niedziela, 31 grudnia 2017

De Molen – Haken & Ogen Bourbon Barrel Aged

Russian Imperial Stout chmielony Saazem i Columbusem, leżakowany w dębowych beczkach po Jim Beam Kentucky Bourbon.

24°blg 10,7%ABV 102EBU Cena: 27zł (330ml)

Po przelaniu do szkła oczom ukazuje się oczywiście klasycznie czarny kolor – tu nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Szkoda natomiast samej piany, która pomimo ciemnobrązowej niczym ciasto brownie barwy znika tak szybko, że nie sposób uwiecznić jej na zdjęciu.

O dziwo piwo wcale nie pachnie głównie beczką. Pierwszoplanowe nuty to likierowe wiśnie i śliwki. Sporo także kwaskowej paloności, popiołu i przypalonego karmelu. Drewno na samym końcu – mokre, nieco przybutwiałe i taniczne. Procenty obecne w przyjemny, jakby trochę utleniony sposób.

Po wnikliwym wąchaniu smak już nie zaskakuje. Jest dość wytrawnie jak na podane parametry. Nie brakuje owocowego suszu w którym słodycz rodzynek i fig przeplata się z kwaskowymi nutami żurawiny i wiśni. Paloność mocno stonowana, choć daleko w tle majaczy ogniskowy popiół. Spodziewanej waniliny, tudzież kokosa dosłownie jak na lekarstwo.

Mocne odstępstwo od tego z czym zazwyczaj wiąże się leżakowanie w beczce po Bourbonie. Przede wszystkim brak tu drewnianej potęgi – Jim Beam usadowił się na trzecim, jak nie czwartym planie. Całość zaś z powodu swej mocnej owocowości wyraźnie skręca w stronę imperialnych porterów. Pozycja zdecydowanie bardziej „nightcupowa”, niż deserowa.

sobota, 30 grudnia 2017

Sori – Anniversary Barley Wine 2017

Barleywine uwarzone z okazji 2 rocznicy Sori Brewing oraz 100 lat niepodległości Finlandii. Piwo spędziło blisko rok leżakując w beczce po Koniaku.

11,6%ABV 49IBU Cena: 25zł (330ml)

Nawet w wąskim szkle klarowne piwo prezentuje się dość ciemno niczym angielskie interpretacje stylu – ni to brunatne, ni to czerwonawe, od typowej miedzi jednak z pewnością mocno odbiega. Beżowa piana dość szybko zanika do niewielkiego krążka.

Aromat przyjemnie zaskakuje – beczka nie zdominowała reszty. Oczywiście bez problemu można się tu doszukać mokrego drewna, kokosa czy waniliny. Główną bazę stanowią jednak owoce takie jak daktyle, figi, rodzynki czy wiśnie. Całość nieco ziołowa, karmelowa, nadzwyczaj szlachetnie alkoholowa.

W smaku mamy kontynuację owocowo-karmelowego deseru i crème brûlée. Na przemian jest słodko i wytrawnie, gładko i miękko, ale także charakternie i rozgrzewająco. Szczypta przyprawowości oraz subtelnych tanin doskonale wieńczy dzieło. Wysycenie adekwatnie niskie, zaś posmak odpowiednio długi.

Nadzwyczaj klasyczny i jakże świetny w tej kategorii Barleywine. Brak tu przesadnego chmielenia na goryczkę czy też nowej fali w aromacie. Brak obezwładniających na każdym etapie nut leżakowania w drewnie, wędzonych słodów, czy zbytniej kwasowości. Jest za to piękny balans pomiędzy potężnym ciałem a doskonale je kontrującymi procentami. Po prostu nightcup idealny. 

De la Senne – Bruxellensis

Jest to Brett (Brettanomyces) Pale Ale zajmujące wysokie 9 miejsce na RateBeer w kategorii Belgian Ale. Piwo jest refermentowane w butelkach przez okres 4 miesięcy.

