sobota, 24 grudnia 2016

Port Brewing – Santa’s Little Helper Bourbon Barrel Aged

Leżakowana wersja świątecznego Imperial Stoutu. Czystą bazę piłem dokładnie dwa lata temu i zapamiętałem ją na tyle pozytywnie, że wersję BA od razu zachomikowałem w mej piwniczce.

~22°blg 12%ABV Cena: 69zł (375ml)

Po przelaniu oczom ujawnia się czerń idealna niczym okulary chłopaków z Men in Black.
Piana niesamowicie ciężka do utworzenia – trzeba mocno wymuszać aby uzyskać efekt ze zdjęcia. Pomimo mych starań w ciągu kilku minut uległa woltażowi, redukując się do milimetrowej warstewki. Pocieszeniem okazały się ciemnobeżowe, lepkie koronki na szkle.

Intensywnością aromatów z piwem konkurować może tylko Star Cysterna lub niektóre pozycje Omnipollo. Piwo pachnie jak shake z wanilii burbońskiej i płatków mokrego drewna. W żadnym wypadku jednak nie jest jednowymiarowym. Na kolejnym planie czai się bowiem deserowa czekolada, bakalie (tak suszone owoce jak i orzechy) oraz świąteczny piernik nafaszerowany cynamonem. Dzieło wieńczy słodko-kwaśna, kandyzowana wiśnia.

Niemalże równie pozytywnie prezentuje się smak. Pomimo teoretycznie ciężkiej bazy piwo wcale ulepkiem nie jest. Słodycz idealnie kontruje zaskakująca wytrawność, gorzkie kakao oraz delikatny alkohol. Także umiejętnie dobrane przyprawy przeciwstawiają się ulepkowości nadając jedynie lekkiego świątecznego sznytu. W połączeniu z miękkim wysyceniem daje to efekt spotykany w najlepszych RISach. Złożoność oraz moc wszelkich niuansów mogłaby jednak stać na ciut wyższym poziomie.

Piwo po prostu TOPowe, spokojnie w 30 najlepszych Stoutów jakie miałem okazję pić. Mała butelka bez trudu dostarcza rozrywki na przynajmniej godzinną degustacje. Mikro braki w posmaku są w pełni wynagradzane całą resztą. Port Brewing (czyli właściwie Lost Abbey) jeszcze mnie nie zawiodło, a Santa’s Little Helper w wersji Bourbon jest zdecydowanie najlepszym ich piwem jakie wpadło w me ręce.

czwartek, 22 grudnia 2016

de Molen – Mooi & Meedogenloos Bourbon Barrel Aged

Bez większych dywagacji – RIS, leżakowany w beczkach po Bourbonie.

24,1°blg 11,2%ABV 33EBU Cena: 24zł (330ml)

Już po zdjęciu widać, że piwu odrobinę brakuje barwą do kompletnie smolistych przedstawicieli stylu. Nadrabia za to pianą – może niezbyt obfitą, lecz prześwietnie lepką, towarzyszącą niemalże do samego końca niespiesznej degustacji.

Nie spodziewałem się zaskoczeń w aromacie. Bourbon zazwyczaj pomimo swej intensywności jest mocno przewidywalny. Tu natomiast typowa wanilina usadowiła się dopiero na drugim jak nie trzecim planie. Prym natomiast wiodą słodkie, kandyzowane wiśnie. Nie zabrakło im otoczki, czyli deserowej, ciemnej czekolady. Procenty delikatne, odpowiednio postarzone w stronę utlenionej, brązowawej już Cherry.

W smaku już mamy potęgę słodkiej, gęstej i wręcz obezwładniającej wanilii burbońskiej. Akompaniuje jej nieco proszkowe kakao, suszone owoce oraz mokre, zbutwiałe drewno. Brak nut palonych, czy też dymno-popiołowych. Całość obłędnie miękka i zdradliwie pijalna.

99/90 według RateBeer… co Wam to mówi? Mi, że będzie pewnie spoko, ale urwania dupska też nie będzie. I tu staromodne „zdziwko”. M&M BBA to wypas. Prześwietnie ułożone, sporo oferujące, klasyka gatunku w śmiesznej cenie. Ok, są pozycje w palecie holenderskiego browaru bardziej porywające, lecz czy na pewno tak poprawne? Ja dziś czuję się sędzią ;) 

wtorek, 20 grudnia 2016

Tempest – Harvest IPA - Vic Secret Saison

Nazwa właściwie mówi wszystko – mamy tu do czynienia z hybrydą stylów. Ja rozpatrzę je bardziej w kategorii Saisona. W składzie doszukałem się także owsa, jest wiec szansa, że będzie gładko i przyjemnie (bez skojarzeń mi tu!).

