poniedziałek, 31 października 2016

Kees – Peated Imperial Stout

Imperial Stout warzony z dodatkiem słodu Whisky, chmielony Fuggles oraz Sorachi Ace.

11,2%ABV 65EBU Cena: 17zł (330ml)

Trunek przecudownie czarny – dopiero po mocnym oświetleniu szklanki można przy brzegach zaobserwować krwiście rubinowe refleksy. Piana właściwie nie istnieje, gdyż tuż po nalaniu opada do beżowego krążka, który osadza się na ściankach pojedynczymi plamkami.

Aromat to oczywiście klasyka wszelakich Peated Ale czyli torf, lekkie kable i szpitalne klimaty. Na szczęście nie przykrywają one RISowej bazy w postaci deserowej wiśni, gorzkiej czekolady oraz brykietowego popiołu. Lekki alkohol zgrabnie dopełnia całości.

Również w smaku udało się osiągnąć fajny kompromis. Słodkie nuty dymnego Whisky zgrabnie skomponowano w mocno owocowe, gorzkie i wytrawne body. Właściwie jedyne czego mi brakuje to jednak wyraźniejszej pełni i głębi (choć może w połączeniu ze słodką wędzonością dałoby to mulący efekt). Ta lekkość ma jednak swoją zaletę – pije się to szybciej niż klasycznego Urbocka.

Uwielbiam tego typu perełki za śmieszne pieniądze. Piwo oferuje nie mało intensywnych niuansów, a przy tym utrzymuje całkiem niezły balans dzięki któremu nie powinno przytłoczyć nawet mniej obeznanych z tego typu wędzonkami. Jak dla mnie bomba. 

sobota, 29 października 2016

Zapiekany Camembert

Camembert zapiekany z czosnkiem, polany redukcją z balsamico oraz Imperial Stoutu, doprawiony rozmarynem, tymiankiem oraz czerwonym pieprzem.


Proszę nie żydźcie na serze – kupcie porządny francuski, najlepiej z jak najkrótszą datą zamiast jakichś turków z topionym w środku.

Ser nacinamy i wypełniamy pociętym w słupki czosnkiem. Mocny stout zredukowałem na patelce z odrobiną octu balsamicznego. Na koniec lekko doprawiłem i przetransportowałem wprost w piecznik nagrzany lekko poniżej 200°C. Po 20 minutach prezencja serka idealnie zmiękła.


Wcinam na gorąco wraz z chrupko przywęglonymi grzankami. Polecam Tadzik Seropiwosz.

piątek, 28 października 2016

Põhjala – Must Kuld Kenyan Coffee Edition

Kolejna wariacja tegoż piwa, tym razem z dodatkiem kawy Kenya Tegu AA. TOP50 w Porterze według RateBeer.

7,8%ABV Cena: 17zł (330ml)

Barwa jak w wersji klasycznej – ot ciemnobrunatna, klarowna. Wysoka i sycząca głośno piana opada po kilku minutach, by już do końca degustacji towarzyszyć mi w postaci kilkumilimetrowej warstewki. Pozostawia ładne koronki.

Muszę przyznać, że aromat mnie lekko zaskoczył. Pierwszą bowiem wyczuwalną nutą nie jest kawa, lecz mocna owocowość w postaci musu z malin i poziomek. Czarny napar ujawnia się dopiero po chwili, jednak nadal tłumiony jest przez inne ciekawe nutki takie jak ziemistość, tytoń i lekka paloność.

Zdecydowanie klasyczniej ma się kwestia smaku. Gorzkie kakao, praliny, suszona, nieco dymna śliwka oraz karmelizowany cukier to cechy właściwie typowe dla stylu. Odrobinę zbyt wysokie jak na jego ramy okazało się nagazowanie – stąd też najprawdopodobniej wysokość i głośność piany.

Trzecie już pite przeze mnie wcielenie Must Kuld (pozostało mi jeszcze dopaść Raspberry i Bourbon) okazało się najlepszym jak do tej pory. Nadal jednak pozostawia pewien niedosyt i nie jest w stanie wywindować Põhjali na szczyty listy moich ulubionych browarów. W kategorii solidnej pozycji za niedużą kasę należy się jednak uznanie. 

środa, 26 października 2016

Browanza – My Horse Is Amazing

Na cóż by nazwa nie wskazywała, to powiem wprost – mamy do czynienia z Brett Ale.

14°blg 5,5%ABV 35IBU

Kolor ciemnego soku pomarańczowego, właściwie wpadającego już w jasną miedź. Zmętnienie niczym w klasycznym bawarskim Weizenie. Równie pozytywnie prezentuje się piana – tak gęsta i trwała jest rzadkością w piwach dzikich.