6,5%ABV Cena: 11zł (330ml)

Wyglądem wpisuje się w klasykę Belgian Pale Ale – ciemnopomarańczowa barwa, wyraźnie opalizująca, a na dnie butelki odnalazłem mętnawy osad po wtórnej fermentacji. Śnieżnobiała, wysoka piana dość szybko redukuje się z głośnym sykiem, pozostawiając na pocieszenie sieć lepkich pajęczynek.

Aromat jest świetny. Typowo belgijska owocowość w postaci dojrzałych brzoskwiń i nektarynek została zestawiona z rustykalnymi nutami brettów – skóry, piwnicy, przykurzonego drewna oraz słomy. Nie brak także białych owoców takich jak agrest i winogrona, co przywodzi na myśl chmielenie Nelson Sauvin.

Pierwsze łyki przynoszą niebywałą wręcz wytrawność. Idealnym określeniem byłoby wręcz "as dry as a bone". Całkiem wyraźnie zaznaczono ziołową goryczkę, pojawiają się także smaczki gorzkiego Curaçao. Wyraźnie podwyższone nagazowanie również w pełni wyczerpuje ramy stylu. Jeśli myślicie, że odnajdziecie tu jakiekolwiek nuty alkoholu to muszę Was rozczarować – nie byłem w stanie doszukać się choćby cienia procentów.

Nudna Belgia? Zdecydowanie nie w tym przypadku. Bruxellensis to piwo zapewniające tak ciekawe wrażenia aromatyczno-smakowe jak i idealną lekkość, orzeźwienie i pijalność. Zaklasyfikowanie go jako Saison nie byłoby wielkim faux pas, co pokazuje jak granice między poszczególnymi stylami są niejednokrotnie cienkie. Tak czy inaczej pozycja w 100% warta swej ceny jak i wielokrotnego powtórzenia w przyszłości.

piątek, 29 grudnia 2017

Yeastie Boys – Digital IPA

Nowozelandzkie India Pale Ale (chyba nieco z gatunku Session). Cieszy przydatny chcącym odtworzyć piwo pełny skład – słody: lager, wiedeński, gladiator, chmiele: Pacific Jade, Nelson Sauvin, Southern Cross i Motueka, drożdże to US-05.

5,7%ABV 57IBU Cena: 11zł (330ml)

Swoim wyglądem piwo nie zaskakuje – ot klasyczna barwa starego złota oraz mocna opalizacja jak w większości chmielonych na zimno IPA’s. Idealnie biała, drobna piana utrzymuje się w postaci półcentymetrowego kożuszka przez jakiś kwadrans.

W aromacie sporo owoców. Białe winogrona i agrest to najprawdopodobniej zasługa Nelsona, limonka i cytryna pochodzi od Southern Cross i Pacific Jade, zaś słodkie owoce tropikalne wśród których zdecydowanie dominuje mango to efekt chmielenia Motueka. Całość jest bardzo rześka, odpowiednio lekka, pozbawiona zbędnych tu nut karmelu czy zbożowości.

Smak przywitał mnie zaskakującą wręcz cytrusowością kojarzącą się z dodatkiem owocowego zestu. Goryczka swym poziomem zdecydowanie bardziej przypomina zwykłe Pale Ale, jest też trochę nazbyt ziołowa. Doszukałem się także lekkiego utlenienia – na szczęście nie psuje pozytywnego odbioru całości. 

Całkiem fajny „orzeźwiacz”. Niby pije się błyskawicznie, lecz jest też nad czym poniuchać i podumać. Drobne wady w zupełności do pominięcia, szczególnie biorąc pod uwagę śmieszna cenę puszeczki. Zdecydowanie jedno z ciekawszych „daily beer” na jakie trafiłem. 

wtorek, 26 grudnia 2017

Fantôme – Saison

Ot po prostu nieco mocniejszy przedstawiciel stylu. Swoją drogą tenże browar specjalizuje się właśnie we wszelakich Saisonach (właściwie poza nimi robi jeszcze Witbiery i Strong Ale).

