sobota, 30 kwietnia 2016

Drake's – Jolly Rodger (2015)

Tym razem jest to porter z dodatkiem kolumbijskiej kawy Huila Finca La Ilusion dostarczonej przez Highwire Coffee Oakland.

8,1% Cena: 57zł (650ml)

Barwa bardzo ciemnego brązu z widocznymi klarownymi refleksami o rubinowym odcieniu. Piana właściwie od początku do końca utrzymuje się w postaci dwumilimetrowego krążka.

Aromat niesamowicie intensywny, nie pozostawiający żadnych złudzeń co do zastosowanego dodatku. Gorzka, rzekłbym wręcz zielona kawa, spora orzechowość oraz nuty ciemnego kakao. Nawet po ogrzaniu nie doszukałem się jakichkolwiek procentów.

Nie mniej pozytywnie zaskakuje smak. Przede wszystkim nie brak w nim wyraźnej owocowości w postaci delikatnych malin oraz rodzynek. W tle subtelna nuta wanilii, zdecydowanie wytrawnej. Oczywiście wszelkie charakterystyczne cechy pochodzące od ciemnych słodów są obecnie. Wysycenie niskie, lecz zdecydowanie nie Stoutowe. Całość niesamowicie rześka.

Pozycja nadzwyczaj pijalna o czym świadczy fakt, że podczas degustacji aż trzykrotnie zapisałem sobie uwagę „lekkie”. W żadnym bądź razie nie oznacza to jakiejkolwiek wodnistości. Tak genialny balans i zgranie wszelkich składowych nie jest często spotykaną cechą. Po pierwszym, zdecydowanie nie wybitnym Rodgerze (2011), ten potrafi urwać to i tamto. Będąc chyba najlepszym Coffee Porterem z dotychczas przeze mnie pitych jest wart każdej wydanej nań złotówki. 

piątek, 29 kwietnia 2016

Clock – Exorcist

Jak ładnie widać na froncie etykiety jest to po prostu lekki FES. Dodatkowo można uznać go za Single Hop, gdyż do chmielenia użyto jedynie East Kent Golding.

14°blg 5,8%ABV 40IBU Cena: 16zł (700ml)

Przy nalewaniu swoją obfitością zaskoczyła mnie piana. Nie gorzej ma się sprawa jej trwałości oraz lepkości – towarzyszy całą degustację, przy czym pokrywa ścianki gęstą siecią błyszczących koronek. Barwa minimalnie ciemniejsza niż w Pepsi, klarowność porównywalna.

Aromat jest naprawdę świetny. Tak mleczna, jak i gorzka czekolada, kwaskowy pumpernikiel oraz szczypta popiołowej paloności. Całość sprawia wrażenie piwa zdecydowanie bardziej ekstraktywnego, bynajmniej jednak nie z powodu jakichkolwiek nut alkoholowych – tych oczywiście brak.

W smaku już jednak tej pełni wyraźnie brakuje. Jest sporo proszkowego kakao oraz czarnej, niesłodzonej kawy, lecz zdecydowanie w wydaniu Americano. Oczywiście bardzo pozytywnie odbiło się to na pijalności – sporą butelkę można skończyć spokojnie w tempie zwykłej półlitrówki tego typu piwa.

No cóż. Nie wiem jaki z tego piwa egzorcysta, gdyż swą mocą raczej żadnego demona nie przegoni. Rozpatrując je jednak w kategorii Baby/Session FES muszę przyznać, że jest naprawdę solidną pozycją. W porównaniu z naszymi przedstawicielami tegoż stylu mógłby wypaść słabo, lecz na tle rodzimego Craftu jak najbardziej należy mu się uznanie. 

środa, 27 kwietnia 2016

Siren – Liquid Mistress

Browar określa piwo mianem Red IPA, ja jednak podążając za RateBeer zaklasyfikowałbym je raczej do Amber Ale – jako takie znajduje się tym ogólnoświatowym rankingu wysoko, bo na 16 miejscu.

5,8%ABV Cena: 12zł (330ml)

Kolorek przepięknej, ciemnej miedzi oraz niemalże idealna klarowność przypadły mi do gustu już na wstępie. Piana dość drobna, opadająca do grubego krążka i w tej postaci towarzysząca do końca degustacji. Mocnym punktem okazał się także niesamowicie lepki lacing.

Aromat to połączenie nut słodowych (ciasteczka, brązowy cukier) z rześkością cytrusowych chmieli. Pojawiają się one w postaci tak wnętrza owocu (głównie grejpfrut), jak i skórki kojarzącej się z gorzkimi pomarańczami używanymi do produkcji likieru Curaçao.