Aromat bez dwóch zdań wyraźnie belgijski. Z jednej strony potężna wręcz, słodka brzoskwinia, z drugiej zaś nuty skóry, siana oraz suchego drewna. Wraz z ogrzaniem całość coraz bardziej przypomina mi mojego pierwszego Bretta – głównie za sprawą pojawiającej się kiszonej kapusty.

Nachmielenie na ponad 30IBU jest jak najbardziej wyczuwalne – goryczka jednak przypomina zdecydowanie bardziej drożdżową, czy też wręcz serową, niż pochodzącą od zielonego pnącza. Nie brak nut ziemistych i piwnicznych, a także (o zgrozo) cebulowych, o które obwiniam chmielenie kultowym już pod tym względem Summitem.

Podsumowując – jest ciekawie i specyficznie, lecz całość niezbyt się ze sobą komponuje. W efekcie otrzymałem piwo, które może i spełnia ogólne założenia stylu, jednak jest niestety okrutnie niepijalnym (330ml męczyłem blisko godzinę). No cóż, pozostaje mi czekać na kolejne, mam nadzieję, że już komercyjne dzikusy Browanzy.

poniedziałek, 24 października 2016

Kompaan – 39 Bloedbroeder

Imperialny Stout z… opłatą pocztową? Wybaczcie kiepski jestem z holenderskiego, a tłumacz google niestety nie ułatwia sprawy.

9,1%ABV 62EBU Cena: 13zł (330ml)

Barwa bliższa Porterom niż Stoutom – ciemna, lecz nie czarna, pod światło wręcz ciemnorubinowa niczym w mocnym Bocku. Piana niska, drobna i całkiem trwała gdyż w postaci kilkumilimetrowego krążka towarzyszyła mi do końca degustacji.

W aromacie otrzymujemy jedno z przyjemniejszych dla mnie połączeń – czarna, odrobinę kwaskowa kawa oraz nieco ogniskowego popiołu. Nie brak także czekolady oraz nut ciemnych owoców leśnych.

Smak przywitał mnie sporą wytrawnością. W połączeniu z wyraźną kwaśnością pochodzącą od palonych słodów daje to lekko szorstki efekt. Brak tu pełni, gładkości oraz jakiegokolwiek wyklejania za które tak się przecież ceni RISy. Dobrze, że chociaż ukryto alkohol, gdyż w połączeniu z nim byłoby naprawdę miernie.

No cóż, tym razem obyło się bez szału. Bloedbroeder nie jest złym Stoutem, również u nas w kraju rodzime browary niejednokrotnie wypuszczały tego typu piwa na porównywalnym poziomie. Osobiście jednak spodziewałem się ciut wyższego poziomu i po cichu liczyłem na pozytywne zaskoczenie. Może kolejnym razem się uda…

czwartek, 20 października 2016

Lambrate – Imperial Ghisa

Wędzony Porter Bałtycki. Pozycja #7 (TOP50) w kategorii Smoked według RateBeer.

20°blg 8,5%ABV Cena: 23zł (330ml)

Odcień nawet jak na Porter wydaje się być wyjątkowo ciemny, bliższy mocnemu Stoutowi. Piana niestety nie zaskakuje niczym pozytywnym – jej mizerny krążek utrzymuje się dosłownie kilka minut zaś śladów na szkle należy szukać przy pomocy lupy.

Na szczęście dużo ciekawsze rzeczy dzieją się w aromacie. Już na wstępie przywitał mnie on delikatną, lecz nadzwyczaj słodką, kojarzącą się z Whisky wędzonością. Tło dla niej stanowią kandyzowane, równie ulepkowe owoce. Dymna kontra pojawia się dopiero wraz z ogrzaniem.

Smak ujmuje złożonością. Lekkie nuty paloności, popiołu, gorzkiej czekolady oraz czarnej kawy zostały zestawione z owocowością przypominającą kisiel z jeżyn, borówek oraz malin. Smaczki wędzone okazały się być nadzwyczaj łagodne – zdecydowanie bliższe tlącemu się cygaru, niż biwakowemu ognisku z tłustą kiełbasą. Jednak nawet przez tę całą lekkość piwa nie przebija się choćby lekki alkohol – to zdecydowanie cecha godna uznania.

Butelka Ghisy leżakowała u mnie dobrą chwilę. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak stonowanej wędzonki, raczej pozycji lekko agresywnej i jednowymiarowej. Tym pozytywniej zostałem zaskoczony degustując piwo doskonale ułożone, bogate, nie narzucające się zbytnią przesadą. Polecam szczególnie tym, którzy nie przepadają za wędzonkami – to doskonały trunek mający szanse zmienić Wasze postrzeganie wszelakich Smoked Beer.

poniedziałek, 17 października 2016

Omnipollo – Noa Pecan Mud Cake

Kolejny już Imperial Stout szwedzkiego browaru z dodatkiem aromatów.