8%ABV Cena: 28zł (750ml)

Barwa ciemnego, starego złota, niemalże pomarańczowa. Widoczne spore zamglenie oraz masa luźnego osadu na dnie butelki. Piana drobna, wysoka, w wolnym tempie opadająca do centymetrowej warstewki, lecz niechętnie oblepiająca ścianki szklanki.

Aromat niesamowicie przyprawowy – biały pieprz, goździki i kolendra to główne składowe tej mieszanki. Nie brak także subtelnych cytrusów, kwiatowości oraz ziołowego chmielu. W tle majaczy słodowa baza w postaci skórki wiejskiego chleba. Spore jak na styl procenty zdradziecko się ukryły.

Pierwsze łyki przywodzą mi na myśl Witbiera. Sporo tu jednak akcentów przypominających z jakim stylem mamy do czynienia. Krótka, owocowa kwaskowość, przyprawy, spore, lecz nie gryzące wysycenie – jednym słowem Saison kompletny pod każdym względem. Finisz ciekawie ziemisty, rzekłbym wręcz, że „przykurzony”. Woltaż czuć dopiero pod koniec opróżniania niemałej butelki.

Do znudzenia będę powtarzał, iż jestem zwolennikiem ekstremalnie lekkich przedstawicieli tegoż stylu. Saison ma być piwem maksymalnie rześkim, pasującym do upałów. O dziwo tu pomimo sporego deklarowanego woltażu trunek spełnia te wymagania w stu procentach. Jest niesamowicie pijalny, a przy tym oferuje mnóstwo ciekawych niuansów. RateBeerowe 99/99 nie okazało się mrzonką, piwo zdecydowanie godne polecenia.

środa, 20 grudnia 2017

Nøgne Ø – Global Pale Ale

Niby klasyczne Pale Ale, lecz do chmielenia użyto aż 13 odmian pochodzących z Anglii, Słowenii, Nowej Zelandii, Czech, USA, Niemiec oraz Australii.

12°blg 4,5%ABV 40IBU Cena: 16zł (500ml)

Barwa jak najbardziej w normie, złota, wpadająca lekko w pomarańcz, wyraźnie zamglona. Gorzej ma się sprawa piany – zajmuje ona mniej więcej połowę objętości szklanki (lekki gushing jak i przegazowanie).

Chmielenie tak różnymi od siebie odmianami daje o sobie znać w aromacie. Choć całość pachnie głównie starym kontynentem (zioła, kwiaty, przyprawy, ziemistość), to nie sposób nie doszukać się nowofalowych wtrąceń (gorzkie grejpfruty, słodkawa żywica, dojrzałe owoce tropikalne).

W smaku mamy sporą słodowość o mocno herbatnikowym profilu. Przeciwstawia się jej trawiasta, nieco zalegająca, acz nie powalająca mocą goryczka. Wysycenia niemalże brak – wraz z otwarciem butelki uciekło w całości w pianę.

Klasyczne i przyzwoite Pale Ale, choć nie pozbawione wad. Bardzo przypomina mi moje pierwsze domowe piwa górnej fermentacji (estrowość). Choć niczym spektakularnym mnie nie zaskoczyło, to nie czuję najmniejszego zawodu – pół godzinki w jego towarzystwie minęło naprawdę szybko.

sobota, 25 listopada 2017

Brewski – Three Fourteen

India Pale Ale w którego zasypie odnaleźć możemy pszenicę, żyto i owies.

5,9%ABV Cena: 16zł (330ml)

Jasnożółty, niemalże słomkowy kolor niczym w wersji Session czy inszym Pale Ale. Mocne, acz pięknie jednorodne zmętnienie jak najbardziej wpisuje się w obecnie panujące trendy. Śnieżnobiała piana o dość sporych bąbelkach redukuje się do mizernej obrączki w kilka minut.