W smaku połączenie bazy słodowej z nowofalowym chmielem udało się po prostu genialnie. Lekki karmel i toffi doskonale balansowany jest przez rześką goryczkę o średnim poziomie intensywności. Idealnie także udało utrafić się z wytrawnością – może i jest to interpretacja West Coast, lecz na pewno nie w hardcorowym wydaniu.

Piwo wypośrodkowane po prostu w cudowny sposób. Nie przegięta, zalegająca goryczka oraz jak to często bywa ciężka, nudna baza z przesadnie mulącą karmelowością, lecz pozycja nad wyraz pijalna i rześka. A niech mnie – Siren kolejny już raz udowadnia swoją TOPową pozycję na liście brytyjskich browarów. 

Fabrica RARA – Burned Forest

Oatmeal Stout z dodatkiem jałowca, pędów sosny, prażonej herbaty Bancha oraz grzybów Shitake. Do chmieleniu użyto Saas, EKG i Fuggles.

14°blg 6%ABV Cena: 29zł (750ml)

Po nalaniu do szkła oczom ukazuje się trunek o barwie nie czarnej, lecz ciemnobrązowej. Redukująca się do milimetrowej warstewki piana dość niechętnie oblepia ścianki.

Na pierwszym planie aromatu znalazło się kakao rozpuszczalne oraz wyraźna ziemistość (czyżby wpływ grzybów?). Nie brak także nut kojarzących się z kwaśnym chlebem razowym. Całość jednak sprawia wrażenie dość ciężkiego, odrobinę mlecznego Stoutu.

Smak wita nas nieco zalegającymi, ściągającymi taninami połączonymi z delikatnie ziołową przyprawowością. Urzeka natomiast faktura, jest naprawdę oleista, pozostawiając po sobie charakterystyczne uczucie śliskości. Pomimo tego zdecydowanie jest to wytrawna interpretacja stylu.

Jak większość piw od Fabrici ciekawe dodatki nie dominują, lecz wnoszą jedynie subtelne niuanse. Z dotychczasowo pitych ich piw Burned Forest jest chyba najdelikatniejszym i najbardziej pozbawionym charakteru poszczególnych składowych. Ciężko mi stwierdzić czy dobrze to, czy źle. Wiem jednak, że osiągnięty w tym piwie balans smakowy należy do jednych z najlepszych z jakimi spotkałem się w naszym rodzimym crafcie. 

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nøgne Ø & Jolly Pumpkin & Stone – Special Holiday Ale

Świąteczne Ale warzone z dodatkiem kasztanów, szałwii oraz jałowca. W kategorii Spice/Herb/Vegetable na RateBeer znajduje się w TOP50 (32 pozycja).

8,5%ABV Cena: 24zł(500ml)

Ciemnobrązowa, brunatna barwa pod światło okazuje się być krwiście czerwoną, rubinową. Można dostrzec idealną wręcz klarowność. Piana opadająca do nikłego krążka, niechętnie oblepiająca ścianki.

Aromat kojarzy mi się z pieczonym jabłkiem posypanym cynamonem. Cała przyprawowość zresztą jest dość subtelna i złożona. Na drugim planie nuty wyraźnie utlenionej wiśniówki.

W smaku ostrość przypraw przeplata się ze sporą słodyczą. Odrobina miodowości w połączeniu z nutami opiekanego ciasta daje efekt świątecznego piernika. Aftertaste jest zaskakująco krótki, niestety brak jakiejkolwiek ewolucji w trakcie picia w tym stylu uznaję za spore niedociągnięcie.

Nigdy nie przepadałem za piwami świątecznymi. Może właśnie dlatego uwarzyłem tylko dwa, z czego jedno jako dodatek miało wyłącznie dębinę, drugie zaś pikantne chili. Kooperacyjna interpretacja tych trzech przecież renomowanych browarów nie zaskoczyła mnie właściwie niczym pozytywnym poza pijalnością, której mu odmówić nie sposób. Nie powrócę do niej jednak przy świątecznym stole. 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Lervig & Evil Twin – Big Ass Money Stout

Imperial Stout z mocno pochrzanionymi” dodatkami – mrożoną pizza oraz mielonymi banknotami.

17,5%ABV Cena: ok. 35zł (330ml)

Zgodnie z tym czego spodziewałem się po tak wysokim woltażu barwa okazała się niemalże smoliście czarną, zaś piana niestety niska, szybko redukująca się i nijaka – wybaczam.

Na pierwszy plan aromatów zdecydowanie wybija się sos sojowy. Dopiero po chwili do głosu dochodzi odrobina kakao, belgijskich słodkich czekoladek oraz owocowości w postaci malin. Całość sprawia wrażenie kwaskowej, o dziwo wyjątkowo rześkiej.

W smaku otrzymałem sporą dawkę tak lubianego przeze mnie popiołu. Pozostawia on na podniebieniu przyjemną suchość. Zapowiedziana przez aromat owocowość dopiero tu pokazuje swą moc – borówka, jeżyna i kandyzowana wiśnia. Body ciężkie, wyklejające, delikatnie tylko skontrowane ledwie wyczuwalnym, likierowym alkoholem.