11%ABV Cena: 32zł (330ml)

Wizualnie wszystko oczywiście na swoim miejscu – smolista, nieprzenikniona czerń oraz choć wymuszana, to jednak całkiem trwała piana o orzechowej barwie, oraz bardzo przyzwoitej lepkości względem ścianek mego piwnego naczynia.

Wszelakie naturalnie sztuczne, czy jak kto woli sztucznie naturalne aromaty jak zwykle robią spore wrażenie. Tak jak to miało miejsce w przypadku Yellow Belly głównym skojarzeniem są lody bakaliowo-orzechowe. Nie brak mleczności, słodkiej kawy oraz deserowej bezy. Całość na maxa intensywna, zakrywająca wszelakie ślady wysokiego przecież woltażu.

Nadzwyczaj podobnie ma się kwestia smaku. Jest on właściwie odzwierciedleniem roztopionych lodów polanych likierem kawowym. Potężnej słodyczy nie jest w stanie przeciwstawić się majacząca w tle paloność czy też niemalże nie rozgrzewający alkohol. W miarę ogrzewania Pecan Mud nie zyskuje wiele – nadal oferuje niesamowicie orzechową ferie doznań (ta jednowymiarowość jest niestety jednak dla mnie sporym minusem).

Przyznam się, że coraz trudniej mi się odnosić do tego typu piw. Z jednej strony nie sposób nie docenić kunsztu wykorzystania aromatów i co za tym idzie osiągnięcia na prawdę spektakularnych efektów. Z drugiej jednak takie aromatyczno-smakowe „kopy” coraz mniej mnie kręcą i na dłuższą metę bardzo nudzą. Nie tylko zamówienie kolejnego takiego piwa, ale także dopicie butelki 0,33l jest dla mnie trochę nużące. Rozumiem jednakże w zupełności, że i tego typu doznania mogą mieć swoich wiernych fanów. To właśnie dla nich ta pozycja. Ja po wersję Barrel Aged z pewnością nie sięgnę. 

piątek, 14 października 2016

Thisted & Mikkeller – Beer Geek Limfjordsporter

Jest to po prostu wędzony Porter warzony z dodatkiem lukrecji i płatków owsianych, które zostały skleikowane jeszcze przed procesem zacierania. Końcówka TOP50 Baltic Porter według RateBeer.

7,7%ABV Cena: 22zł (330ml)

W pękatym snifterze piwo prezentuje się właściwie niczym RIS – jest nieprzejrzyście czarne. Niezbyt obfita, jasnobeżowa piana w postaci milimetrowej warstewki utrzymuje się przez całą degustację, pozostawiając przy tym na ściankach na prawdę ładny lacing.

Pierwsze niuchnięcia zwiastują absolutną klasykę wśród przedstawicieli stylu. Lekka paloność, odrobina kawy, lukrecjowej słodyczy oraz oczywiście solidna dawka ciemnych owoców. Wraz z ogrzaniem pojawia się jednak niemało ziemistości, nut butwiejącego drewna oraz leśnej ściółki jesienną porą. Ukrycie alkoholu nie zaskakuje – toż to przecież woltaż jedynie FESowy.

Smak przywitał mnie przecudownym balansem. To jedno z tych piw które ujmuje nim już po pierwszym łyku. Gorzka czekolada, kakao, kwaskowy pumpernikiel i szczypta tytoniowego popiołu. Całość gładka i aksamitna (owies), a przy tym przyjemnie wytrawna. Wysycenie odpowiednie w każdym calu, zaś częstego efektu rozgrzewania przełyku na próżno tu szukać.

Bardzo, ale to bardzo dobrze skomponowane piwo. Pomimo braku jakiejkolwiek agresywności ani przez moment się nie nudziłem. Dzięki sporej ilości drobnych niuansów ujawniających się wraz z czasem i temperaturą piwo od początku do samego końca pozostawało ciekawe. Aż dziw, że znalazło się na szarym końcu najlepszych przedstawicieli stylu.

czwartek, 13 października 2016

To Øl – Pineapple Express

Imperial Stout warzony z dodatkiem kawy oraz ananasów.

10%ABV Cena: 38zł (375ml)

Wyglądem piwo spełnia wszelkie wymogi stylu – jest niemalże całkowicie czarne i gęste już przy nalewaniu. Rzadziej natomiast wśród RISów spotykaną jest tak obfita i nadzwyczaj trwała piana, której lepkie pajęczynki towarzyszyły mi do końca niekrótkiej degustacji.