6,7%ABV Cena: 24zł (660ml)

Piwo wyglądem rzeczywiście przypomina trunki typowe dla walońskiej wsi. Jaśniutka, niemalże słomkowa barwa o subtelnej opalizacji oraz bieluteńka, nadzwyczaj zwiewna, tworząca koronki na ściankach szklanki piana już same w sobie zapowiadają delikatną kompozycję.

Aromat nie pozostawia złudzeń co do belgijskiego rodowodu bazy. Zielony pieprz, goździk, odrobina słomy czy też przysuszonego drewna. Nie przykrywają one jednak stonowanego chmielenia w którym Vic Secret objawia się głównie w postaci liczi, słodkiej mandarynki i czerwonego grejpfruta. Alkoholu nie stwierdziłem.

Smak jest niemalże kontynuacją tego co otrzymałem wąchając piwo. Z małym zastrzeżeniem, a mianowicie zdecydowanie więcej tu cytrusowych naleciałości. Są bardzo złożone i nie tak proste do klasyfikowania bo oprócz mandarynki, pomarańczy i grejpfruta w niezbyt dojrzałym wydaniu otrzymałem gorzkawe Curaçao. Całość jest jednak nadzwyczaj lekka, drobno wysycona, nie zdradzająca swego jakby nie było wcale nie lekkiego woltażu.

Bardzo ciekawy Saison z umiejętnie dobranym, nie narzucającym się charakterem Nowej Zelandii. Do tego ma moją ulubioną cechę wszelakich Farmhouse Ale a mianowicie lekkość i genialną pijalność. Jedna z fajniejszych pozycji szkockiego browaru jaką testowałem do tej pory.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Amager – La Santa Muerte

Imperial Stout warzony z dodatkiem miodu oraz cukru Demerara, solidnie chmielony odmianami Herkules, Columbus oraz Simcoe.

10%ABV Cena: 27zł (500ml)

Przepiękna, bliska czerni bardzo stylowa barwa. W piwie unosi się jednak całkiem sporo kłaczków przypominających bardziej osady białkowe, niż chmielenie na zimno. Dość niska, lecz pozostawiająca sporo śladów na ściankach piana kojarzy mi się z tą spotykaną w cappuccino.

Dobra, niuchamy! Na wstępie przywitała mnie bombonierka pełna rozmaitych pralin. Trochę mlecznie, trochę gorzko, odrobinę alkoholowo. Potem przyszedł czas na lukrecję oraz syrop klonowy. Na finiszu wraz z ogrzaniem słodka wanilina oraz subtelna żywiczność (nie taka jak od Simcoe, bardziej pędy sosny, olejek aromatyczny wylewany na piec w saunie).

W smaku najbardziej urzekła mnie wyraźna, lecz idealnie tu pasująca paloność. Brak nut popiołowych czy też tytoniowych. Po prostu z pozoru ciężki do pogodzenia koktajl zmiksowanych słodów palonych z deserowymi czekoladkami, tu zgrywa się idealnie. Całość uzupełnia wyjątkowo „leśne” chmielenie rodem z naszego rodzimego Baliosa. Oczywiście jest ciut nazbyt alkoholowo, ale nie leżakując go nawet 2 miesięcy jestem w stanie to puścić w niepamięć.

Od dłuższego czasu Amager mnie jakoś mniej zachwycał. Tym razem jednak czuję się na nowo zdopingowany do testowania właściwie każdej ich butelki jaka nawinie się w moje ręce. Dodatkowo uwzględniając przelicznik cena/jakość w stosunku do pojemności duńskiego browaru jak zwykle okazuje się, że zrobiliśmy całkiem niezły deal. 

sobota, 17 grudnia 2016

Magic Rock – Inhaler

Pale Ale sklasyfikowane na pozycji #40 w Session IPA według RateBeer.

4,5%ABV Cena: 12zł (330ml)

Wyraźnie pomarańczowa, jednorodnie zmętniona barwa wyraźnie nawiązuje do nowofalowego podgatunku Juicy IPA. W toni wyraźnie widać unoszące się drobiny chmielu. Pianie niezbyt okazała jak i podobnież trwała. Na pocieszenie ozdobiła ścianki Craft Mastera pięknymi, śnieżnobiałymi firankami.

Aromat bardzo rześki. Sporo lupulin, nut granulatowych wręcz, nie brak jednak też cytrusowości w postaci soku z czerwonych, słodkich grejpfrutów. Całość zadowalająco intensywna, nie skażona nutami utlenienia.