Pozycja wbrew powszechnym opiniom niemal zupełnie nie zdradzająca swej alkoholowej potęgi – to dobrze. Ciężko jednak doszukać się zapowiadanych dodatków – to gorzej (a może i nie? :P). Swoim balansem i nietuzinkowością zdecydowanie mi podeszła. Lervig się może i ceni, ale w zamian oferuje na prawdę nielichą jakość.

sobota, 23 kwietnia 2016

Solipiwko – Waligóra Bourbon Barrel Aged

Imperial Stout leżakowany przez 9 miesięcy w beczkach po Bourbonie.

24°blg 10,4%ABV 67IBU Cena: 18zł (330ml)

Barwa niecałkowicie czarna, lecz ciemnobrunatna. Piana choć niska i nietrwała, to bardzo ładnie wznawiająca się i krążkująca na ściankach szkła.

W aromacie mamy sporo nut pochodzących od beczki. Niepodzielnie dominuje słodka wanilina. Na drugim planie mokre drewno oraz delikatnie pikantna przyprawowość. Ładnie wkomponowane procenty.

Smak przywitał mnie oczywiście wanilią, lecz przede wszystkim potężnym uderzeniem zbutwiałego drewna. Osobiście lubię ilość tanin na tym poziomie, lecz jestem w stanie zrozumieć, że kogoś może ona przytłoczyć. Body całkiem spore – minimalnie nawet wykleja kubki smakowe.

Waligóra to bardzo solidna pozycja. Nie nadmiernie rewolucyjna, ani zaskakująca, lecz na przyzwoitym poziomie. Ot właśnie takiego poziomu oczekiwałbym od polskiego craftu.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Mad River – Steelhead Scotch Porter

Skąd w nazwie „Scotch”? Ano w zasypie zastosowano dodatek słodów wędzonych (także torfem). Do chmielenia użyto odmian Tettnanger oraz Willamette.

Co zaś się tyczy samego browaru, to powstał on w Humboldt County (California), ładna chwilę temu bo jeszcze w 1989 roku, dzięki zaangażowaniu założyciela Homebrewers Guild – Boba Smitha.

Czas więc sprawdzić jaki poziom prezentuje samo piwo.

15,9°blg 6,5%ABV 34,2IBU Cena: 19zł (355ml)

Pierwsze co rzuca się w oczy to niesamowicie bujna, drobna, a nade wszystko trwała piana. Towarzyszyła mi w postaci centymetrowej warstewki oraz lepkich koronek na ściankach szkła aż do końca degustacji. Barwę ocenił bym jako brunatną, mocno opalizującą. W toni pływa sporo drobinek, przypominających delikatny przełom białkowy.

Aromat to mieszanka nut karmelu, świątecznego piernika (szczypta przypraw) oraz orzechów w miodzie. Nuty dymne pojawiają się dopiero na dalszym planie i zdecydowanie przypominają mi tlące się jesienne liście. Ciężko doszukać się czegokolwiek agresywniejszego – prawdopodobnie dzięki zastosowaniu słodu czekoladowego zamiast palonych.

Jeszcze łagodniejszym okazuje się smak. Pojawia się toffi, cappuccino oraz sporo biszkoptów. Wraz z ogrzaniem narasta słodowa kwaskowość, fajnie przeciwstawiająca się dość wysokiej pełni. Dzięki temu całość jest niesamowicie pijalna – oczywiście jak na swój woltaż.

Bardzo przyjemna, nieabsorbująca zbytnio degustacyjnie pozycja. Nacisk został położony na odpowiedni balans oraz jedynie lekko zaznaczony dymny charakter, dzięki czemu piwa ubywa w szkle błyskawicznie. W ślepym teście byłbym skłonny przyznać, że cała szkockość pochodzi jedynie z pracy drożdży. Już mą foodpairingową wyobraźnią zestawiłem ten Porter z żeberkami barbecue. Myślicie, że to dobry pomysł?

wtorek, 19 kwietnia 2016

To Øl – Stalins Organ

Jest to Califoria Common (Steam Beer) z dodatkiem słodu wędzonego, chmielone Tomahawk, Simcoe i Tettnanger. Obecnie plasuje się na 9 miejscu spośród piw w swoim stylu (RateBeer).
Nazwa wywodzi się od niemieckiego określenia z czasów II Wojny Światowej odnoszącego się do radzieckich wyrzutni rakietowych (Katiusze).

6%ABV Cena: 17zł (330ml)

Niesamowicie bujna piana opada dopiero po kilkunastu minutach. Pozostawia po sobie mnóstwo lepkich koronek na ściankach szkła. Barwa kojarzy mi się z ciemnym, starym złotem. Występuje delikatna opalizacja - głównie od osadu na dnie butelki.