Zapach jest genialny. Masa cytrusów wśród których dominuje gorzki grejpfrut, trochę cytrynowego zestu, tropików, świeżo skoszonej trawy oraz różowego agrestu. Daleko w tle subtelna ziemistość pochodząca najprawdopodobniej od żyta.

W smaku nadzwyczajna lekkość. Wszelka owocowość bardzo złożona i nienachalna. Sporo natomiast lupulinowej żywiczności. Zaskakuje także spore wysycenie – choć nadaje piwu rześkości, to niestety negatywnie odbija się na ogólnej pijalności. Dobrej jakości goryczka na średnim poziomie.

Jedno z lepszych Session IPA jakie piłem. Właściwie posiada wszystkie cechy wymagane dla stylu. Goryczka, ogólna owocowość i chmielowość, balans oraz świetne zamaskowanie alkoholu. Ciut mniejsza ilość CO2 i byłoby wręcz genialnie.

niedziela, 19 listopada 2017

Uiltje – Mind Your Step Coffee Edition

Imperial Stout oczywiście z dodatkiem kawy, ale w składzie odnajdziemy także jałowiec, żurawinę i chipsy z amerykańskiego dębu. Za chmielenie odpowiadają East Kent Golding, Bramling X oraz Athanum.

14%ABV Cena: 24zł (330ml)

Smolista, nieprzenikniona w snifterze czerń to dokładnie to czego oczekiwałem. Ciemnobeżowa, drobna i nadzwyczaj trwała jak na piwo o tej mocy piana pozostawia po sobie lepkie koronki na ściankach szkła.

Ze wszystkich dodatków najbardziej na pierwszy plan wysuwa się kawa. Pachnie niczym świeżo zaparzone espresso. Tuż za nią podąża słodkawy jałowiec, na finiszu natomiast otrzymujemy subtelne nuty waniliny z której to przecież słynie amerykańska dębina. Alkohol? Ciężko się go tu doszukać.

W smaku balans pomiędzy poszczególnymi dodatkami jest jeszcze lepszy – właściwie otrzymujemy harmonijnie zgraną całość. Tuż po przełknięciu jest dość owocowo, kwaskowo, gorzkawo i rozgrzewająco. Aftertaste jest jednak niesamowicie pełny, słodki, czekoladowy i obłędnie długi.

Świetna pozycja. Poszczególne składowe doskonale spasowane względem siebie, co w efekcie dało tak naprawdę zaskakująco klasyczny RIS. Woltaż w najmniejszym stopniu nie okazał się zbyt wysoki, czy przeszkadzający, jest wręcz idealnie wyważony. Naprawdę wielkie brawa.

piątek, 17 listopada 2017

Przystanek Tleń - RIS & Porter Barrel Aged

Russian Imperial Stout Barrel Aged

21°blg 8,5%ABV Cena: 21zł (330ml)

Nazwa mówi właściwie wszystko. Dodam tylko, że piwo leżakowało w beczkach po Whisky oraz otrzymało dodatek wiśni.

Barwie (przynajmniej w snifterze) nie można zarzucić niczego negatywnego – jest kompletna, nieprzejrzysta czerń. Swym kolorem zaskakuje natomiast piana, gdyż jest jasnobeżowa niczym w Guinnessie. Wizualne dzieło Wieńczy drobny, lecz ładny lacing.

W aromacie potężna dawka ciemnych (nie palonych słodów). Karmel, melasa, pumpernikiel, toffi i mleczna czekolada. Beczka majaczy daleko w tle w postaci mokrego, odrobinę tanicznego drewna. Alkoholu brak – bo i skądże mógłby się tu znaleźć.

Smak odrobinę nadrabia. Doszło bowiem pozostawiające przyjemną suchość w ustach kakao oraz odrobina słodkiej wiśni (nie tyle kandyzowanej jak zazwyczaj, co bardziej konfiturowej). Posmaków leżakowania jak na lekarstwo – znów cała historia rozgrywa się wokół nikłej dębiny. Przyjemnie natomiast wypada miękkie i gładkie wysycenie, które dla mnie jest ważną składową każdego Imperial Stoutu.

