na uwagę zasługuje jednak przede wszystkim idealne zamaskowanie procentów – efekt rozgrzewania przełyku właściwie nie występuje.

Zdecydowanie wyższe noty względem wcześniej recenzowanego przeze mnie poprzednika są tu w pełni uzasadnione. Pomimo iż sam profil wędzonki zdaje się być nieco jednowymiarowym, to całość nie straciła pierwotnego charakteru RISa. Nie jest to ani TOP Stoutów, ani wędzonek, jednak nie czuję się zawiedzony w najmniejszym stopniu - było smacznie.

poniedziałek, 7 marca 2016

de Molen – Spanning & Sensatie Whiskey Barrel Aged

Jest to Imperial Stout lekko udziwniony dodatkiem kakao, papryczek chili oraz soli morskiej.

24,2°blg 10,8%ABV 61EBU Cena: 24zł (330ml)

Po przelaniu do szkła oczom ukazuje się piwo o barwie jasnej nawet jak na porter. Grubo pęcherzykowa, niska piana dość szybko opada do zera, przy czym niemalże nie pozostawia lacingu – mówiąc w skrócie jest dość marnie.

Już od pierwszego wdechu aromat wydaje się być zdominowany przez wędzonkę. Na drugim planie usadowiło się mokre drewno, zaś daleko za nim w tyle odrobina bandażowej apteki. Wynikająca z użycia soli morskość plasuje się na poziomie autosugestii, natomiast chili jest całkowicie niewyczuwalne.

W smaku szaleństwa nie ma. Przede wszystkim mało tu cech typowych dla stylu bazowego (jeśli nie liczyć wyraźnej kwaśności słodów palonych). Smakuje jak średnich lotów wędzonka, o zdecydowanie torfowym charakterze. Szukając wpływu dodatków co rusz miałem wrażenie, że już je odnalazłem, po czym dochodziłem do wniosku, iż jednak tylko mi się zdawało. Całość lekko rozgrzewająca.

No cóż, wielce pozytywnego wrażenia na mnie trunek ten nie wywarł. Oceniając wyłącznie w kategorii wędzonki jest przyzwoicie, szukając w nim jednak tego, co zapowiadała etykieta poczułem pewien niedosyt. Dobry przykład na to, że sama beczka cudów nie czyni, a nawet czasem potrafi spłatać niejeden figiel w dobrym piwie. 

czwartek, 3 marca 2016

de Molen – Cedar-Wood Infused Quad

Solidny Quadrupel chmielony amerykańską Citrą oraz fermentowany z dodatkiem drewna cedrowego. W końcu mogę odkurzyć moje masywne szkło do właśnie takiej maści mocnych belgów.

24,3°blg 10%ABV 46EBUCena: 13zł (330ml)

Barwa jest właściwie całkowicie brązowa. Nikłych, rubinowych refleksów można doszukać się jedynie pod światło. Piana opadająca, zdobiąca trunek grubym krążkiem, niechętnie osadzająca się na ściankach.

Fenomenalny aromat. Nie pamiętam kiedy piłem tak intensywnie pachnącego Quadrupla. Owoce suszone w postaci rodzynek, śliwek, fig i daktyli, świeże jeżyny i maliny, zaś na końcu kandyzowana wiśnia. Do tego szczypta waniliny oraz mokrego drewna. Alkohol delikatny, bardzo szlachetny.

W ustach okazuje się nie gorsze. Potężna słodycz została odpowiednio skontrowana – z jednej strony odrobinę szorstkimi procentami, z drugiej zaś delikatną ziemistością oraz jakby nie było lekko cytrusową goryczką. Jest gładkie, aksamitne, lecz w żadnym wypadku nie ulepkowe.


Bardzo dobry przedstawiciel stylu, nawet jeśli nie do końca w klasycznym wydaniu. Spodziewałem się zdecydowanie wyraźniejszego wpływu dodatku płatków cedrowych i jeśli coś miałoby mnie w tym piwie zawieść to chyba jedynie ta kwestia. To co urzeka przede wszystkim to nie tylko intensywność, lecz przede wszystkim idealny balans. Właśnie jego osiągnięcie w gotowym piwie (jako piwowar domowy) uważam za jedno z najtrudniejszych zadań browaru. Brawo de Molen.

wtorek, 1 marca 2016

Amager Bryghus & 2cabeças – Marry Me In Rio

Jest to kooperacyjne Cream Ale (TOP50 stylu według RateBeer) chmielone odmianami Sorachi Ace, Centennial i Simcoe.

Przy okazji można pierdnąć słowo o stylu. Otóż jest to taki górnofermentacyjny lager (najczęściej w niższych temperaturach), zawierający niejednokrotnie w zasypie dodatek ryżu lub kukurydzy, mocno odfermentowany i możliwie jak „najczystszy” tak smakowo jak i aromatycznie.

5,5%ABV Cena: 22zł (500ml)

Swoją ciemnozłotą barwą oraz krystaliczną klarownością piwo przypomina typowego eurolagera, w dodatku z segmentu „strong”. Piana dość niska, redukująca się do kilkumilimetrowej warstewki. Nie dziwi mnie to zbytnio, gdyż w składzie są podane płatki kukurydziane, które zazwyczaj dość agresywnie zwalczają pienistość.

Aromat bardzo delikatny, jednak zdecydowanie owocowy. Sporo mandarynki, melona oraz papai, w tle natomiast wyraźna, słodka żywiczność oraz szczypta ziołowości. Nie ma mowy oczywiście o jakichkolwiek procentach, nawet po ogrzaniu.

W smaku całkiem wyraźna goryczka sugerująca, że piwo ma zdecydowanie więcej niż 20IBU, będące właściwie górną granicą dla większości komercyjnych przedstawicieli stylu. Znalazło się także miejsce dla o dziwo całkiem przyjemnej zbożowości (zazwyczaj jej nienawidzę). Całość lekka i na wskroś pijalna.

Tak tak, zaraz usłyszę, że Cream Ale to styl na wskroś nudny, nijaki. Nawet jeśli nie dzieje siew nim nic fenomenalnego, to ciężko mi się zgodzić z „beznadziejnością” tychże piw. Osobiscie potrzebuję trunku codziennego, niezaprzątającego nazbyt mych kubków smakowych swym degustacyjnym charakterem. Właśnie z tego powodu cenię sobie wszelakie pilsolagery czy też lekkie Ale. W tejże roli Marry Me In Rio sprawdziło się wyśmienicie.

Instagram