Aromat niesamowicie owocowy, kwiatowy. Po części odpowiadać za to może stosunkowo wysoka temperatura fermentacji - 22°C. Nie sposób jednakże ukryć całkiem klasycznego chmielowego profilu – tak w postaci słodkich cytrusów, jak i delikatnej ziołowości. Sama wędzoność jest niemalże niewyczuwalna.

Podobnie ma się kwestia smaku. Dymność plasuje się niemal na poziomie autosugestii. Bardzo ciekawy jest natomiast mały dysonans pomiędzy owocową słodyczą, a solidną wytrawnością – pojawiają się i kilkukrotnie dominują nad sobą naprzemiennie. Całość jednak jest niezwykle pijalna.

Jeśli oczekiwaliście po tym piwie wędzonego kopa, to doskonale rozumiem, że możecie poczuć się zawiedzeni. Choć na pierwszy rzut oka piwo nie powinno spełniać założeń stylu (słód wędzony, Simcoe, wysoko prowadzona fermentacja), to paradoksalnie w praktyce okazuje się, że idealnie odzwierciedla typowe dla Steam Beer założenia. Brawo! 

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

de Molen – Rasputin Bourbon Barrel Aged

Zawartość chyba oczywista – kultowy już holenderski Imperial Stout, tym razem jednak w wersji leżakowanej w beczkach po Bourbonie.

23°blg 11,4%ABV 46EBU Cena: 29zł (0,33l)

Barwa bliska czerni, z widocznymi jednak brunatnymi, klarownymi refleksami przy ściankach szkła. Drobniutka, beżowa piana utrzymuje się na powierzchni przez pierwsze kilka minut degustacji. Później ulega sporemu woltażowi opadając do cieniutkiego krążka. Lacing niemalże nie występuje.

Aromat to kwintesencja leżakowania w beczce po Bourbonie. Potężna, lecz wcale nie tak słodka jak w przypadku rodzimego Samca Alfa wanilina dominuje na pierwszym planie. W ślad za nią podąża kwaskowy kokos, mokre drewno oraz szczypta przyprawowości (goździk?). Nuty gorzkiego kakao i ciemnej czekolady ledwie występują. Alkohol obecny, lecz nawet po całkowitym ogrzaniu nie gryzie, lecz do końca pozostaje subtelny i szlachetny.

Smak w pierwszej chwili obezwładnia słodyczą. Trwa ona jednak jedynie przez moment, gdyż po chwili zostaje skontrowana całkiem solidną taniną. Mnóstwo ciemnych owoców, w tym suszonych i kandyzowanych (żurawina), karmelizowanego cukru oraz oczywiście najważniejszych składowych – wanilii i kokosu. Procenty wyraźnie rozgrzewają przełyk, lecz nie odbieram tego jako wadę – wręcz przeciwnie, gdyż stanowią doskonałą przeciwwagę dla potężnego, wyklejającego kubki smakowe body.

Po prostu klasyka gatunku. Idealnie zbalansowana, obłędnie wielowymiarowa, nie przegięta w żadna stronę. Piwo pokazuje potęgę świeżej beczki po destylacie, lecz trzeba pamiętać, że sama nie uczyniłaby z miernego piwa trunku topowego. Dopiero mając solidne piwo bazowe można pokusić się o napełnienie nim odpowiedniej beczki. Właśnie dzieckiem takiego mariażu jest tenże Rasputin. Teraz pozostaje mi polować na pozostałe wersje tego piwa, z których najbardziej kuszącymi wydają się mi Bordeaux oraz wyraźnie torfowe Bruichladdich.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Piwny pasztet.

Postanowiłem znów coś przygotować i wbrew pierwszemu skojarzeniu nie będzie to pijana, brzydka kobieta, lecz coś, co zdenerwuje wszelakich „weganistów”, a mi przysporzy masę radości czyli mięsiwo. Tym razem jednak w formie mocno przetworzonej, oczywiście w piwny sposób.

Naszykować se:
Mięsko – u mnie poszła łata i pręga (po 300g) oraz wątroba z podgardlem (po 200g)
2 małe cebule
2 małe marchewki
Pietruszka (korzeń ma się rozumieć)
Czerstwa buła
Piwo – u mnie doskonale sprawdził się domowy, wędzony pils
2 jajka
Czosnek oraz reszta przypraw wedle uznania (sól, pieprz, ziele angielskie itd.)
Trochu smalcu