Piwo z pewnością nie pozbawione wad, lecz z drugiej strony fajnie wpisujące się w młodą jeszcze tradycję polskich „baby RISów”. Kilka plato więcej, drugie tyle słodów palonych oraz szczęśliwa beczka zrobiłoby z tego piwa istny sztos. Tym razem wypadło po prostu przyzwoicie.

 Porter Rum Barrel Aged
 
19°blg 10,1%ABV Cena: 21zł (330ml)

Piwo leżakowało w beczce po Rumie z Jamajki.

Kolor zdecydowanie jaśniejszy, odpowiednio dla stylu ciemnobrunatny, zauważalnie lekko zmętniony. Piana szybko redukująca się do małego krążka, niechętnie oblepiająca szkło.

Pachnie ciekawiej od poprzednika – głównie za sprawą intensywności oraz podkręcającego ją alkoholu (przyjemnego). Kawa, kakao, deserowa czekolada oraz suszone owoce. W tle subtelna, szlachetna ziołowość oraz delikatny kokos, prawdopodobnie pochodzenia beczkowego.

Smak jeszcze bogatszy. Sporo nut owoców leśnych, słodkiego karmelu oraz ciasta brownie. Wszystko doprawione stonowaną waniliną, mokrym drewnem i szczyptą ogniskowego popiołu. Jest nadzwyczaj kompleksowo jak na stosunkowo niską na porter pełnię.

Bardzo fajna pozycja, zasługująca na RateBeerowe TOP50. Może nie jest tak czysto jak w przypadku większości reprezentantów stylu, lecz nie zapominajmy, że to leżak. Parametry zwiastują pozycję na wskroś wytrawną, może wręcz alkoholową. W praktyce otrzymujemy jednak piwo nadzwyczaj bogate a przy tym świetnie zbalansowane. Brawo!

wtorek, 14 listopada 2017

La Débauche – Amorena Framboises

Imperial Stout z dodatkiem gorzkich migdałów i wiśni odmiany Amorena, leżakowany w beczce wraz z kolejną porcją owoców - tym razem malin.

14%ABV Cena: jakieś 30zł, dostałem jako prezent (330ml)

Jak przystało na styl barwa jest niemalże całkowicie czarna, choć nie kompletnie nieprzejrzysta – przy krawędzi szkła występują dobrze widoczne ciemnorubinowe refleksy. Piana właściwie nie istnieje – ciemnobrązowe koronki rozpływają się w nicość zanim doliczymy do dziesięciu.

Aromat to likierowy mix wiśni oraz malin. Całość została skropiona ciemną, lecz nie gorzką czekoladą. Obecne są także subtelne migdały. Co ciekawe procenty nie gryzą w nos nawet po całkowitym ogrzaniu.

W smaku jest już nieco charakterniej. Pierwszy łyk przywiódł mi na myśl uwielbianą w gimnazjalnej młodości kartonikową nalewkę wiśnia-czekolada. Po dwóch kolejnych okazało się jednak, że jest lepiej. Nuty wiśni i malin przeplatają się wzajemnie, słodycz kontruje delikatna kwaskowość, zaś finisz wieńczą płatki migdałowe, lekka ziemistość oraz szczypta mokrego drewna. Jakiekolwiek rozgrzanie przełyku przy 14%? Nie stwierdziłem.

Interesująca wariacja na temat stylu. Ciekawi mnie ekstrakt początkowy piwa, bo przy 14% alkohol jest świetnie zamaskowany a całość wyraźnie słodka. Dodatek owoców mocno nadaje charakter piwu, reszta zaś wprowadza niuanse trafiające jedynie w podniebienia już zaawansowanych beergeeków (czy jak kto woli alkoholików). Tak czy inaczej piwo zdecydowanie warte spróbowania.

niedziela, 5 listopada 2017

Founders – Backstage Series # 6: Doom Imperial IPA

Jest to Imperial IPA (a patrząc po woltażu to już takie Triple IPA) leżakowane przez cztery miesiące w beczkach po Bourbonie. Bazowym piwem jest tu Double Trouble.