W aromacie niemalże klasyka w postaci potężnej kawy oraz tylko niewiele jej ustępującej paloności. Wraz z ogrzaniem ujawnia się deserowa czekolada, ziemistość oraz kropla sosu sojowego. Procenty okazały się nadzwyczaj delikatne.

Bardzo podobnie prezentuje się kwestia smaku. Jest wręcz nadzwyczaj klasycznie. Sporo kakao, pralinek, espresso i tym podobnych niuansów. Brak jednakże specjalnych nut pochodzenia ananasowego – ciut podwyższona kwaśność może równie dobrze pochodzić od palonych słodów. Tak czy inaczej całość jest niespotykanie lekka i pijalna, zaś uczucie rozgrzania przełyku odczułem dopiero przy ostatnich łykach.  

Brak tytułowego składnika nieco razi. Równie dobrze można by to piwo nazwać Joke Express. Cała reszta jednak jest na tyle solidna iż sprawia, że po godzinnej degustacji nie czuję się nabity w butelkę. Tym razem Tobias i Tore trochę pokazali, że niezłe z nich ananasy, lecz akceptuję to w zupełności. 

środa, 12 października 2016

Tanker – Hallucination

Ósmy najlepszy Imperial Pils/Strong Pale Lager według RateBeer.

7,6%ABV 65IBU Cena: 17zł (330ml)

Po przelaniu do szkła mym oczom ukazał się trunek i żółtej barwie i nadzwyczaj mocnym jak na lagera zmętnieniu. Bardzo wysoka i obfita z początku piana, po kilku minutach zredukowała się do półcentymetrowego kożuszka. Pozostawiła po sobie także zgrabne firanki na ściankach szklanki.

Aromat nie pozostawia złudzeń, iż mamy do czynienia z mocnym, nowofalowym chmieleniem. Browar określa piwo mianem India Pale Lager i informuje iż na każdy litr zużyto przynajmniej 25g chmielu (rzeczywiście sporo). Dominuje gorzki grejpfrut i cytryna, lecz można także doszukać się delikatnej podbudowy słodowej w postaci skórki od chleba.

Co zaś się tyczy samego smaku, to rzekłbym, iż jest o dwa kroki za aromatem. Po pierwsze nie udało się uniknąć znienawidzonej przeze mnie zbożowości (czyżby znów warzenie na Pilzneńskim?). Po drugie zaś goryczka – jak to często bywa w lagerach – jest nieprzyjemnie szorstka i agresywna, pomimo odpowiedniego jej poziomu. Całość jednak jako taka jest całkiem poprawna i jak najbardziej możliwa do spożycia w ilości jednej butelki.

Estoński Tanker na kolana mnie jeszcze nigdy nie rzucił. Raczej prezentował formę „średniaków”, piw w porządku, lecz niczego nie urywających. Tak też jest tym razem. Z mocnych, chmielonych lagerów dużo lepiej zapamiętałem Mikkellera z jego „Hop Burnami”. W żadnym wypadku jednak nie żałuję pieniędzy wydanych na Hallucination.

wtorek, 11 października 2016

Westbrook – Key Lime Pie Gose

Pozycja #16 (ex aequo z 4 innymi) w kategorii Grodziskie/Gose/Lichtenhainer (RateBeer). W składzie podano przyprawy oraz aromaty naturalne.

4%ABV

Barwa ciemnożółta, jednorodnie zmętniona niczym w najmodniejszych obecnie New England/Vermont IPA’s. Jaśniuteńka piana w oka mgnieniu opada z sykiem, z czym spotkałem się już niejednokrotnie w różnorakich interpretacjach Gose.

Pozytywnie natomiast przedstawia się aromat. Przede wszystkim znalazło się w nim zapowiadane ciasto limonkowe (coś w rodzaju cytrynowej babki). Nie brak także słodkich cytrusów w postaci dojrzałej pomarańczy. Wraz z ogrzaniem można doszukać się też soli – na szczęście bardzo subtelnej.

Smak wita solidnym, lecz bardzo krótkim uderzeniem kwaśności, które mocno pobudza do pracy ślinianki. Dość szybko przychodzą jednak słodkie i treściwe nuty ciasta, a także nieco śliska mineralność. Pełnia jest jednak pozorna, gdyż całość jest zdecydowanie wytrawna. Całkiem spore wysycenie sprawiło, że jeszcze długo po zakończeniu degustacji odbijało mi się tytułową limonką.

Westbrook jak zwykle nie zawodzi wypuszczając bardzo ciekawe piwo. Dodatek aromatów do piwa już nie jest szokującą nowością. Można się spierać czy efekt nie jest lekko sztuczny, lecz moim zdaniem nie wiedząc o zastosowaniu takowych substancji nikt by nawet na to nie zwrócił uwagi. Key Lime Pie mogę całkowicie szczerze polecić. 

Instagram