Poczynić:
Mięsko z leksza obkroić i obsmażyć na mocno rozgrzanym smalczyku wraz z cebulą. Następnie załadować do garnka, dodać resztę warzyw i zalać piwerkiem. Pogotować do miękkości – mi zeszło jakieś dwie godzinki. Tu mała uwaga: wątrobę możemy wrzucić właściwie pod koniec, wystarczy jej to w zupełności. Po odcedzeniu wywaru możemy przystąpić do mielenia, które warto przeprowadzić dwukrotnie. Na tym etapie dodajemy też wymoczoną w wywarze bułkę. Nie martwcie się – już wiela roboty nie zostało. Teraz należałoby tą pulpę ładnie wyrobić dodając przypraw i jajek. O konsystencji ciężko napisać – powinna być stosunkowo rzadka, kleista. Zbyt gęste mięsko można ładnie rozrobić dodając kilka łyżek piwnego wywaru. Pozostało jedynie napełnić przygotowaną uprzednio foremkę (papier lub bułka tarta) i umieścić ją w piekarniku. Teraz nasz wytwór powinien w ciągu półtorej godziny przejść życiową przemianę (sugerowana temperatura to ok. 180°C).





















Wiem wiem, roboty z tym niemal tyle co podczas warzenia, lecz według mnie efekt końcowy przechodzi wszelkie oczekiwania.




Studzić lub wcinać na gorąco – ot co kto lubi. Ja podałem w tej drugiej wersji, wraz z zasmażanym camembertem i żurawiną. Bon appétit!



czwartek, 14 kwietnia 2016

Mikkeller 黑 / Black oraz wersja Tequila & Speyside Barrel Aged


Do “klasycznego” Blacka podchodzę czwarty raz. Co mnie przekonało? Ano kolejna zmiana receptury, a co za tym idzie woltażu. Co ciekawe tym razem w dół o niemal 2%. Jako, że w me ręce wpadł także egzemplarz leżakowany w beczce po Tequili oraz Whisky, decyzja była więc nadzwyczaj prosta – test porównawczy. Zaczynam więc od wersji słabszej.

 
15,7%ABV Cena: 39zł (375ml)

Zdziwił mnie lekko niemalże całkowity brak piany – zapamiętałem Blacka jako piwo nie z potężną, ale na pewno jednak obecną i dość trwałą pianą (tu zaś udało się stworzyć jedynie niski krążek). Barwa to niemal tytułowa czerń, zdecydowanie klarowna.

Kolejne zaskoczenie przyszło wraz z aromatem. Piwo po prostu powala potęgą kawowości. Zupełnie niczym solidny kawowy cupping – jest kwaśność, zieloność, trochę nut owocowo-drzewnych. Na dalszym planie ziemistość oraz kropla sosu sojowego. Alkohol lekki, przyjemny.

W smaku otrzymałem kawową kontynuację. Wyraźna kwaśność słodów palonych fajnie przeplata się z nutami ciemnych owoców (jeżyn). Z czasem do głosu dochodzą nieco ściągające taniny oraz efekt rozgrzania przełyku na naprawdę niskim poziomie.

Przejdźmy zatem do edycji mocniejszej, leżakowanej w beczkach. Nad Tequilą rozwodzić się nie będę, lecz wspomnę słówko na temat samego Speyside. Jest to Single Malt Whiskey wytwarzane w północno-wschodniej części Szkocji, przez blisko 50 destylarni. Charakteryzuje się łagodnością oraz stosunkowo niskim profilem torfowym.

18,8%ABV Cena: w zależności od źródła ~60-80zł

Druga wersja również powitała mnie małym zaskoczeniem. Ano pomimo wyższego woltażu jest zdecydowanie jaśniejsza, przypominając nieco ciemne interpretacje English Barleywine. Czyżby mikkellerowy twór wraz z leżakowaniem strącał kolor? Także tu ciężko coś zarzucić klarowności, o pianie zaś nie wspominam – nie mam jej za złe, iż nie miała ochoty zagościć w tym mocarzu.

Aromat nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z trunkiem leżakowanym w drewnie. Pojawia się wręcz klasyka w składzie kokos, wanilia, mokre drewno. Całość bardzo złożona, ewoluująca w trakcie degustacji, a przy tym ani odrobinę nie przytłoczona nadmiernym alkoholem.

Odparowujące procenty czuć dopiero w smaku. Nadal jednak jest to jeden z najlepiej wkomponowanych w piwo woltaży, jakie miałem okazję degustować – większość naszych porterów bałtyckich okazuje się pod tym względem znacznie agresywniejsza. Leżakowanie nadało nut drzewnych, winnych, a nawet owocowego suszu. Na finiszu pojawia się szczypta ziołowości, prawdopodobnie pochodząca od Tequili. Całość idealnie wyklejająca, pełna, a przy tym nie przesłodzona w mulący sposób. Jednym słowem cudo warte wydania całkiem niemałych pieniędzy.