12,4%ABV 86IBU? Cena: 25zł (330ml)

Barwa miedziana, ciemno-bursztynowa, klasyczna wręcz dla stylu. Zaskakuje nieco natomiast niemalże idealna klarowność – dopiero wnikliwie przyglądając się piwu pod światło można dostrzec mikroskopijne drobinki chmielu. Piana wysoka, średnio trwała, pozostawiająca sporo lepkich koronek.

W aromacie dzieje się sporo. Z jednej strony mamy do czynienia z typowymi dla nowofalowych chmieli nutami dojrzałych owoców tropikalnych oraz cytrusów, z drugiej zaś słodką wanilię, karmelizowany cukier oraz miodowość pochodzącą prawdopodobnie z zachodzącej w beczce oksydacji. Procentów niemalże nie czuć – to zdecydowanie spory atut.

Smak niesie z sobą zdecydowanie więcej charakteru Bourbonu. Ciężka wanilina, odrobina kokosu oraz mokrego drewna. Jednak udało się obronić także chmielową stronę piwa. Mango, marakuja, melon oraz czerwone grejpfruty są wyraźnie wyczuwalne. Całkiem solidną goryczkę dodatkowo potęguje lekko rozgrzewający alkohol. W ogólnym odbiorze piwo jest jednak nadzwyczaj pijalne.

Kolejny dowód potwierdzający, że robienie tak mocnych IPA’s jak i leżakowanie ich w beczce ma sens. Doom pomimo niezwykłej złożoności i natężeniu wszelkich nut aromatyczno-smakowych zachowuje zdradziecką wręcz lekkość, znikając ze szkła w kilkanaście minut. 

niedziela, 3 września 2017

Nøgne Ø – Nødingen

Jest to Imperial Tropical Stout warzony z dodatkiem melasy, kilkoma rodzajami karmelizowanego cukru, lukrecji a także wanilii.

28°blg 10%ABV 35IBU Cena: 24zł (500ml)

Swą czarną, niemalże całkowicie nieprzeniknioną barwą piwo nie odstaje od większości przedstawicieli stylu. Pozytywnie zaskakuje piana – po kilkunastu minutach nadal utrzymuje się w postaci orzechowej, przynajmniej półcentymetrowej warstewki.

Orzechy (a dokładniej mówiąc włoskie) są nadzwyczaj obecne także w aromacie. Sporo także wytrawnej wanilii, lodów kawowych, mlecznego kakao oraz palonych słodów. Całość dobrze współgra we sobą, zaś intensywność tego mixu stoi na najwyższym poziomie.

Smak nie odstaje znacząco swą złożonością. Jest sporo nut deserowej czekolady, marcepanu, suszonych owoców (to pewnie te karmelizowane cukry) oraz szczypta lukrecji i ogniskowego popiołu. Subtelne procenty nie narzucają się, lecz jedynie kontrują potężne ciało.

Parametry sugerowały, że będę miał do czynienia z prawdziwym „team słodyczka”. Na szczęście w praktyce ani relatywnie niski poziom odfermentowania, ani dodatek lukrecji wnoszącej zazwyczaj słodkie posmaki nie odbiły się negatywnie na pijalności. Nødingen to bardzo solidny RIS z delikatnie zaznaczonymi dodatkami. Jednym słowem klasa.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Camerons – Early Bird Breakfast Bourbon Barrel Aged

Mocarne Barleywine z ciekawymi dodatkami: kawą w postaci coldbrew oraz syropem klonowym z Ontario. Całość leżakowana w beczkach po Bourbonie. Dodam jeszcze, iż właściwie jest to Single Hop Chinook.