Już pierwszy łyk wyjaśnił mi dlaczego piwu bliżej do IPA, niż lekkiego Pale. Goryczka jest naprawdę intensywna, a co jeszcze lepsze zaskakująco krótka. Świeżo starty cytrusowy zest, subtelna ziołowość oraz bardzo delikatne, pozbawione zbędnych karmeli oraz częstej zbożowości body to świetne połączenie.

Jestem bardzo mile zaskoczony. Jedno z najlepszych Pale Ale jakie miałem okazję pić. Orzeźwiające i lekkie, a przy tym nie pozbawione charakteru. W przeciwieństwie do rodzimego Sharka, który znalazł się z czołówce tej tabeli odnalazłem jeszcze jedną fajną cechę Inhalera – idealny balans. Do tego świetna cena i prześliczna puszka. Nic tylko powtórzyć. 

czwartek, 15 grudnia 2016

Świątecznie

Kto mnie zna ten wie, że za świątecznymi piwami zdecydowanie nie przepadam. Typowa masa często źle skomponowanych przypraw rodem z grzańca nie należy do mych ulubionych i poszukiwanych cech w piwie.  Czasem dobrze jednak zrobić sobie odskocznię od tego co pija się na co dzień i zapuścić się w mniej doceniane rejony piwnych stylów. Poniższe piwa są tego świetnym przykładem.

AleBrowar – Saint No More 2016
 
16°blg 6%ABV 40IBU Cena: 7,5zł (500ml)

W obecnym roku mamy do czynienia z kokosowym Porterem. Dla przypomnienia wersja 2012 to Christmas Ale, 2013 Simcoe IPA, 2014 i 2015 to Black IPA z czego późniejszy rocznik był wersją podwójną z dodatkiem żyta.

Wyglądem pod względem barwy oraz piany piwo prezentuje się całkiem zacnie i właściwie do niczego przyczepić sienie sposób. W aromacie oczywiście prym wiedzie zapowiedziany już kokos. Nie jest on jednak tak intensywny i słodki jak to bywa w przypadku piw Barrel Aged (tu przodują zdecydowanie beczki po Rumie), lecz jest wytrawny i stonowany. W tle nieco kakao i kardamonu. W smaku mamy do czynienia z krótką, także niezbyt słodką waniliną, kokosem oraz mleczną kawą. Równie mlecznym i słodkim w przeciwieństwie do pierwszych doznań jest posmak. Całość fajnie ułożona i pomimo, że skład na to niby nie wskazuje to delikatnie świątecznie pikantna.
Zdecydowanie najlepszy SNM jaki do tej pory miałem okazję testować.

Artezan – To Young To Be Herod
 
18,5°blg 8%ABV Cena: 16zł (500ml)

Troszkę mocniejszy Stout z dodatkiem skórki pomarańczowej i ziaren kakaowca, w tym roku dodatkowo wzbogacony tonką.

Niemalże całkowita czerń oraz drobna, orzechowa piana nie pozostawiają złudzeń co do tego, iż bazą jest solidny Stout. Piwo przede wszystkim powala jednak aromatem – pachnie po prostu niczym najwyższej klasy świąteczny piernik. Kakao, masa bakalii oraz lekka pikantność to absolutnie wszystko czego wymagam od Christmas Ale. Nie gorszą klasę prezentuje smak. Jest przyprawowo ale balans oraz nieprzesadzony poziom dodatków to istny majstersztyk którego nie powstydziłyby się takie browary jak Prairie czy The Bruery. Lukrecja, wanilina, kakao, kokos, kardamon, pomarańcza i szczypta tytoniu to tylko część tego czego można się doszukać. Herod to po prostu światowa czołówka i potwierdzenie mojej stałej tezy, że Artezany to kompletny TOP naszego polskiego piwowarstwa. Panowie – czapki z głów!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Préaris Quadrocinno

Piwo zaliczane przez RateBeer do Quadrupli. Dość nietypowym jest jednak zastosowanie dodatku ziaren kawy (Costa Rica). Powstało natomiast w doskonale każdemu znanym De Proefbrouwerij.

10%ABV Cena: 13zł

Brunatna z pozoru barwa dopiero pod światło odkrywa swój urok mieniąc się rubinowymi refleksami jakich nie powstydziłby się najlepszy Doppelbock czy też inszy „belg”. W toni unosi się jednak mnóstwo drobinek. Piana jak na prawdziwego Quada przystało wysoka, szybko opadająca, lecz pomimo tego pozostawiająca mnóstwo koronek na ściankach szklanki.

Aromat to także klasyka w najlepszym wydaniu. Masa rodzynek, kwaśnych śliwek i kandyzowanej wiśni, a wszystko to skropione odrobiną ciemnego miodu. Wraz z ogrzaniem ujawniają się procenty, lecz do końca degustacji  utrzymują się na akceptowalnym poziomie.