Bez wątpienia oba piwa okazały się jednymi z najciekawszych i najbardziej szlachetnych jakie miałem okazję spróbować. Oba właściwie też przyniosły to, czego się nie spodziewałem. Wersja słabsza to istna bomba kawowa, zaś edycja Tequila & Speyside jest zaskakująco delikatna i gładka jak na swą moc. Bardzo się cieszę, że dałem Blackowi kolejną szansę, gdyż ostatnio pita przeze mnie wersja 17%ABV pomimo dość długiego leżakowania była nader agresywną. Teraz pozostaje mi czekać na degustacje kolejnych beczkowych (i nie) wersji tegoż kultowego już trunku.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Flying Dog – Gonzo Imperial Porter

Ot porterek chmielony Warrior, Northern Brewer i Cascade.

9,2%ABV 85IBU Cena: 17zł (355ml)

Ciemnobrunatna, bliska czerni barwa oraz łatwa do uchwycenia w referencyjnym przewężeniu szkła Hamburg opalizacja. Piana wysoka, gęsta, opadająca wolno i ładnie zdobiąca przy tym ścianki.

W aromacie dominuje paloność. Lekko ociera się ona nawet o przyjemny popiół. Na drugim planie usadowiła się spora chmielowość o wyraźnie żywicznym charakterze. Ogółem jednak można mieć pewne zastrzeżenia co do intensywności – ta niestety nie powala.

Zapowiadana przez aromat chmielowość dopiero w smaku pokazuje swą moc. Goryczka pomimo, że jedynie lekko powyżej średniej, wydaje się pochodzić wyłącznie od chmielu. Dodatkowo jest niesamowicie sosnowa, żywiczna, ociera się wręcz o lekką perfumowość. Całość jest mocno wytrawna. W posmaku odrobina ciemnego miodu, gorzka czekolada, kakao i lekkie ognisko pozostawiające w ustach charakterystyczną suchość.

Gonzo miałem już kiedyś okazję pić, a dokładniej było to w styczniu 2012 roku (sam się zdziwiłem, że już taki kawał czasu minął). Z tamtej degustacji zdecydowanie bardziej zapadła mi w pamięć paloność, niż chmielowa strona piwa. Obecnie piwo już mnie na kolana nie rzuca, przyznać jednak z całym przekonaniem muszę, że nadal jest do bardzo solidna pozycja.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Kees – American Barley Wine

Nazwa mówi właściwie wszystko. Dodam tylko, że do chmielenia użyto Cascade oraz Citra.

11,5%ABV 70EBU Cena: 19zł (330ml)

Pod światło barwa ciemnej miedzi, pojawiają się także niemalże rubinowe przebłyski. Robi wrażenie niemalże klarownego. Przepiękna, gęsta niemal niczym w Guinnessie piana niestety w ciągu kilku minut redukuje się do dwumilimetrowego krążka przy ściankach szkła, przy czym przepięknie je oblepia zaskakująco drobnym i odpornym na procenty lacingiem.

W aromacie dominują owoce. Nie zabrakło klasycznego suszu, jak i tych świeżych w postaci jeżyn, malin i wiśni. Chmielowość w cytrusowej postaci mocno zepchnięta na dalszy plan. Bardzo ładnie za to udało się ograniczyć wszelką możliwą karmelowość oraz negatywny alkohol.

Smak jednak nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z wysokoprocentowym trunkiem. Całkiem wyraźna, pozostająca goryczka wydaje się w dużej mierze pochodzić właśnie od alkoholu. Co zaś się tyczy samej reszty – jest miłe toffi, odrobina kawy, słodycz porto. Wysycenie w odniesieniu do ram stylu określiłbym jako średniowysokie.

Nie ukrywam, iż piwo odrobinę mnie zawiodło. Po prostu sam chyba wpadłem w pułapkę czyli określenie go mianem „American”, przez co zdecydowanie zbyt pospieszyłem się z degustacją. Widząc klasyczne BW o tymże woltażu, pewnie wylądowałoby na kilka miesięcy w piwniczce, prawdopodobnie mocno na tym zyskując. Założeń stylu więc nie spełnił, lecz z całym przekonaniem muszę stwierdzić, że to doskonała baza do leżakowania w beczce.

piątek, 8 kwietnia 2016

Mad – Young Lambic Barrel Aged Sherry Amontillado

Mad Beer to kooperacja pomiędzy Jakobem Mielcke (szefem kuchni w Restaurant Mielcke & Hurtigkarl z Kopenhagi) oraz Mikkelem Borg Bjergsø (współzałożycielem i piwowarem w doskonale Wam znanym Mikkellerze).

Jest to czysty Lambic, leżakowany w beczkach po Sherry Amontillado przez 18 miesięcy.