11,4%ABV 80IBU Cena: 25zł (473ml)

Zacznijmy standardowo od barwy – piwo przypomina klasyczne, angielskie interpretacje stylu, jest ciemno miedziane, właściwie wpadające już w jasną czerwień, a przy tym idealnie klarowne. Piana w odcieniu écru, wymaga dość mocnego wymuszenia, w ciągu kilku minut redukuje się do milimetrowej warstewki.

Zapachów co niemiara. Nuty skórki chlebowej, kwaskowego pumpernikla, prażonego słodu, mocno owocowej kawy rodem z Etiopii, minimalna żywiczność czy też odrobina miodu gryczanego. Alkohol nadzwyczaj subtelny, umiejętnie wkomponowany i nie rażący nawet po całkowitym ogrzaniu.

Smak prezentuje się bardzo podobnie. Pojawiło się sporo owocowego suszu oraz konfiturowych słodko-kwaśnych wiśni. Doszukałem się także delikatnych nut herbacianych oraz drzewnych tanin. Potężna słodycz kontrowana jest ciekawą ziemistością, a także minimalnie rozgrzewającymi procentami. Całość nadzwyczaj złożona, otwierająca się wraz z podnoszeniem temperatury oraz natlenieniem.

Bardzo ciekawe, niby klasyczne, lecz wzbogacone o nietypowe dodatki Barleywine. Złożoność wszystkich nut, ich ewolucja w trakcie degustacji oraz spora moc czyni zeń, nieco wbrew samej nazwie wręcz wzorcowy przykład „nightcap” – bogatego, ciężkiego piwa sączonego przy kominku tuż przed snem. 

środa, 16 sierpnia 2017

Brewski – Snoutjuice Coffee

Jest to owsiany Imperial Stout z dodatkiem kawy pochodzącej z pobliskiej palarni Koppi.

11,5%ABV Cena: 22zł (330ml)

Barwa oczywiście smoliście czarna, całkowicie nieprzejrzysta. Dopiero pod koniec mogłem ocenić całkiem niezłą klarowność. Piana choć przepięknie ciemnobrązowa, to niestety znikająca w oka mgnieniu (cudem udało mi się ją jeszcze złapać na zdjęciu).

Chyba nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że aromat jest głównie kawowy. Czarna, lecz nie gorzka kawa, sporo orzechów włoskich, nutka popiołu, przypalonego karmelu oraz pumpernikla. Czytałem opinie o gryzącym alkoholu lecz tu go nie odnalazłem – jest całkiem nieźle przykryty jak na swoją moc.

W smaku już jest nieco agresywniej. Doszło sporo likierowej, tudzież kandyzowanej wiśni, gorzkiej, deserowej czekolady, nieco drzewnych tanin i ziemistości. Poprawne, niskie wysycenie, acz samo body mogłoby być gęstsze (obstawiam dość mocne odfermentowanie). Wszystko dość sowicie skropione rozgrzewającym, lecz nadal na szczęście całkiem szlachetnym alkoholem.

Bardzo dobry, chociaż nie wiem czy nie aż nazbyt kawowy RIS. Drobne minusy jak zbytnia dla „owsianki” wytrawność czy charakterny woltaż jestem w stanie wybaczyć. Osobiście jestem raczej zwolennikiem pozostawienia wyboru konsumentowi – leżakować czy pić na świeżo. Jeśli zatem macie dość delikatne przełyki polecam Snoutjuice zakopać w piwniczce na rok czy dwa. 

wtorek, 15 sierpnia 2017

Collective Arts – Ransack the Universe IPA

Hemisphere India Pale Ale chmielone Galaxy (Victoria) i Mosaic (Yakima).

6,8%ABV 85IBU Cena: 18zł (473ml)

Ciemnozłota, niemalże pomarańczowa barwa o całkiem wyraźnym zamgleniu. Biała, drobnopęcherzykowa piana po kilku minutach redukuje się tworząc gruby i wysoki na pół centymetra krążek, przy czym mocno oblepia ścianki drobnymi koronkami.