W smaku mamy właściwie kontynuację nut typowych dla stylu. Dodatkowo dochodzi tu jeszcze subtelna ziemistość, którą piwo najprawdopodobniej zawdzięcza kawie. Całość jest jednak zdecydowanie zbyt płaska, piwo po prostu brakuje mocy (oczywiście nie chodzi mi o woltaż, ten jest całkiem w porządku). Małym pocieszeniem niech będzie typowo belgijskie wysycenie – nieco wyższe, bardzo drobne.

Podsumowując zatem: w pełni ukontentowany nie jestem. Zabrakło mi tak jakichś ciekawych nut pochodzenia kawowego, jak i ogólnej intensywności doznań. Piwo wypada bardzo przeciętnie na tle wszelakich ciemnych belgów i jako takie ląduje w morzu zapomnianych przeze mnie Dubbli, Quadów czy też o zgrozo Trapistów. 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Mikkeller – Porter oraz Porter Bourbon Barrel Aged

Cóż my tu mamy? Ano jak sama nazwa mówi po prostu klasyczny Porter. W wersji bazowej oczywiście oraz leżakowanej w beczkach po Bourbonie. Dodatkowo podnoszącą rangę piwa jest informacja, że oba znalazły się w rankingu RateBeer w TOP50 najlepszych Porterów (#9 i #35 BA).


Jeśli chodzi o wygląd to piwa właściwie niczym się nie różnią. Czernią ani na krok nie ustępują wersjom z krajów nadbałtyckich, co zaś się tyczy piany to myślę, że spokojnie mogłaby konkurować z tą z Guinnessa serwowanego z azotowym widgetem. Równie poprawnie mamy w obu przypadkach zaakcentowane nagazowanie – różnica w porównaniu do wszelkiej maści Stoutów jest widoczna gołym okiem.

7,4%ABV Cena: 18zł (330ml)

Aromat wersji bazowej to absolutna czołówka jeśli chodzi o styl. Masa ciemnych oraz suszonych owoców, migdały, czekoladowe praliny, a nawet szczypta ogniskowego popiołu, który w większej dawce byłby przecudownym składnikiem Imperial Stoutu, tutaj jednak pełni rolę wisienki na torcie.

Ilość i różnorodność niuansów w smaku również wypada nadzwyczaj pozytywnie. Potężne uderzenie gorzkiego kakao po chwili przechodzi w łagodną, mleczną czekoladę. Tu także ujawnia się przyjemna, rzekłbym wręcz angielska chmielowa ziołowość. Całość posiada cudowny balans i lekkość – nie ma tu mowy o jakichkolwiek procentach.

 
7,4%ABV Cena: 60zł (375ml)
Dobra przechodzę zatem to tego co najciekawsze czyli wersji Barrel Aged.
Pierwsze niuchnięcia już zwiastują kontakt z drewnem. Oczywiście można się było spodziewać, że główna dominantą będzie wanilina. Jej profil jest jednak o tyle fajny, iż zdecydowanie bardziej idzie w stronę wytrawną, niż niejednokrotnie spotykanego słodkiego ulepku.

Prawdziwe Barrel Aged objawia się jednak w smaku. I to nie tylko dzięki jeszcze bardziej obecnych tu nutach szlachetnej wanilii. Doskonale udało się bowiem uchwycić charakter mokrego, butwiejącego lekko drewna nie dostarczając piwu nazbyt wielu tanin. Zdecydowanie podkręcona wydaje mi się także owocowość – z jednej strony nutami ciemnych winogron, z drugiej zaś wędzoną, lekko dymną śliwką. W posmaku króluje niepodzielnie również wcześniej nie spotkana kandyzowana wiśnia.

Czas na małe podsumowanie i refleksję. Oczywiście oba piwa jak widać okazały się wyśmienitymi. Doskonale rozumiem czemu wersja nieleżakowana znalazła się w tym rankingu wyżej – jest po prostu w 100% klasyczna, spełniająca absolutnie wszystkie wymagania stylu na wysokim poziomie. Barrel Aged to mała wariacja, jednak również nie pozbawiona klasy.

Swoją drogą miałem drobne obiekcje przed zakupem BA, które nawet jak na ceny piw Mikkela kosztowało nie mało. W tej kwocie spotykamy zazwyczaj zdecydowanie bardziej pokręcone piwa z różnorakimi dodatkami. Tym razem jednak nie żałuję nawet po trosze. Duńczyk dobrze wiedział w jakie beczki leje i co z tego wyszło, a cenę po prostu ustawił adekwatnie do poziomu jaki prezentuje sobą piwo. Jak widać czasem dobrze zaryzykować nieco, gdyż efekt finalny potrafi nas nie lada zaskoczyć.

Instagram