5%ABV Cena: ok. 38zł (375ml)

Barwa przypomina mi nieskrystalizowany jeszcze miód wielokwiatowy. Występuje wyraźna opalizacja (osad na dnie butelki wyraźnie chciał dołączyć do reszty piwa). Piana właściwie nie występuje – to, co udaje się utworzyć, w mgnieniu oka z głośnym sykiem opada do zera – w leżakowanym Lambicu to norma.

Aromat zachwyca bogactwem wiejskich aromatów: siano, stajnia, mocno wysuszone, przykurzone drewno oraz powodujący szybszą pracę ślinianek niemleczny kwas. Po mocniejszym napowietrzeniu ujawnia się także lekka, nieco kapuściana kiszonka.

Nie gorzej wypada smak. Solidna kwaśność została idealnie skontrowana przyjemną słodyczą cukru kandyzowanego. Nie brak owocowości kojarzącej się z porzeczkami, tudzież lekko ściągającą, garbnikową aronią. Całość obłędnie złożona, a pomimo tego rześka i lekka.

Genialne piwo. Niewiarygodna pijalność rzadko kiedy idzie w parze z takim bogactwem doznań. Jeśli już do czegoś miałbym się konkretnie przyczepić, to do słabo oddanego charakteru beczki. Myślę, że Bordeaux śmiało mogłoby smakować niemal identycznie. Liczy się jednak efekt końcowy, tez zaś jest bliski memu lambicowemu ideałowi. Jeśli się tylko natkniecie, kupujcie to piwo w ciemno.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Podgórz & Strefa Piwa – Czerwona Strzała

Jest to Red Ale z herbatą Li Zhi (czerwona aromatyzowana owocem liczi). Jedna jej część trafiła do whirlpoola, druga zaś na trzy doby do tanku leżakowego. Do chmielenia użyto trzech, typowo amerykańskich odmian spod znaku „CCC”: Centennial, Cascade oraz Columbus.

 12,5°blg 5%ABV Cena: 8zł (500ml)

Kolor w zależności od oświetlenia i szerokości szkła waha się od jasnoczerwonego do głębokiej miedzi. Z początku bujna, kremowa piana opada powoli do kilkumilimetrowej warstewki, przy czym osiada na ściankach lepkimi pajęczynkami.

Herbacianość zdecydowanie zdominowała aromat. Z jednej strony objawia się w postaci subtelnej ziołowości, z drugiej zaś jako mocna owocowość ewidentnie kojarząca się ze słodkim, dojrzałym liczi. Odrobina karmelu w tle nie uczyniła piwa ciężkim, kontrują go przyjemne cytrusy.

W smaku udało się odwzorować wszystko co zapowiedział aromat. Minimalnie garbnikowa goryczka na średnim poziomie zdaje się po części pochodzić właśnie z dodatku herbaty – idealnie balansuje dość pełne body nierzadko nieco mdłych Red Ale. Dzięki stosunkowo niskiemu wysyceniu całość sprawia wrażenie niesamowicie aksamitnego.


Miałem okazję wcześniej przetestować tę herbatę w warunkach domowych i moje wrażenia już wtedy były bardzo pozytywne. W rękach Łukasza Jajecznicy dodatek ten wniósł jeszcze więcej, okazując się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę (trudno bowiem równać się z mistrzem). Czerwona strzała to pozycja doskonale ukazująca, iż z pozoru nudny, czerwony ale wcale takim być nie musi. Wręcz przeciwnie – może dostarczyć fajnych wrażeń sensorycznych oraz być obłędnie pijalnym. Moja butelka okazała się pusta po niespełna dziesięciu minutach. Sprawdźcie jak długo oprzecie się swojej.

środa, 6 kwietnia 2016

Sierra Nevada – Bigfoot

Barleywine chmielone na goryczkę odmianą Chinook, pod koniec gotowania Cascade i Centennial, zaś na zimno miksem tych trzech odmian.

23°blg 9,6%ABV 90IBU

Barwa kojarzy mi się z ciemnym sukcynitem, występuje całkiem spora opalizacja, której jednak mętnością bym nie nazwał. Piana jest nadzwyczaj mizerna – poza dwumilimetrową warstewką nie udało mi się osiągnąć niczego lepszego.

W aromacie występuje miodowość, jednak jest ona zaskakująco przyjemna – zdecydowanie kojarzy mi się z miodem gryczanym. W tle ukryła się narastająca wraz z ogrzaniem herbata. Alkohol idealnie schowany.

Smak przywitał mnie rzadko spotykaną w tym stylu wytrawnością. Wysoka pełnia została skontrowana solidną, ziołową i nieco zalegającą goryczką, przypominającą tą z herbaty Earl Grey. Także tutaj udało się zgrabnie zamaskować woltaż. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to zdecydowanie zbyt wysokie wysycenie. Pomimo tego całość jest ponadprzeciętnie pijalna.

Sierra kolejny raz udowadnia, że choć właściwie nie wypuszcza na rynek piw rewolucyjnych (obecnie), to jest w stanie warzyć klasykę na bardzo wysokim poziomie. Po tego typu pozycję mógłbym sięgać niemalże codziennie, zaś prawdopodobieństwo znudzenia się takim piwem oceniam jako znikome. Good job!

wtorek, 5 kwietnia 2016

Kees – Caramel Fudge Stout

Jest to RIS warzony z dodatkiem karmelu i czekolady, chmielony odmianami Cascade oraz Simmit.

11,5%ABV Cena: 19zł (330ml)

Kolor wyraźnie jasny jak na styl, ewidentna klarowność. Ładna, beżowa piana – utrzymuje się długo, przy czym łatwo daje się wytworzyć na nowo.

Aromat wręcz obezwładnia przecudowną, gorzką czekoladą. Na tym jednak nie koniec. Pojawia się mleczność, która w połączeniu z palonym cukrem i karmelem daje efekt Werther's Original, lody bakaliowe, orzech włoski oraz subtelna owocowość (kandyzowana).

W ustach, dzięki niesamowicie gorzkiemu kakao pojawia się efekt suchości. Łagodzi go jednak wyklejająca kubki smakowe mleczność. Czekolada, cappuccino, lekko przypieczone ciasto – wszystko to niesamowicie intensywne. Właściwie ciężko wśród tego doszukać się jakichkolwiek negatywnych nut alkoholu.

Bombowa pozycja i spore zaskoczenie – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niesamowita gładkość oraz moc doznań kojarzy mi się z kooperacyjnego piwa Buxton i Omnipollo czyli Yellow Belly Sundae. Az ciężko coś dodać, po prostu musicie spróbować, tym bardziej, że cena jest na prawdę prześmiesznie niska. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Knee Deep – Hoparillo 3x IPA i Simtra Triple IPA

Tym razem na testy poszło nie jedno, lecz dwa piwa ("też mi nowość" powiedziała ma wątroba). Oba to mocno chmielone, wysokoprocentowe Triple IPA’s.

Co zaś się tyczy samego Knee Deep Brewing Company, jest to mikrobrowar mieszczący się w Auburn, w Kalifornii. Całkiem niedawno, bo w 2010 roku założył go Jeremy Warren. Instalacja może się poszczycić 40 baryłkowym wybiciem (niemal 65hl).

Przejdźmy wiec do przetestowania co też kryje się w tychże dość dobrze notowanych butelczynach (99/96 i 99/98 według RateBeer).

Hoparillo 3x IPA

11,1%ABV 122IBU

Dosłownie milimetrowa, w dodatku niezbyt lepka piana nie robi wielkiego wrażenia. Zaskakuje natomiast niesamowita klarowność.

W aromacie niepodzielnie panuje chmielowość w postaci odrobinę sztucznej multiwitaminy (kojarzy mi się z Vibovitem). Wraz z ogrzaniem ujawnia się także lekka skarpeta – obwiniam o to Mosaic (poza nim użyto także Citrę oraz Amarillo). Kompletnie nie czuć alkoholu.

Smak zaskakuje wytrawnością oraz solidną goryczką, która właśnie dzięki tejże wytrawności wyraźnie zdominowała piwo. Wszelkie nuty naftowe udało się uwypuklić. Także w smaku właściwie ciężko doszukać się procentów – jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem.

Podsumowując – całkiem solidna pozycja, lecz na kolana mnie nie powaliła. To głównie kwestia mojego gustu, gdyż nigdy za Mosaiciem nie przepadałem i w domowym piwowarstwie starałem się go unikać.


Simtra Triple IPA

11,2%ABV 133IBU

Tu już piana okazała się całkiem poprawną i nadzwyczaj trwałą. Ładnie zdobiła ścianki szkła drobniutkimi koronkami. Barwa wydała mi się odrobinę jaśniejsza – zamiast pomarańczowej przypominała jasne złoto (klarowność nadal idealna).

Świeżo koszona trawa umiejscowiła się na pierwszym planie aromatu. W tle klasyczne wręcz cytrusy w postaci mandarynek oraz odrobina świerkowej żywiczności, za którą najprawdopodobniej odpowiada użyte obok Citry Simcoe.

Smak to po prostu kontynuacja tego co dało się wyniuchać. Całość jest niesamowicie subtelna, idealnie zbalansowana i nie przesadzona w żadną stronę. Znów na próżno doszukiwać się tak wysokiego jak podaje etykieta woltażu. Albo coś tam oszukują, albo moje żulerskie gardło stało się odporne na sporą zawartość „procentów obojętności”. 

Simtra to klasa sama w sobie, poziome Heady Toppera i zapewne obu Pliny, których niestety jeszcze nie testowałem. Po prostu zupełne przeciwieństwo naszych rodzimych, zazwyczaj bardzo ciężkich IIPA.

Instagram