Pierwsze niuchnięcia wyczuły lekkie utlenienie – ot mała dawka wielokwiatowego miodu. Tło jednak bardzo przyjemne – sporo białych owoców (winogrona, agrest, liczi), szczypta granulatu oraz żółte grejpfruty. Niestety wyczuwalne są też procenty, których zdecydowanie można by uniknąć.

Smak przywitał mnie całkiem sporą goryczką o profilu cytrusowego albedo. Poza cytrusami znalazło się też miejsce dla kontynentalnej ziołowości. Całość jest mocno wytrawna, lekko ziemista i zbożowa (grainy). Znów pojawia się alkohol, tym razem w postaci rozgrzania przełyku właściwie od początku degustacji, jeszcze w nie ogrzanym piwie.

No cóż, piwo nie sprostało mym oczekiwaniom. Po notach 98/98 spodziewałem się więcej, tym bardziej, że Collective Arts Brewing ma w swej ofercie jeszcze kilka IPA ze średnią powyżej 3,7 (RateBeer). Ransack okazało się po prostu średniakiem, w dodatku już nieco utlenionym. Pomimo tego browar z pewnością przy najbliższej okazji otrzyma ode mnie drugą szansę. 

piątek, 21 lipca 2017

Piwne Podziemie

Jakiś czas temu odwiedziłem Piwne Podziemie mieszczące się w Rożdżałowie (okolice Chełma). Działający od 2014 roku browar ma na swoim koncie już setkę piw, z których na blogu pojawił się jedynie świetnie notowany Kosiarz Umysłów. Postanowiłem zatem nadrobić zaległości i przetestować kilka kolejnych pozycji.

Kiwi and Lime Gose

10,5°blg 4,2%ABV

Jasnożółta, niemalże słomkowa jak przystało na styl i opalizująca barwa. Równie typowo prezentuje się piana – z cydrowym sykiem redukuje się w ciągu parunastu sekund.
Lactobacilluy wyraźnie zdominowały aromat. Na drugim planie usadowiła się konkretna mineralność. Owoce obecne w bardzo subtelny sposób. Całość lekka, rześka, pobudzająca pracę ślinianek.
W smaku solidna, acz przyjemnie krótka, mocno cytrynowa kwaśność. Limonki i kiwi nie przytłaczają, lecz wręcz idealnie podkręcają efekt orzeźwienia. Aftertaste słonawy, lekko śliski.
Oczywiście nie jest to piwo degustacyjne, lecz mające za zadanie maksymalnie gasić pragnienie w upalne dni. Warto jednak zwrócić uwagę na balans pomiędzy poszczególnymi składowymi – jest wręcz idealny. W efekcie piwo znika ze szkła dosłownie w kilka minut.

Sezon Ogórkowy

12,5°blg 5,9%ABV

Kolor ciemnożółty, całość wyraźnie i jednorodnie zmętniona niczym nowofalowe New England czy inny Weizen. Piana drobniutka, średnio trwała i niezbyt lepka.
W aromacie sporo zielonego ogórka, lecz nie brak także wyraźnej kontry słodowej w postaci biszkoptów. Wraz z ogrzaniem do głosu dochodzi także subtelna przyprawowość.
Już pierwszy łyk przywodzi mi na myśl mizerię. No może brakuje jej nieco soli, lecz cała reszta zgadza się idealnie. Zaskakuje także spora jak na ekstrakt początkowy i stopień odfermentowania pełnia. Jedynie żal użytej skórki cytrynowej – nie doszukałem się jej w najmniejszym stopniu.
Zdecydowanie jedno z bardziej pokręconych i niecodziennych piw na polskim rynku. To chyba pozycja z kategorii „albo się kocha, albo nienawidzi”. Mi przypadło do gustu.

Coffeelicious

18,5°blg 6,5%ABV

Piwo ciemnobrunatne, bardzo bliskie nieprzejrzystej czerni. Jasnobeżowa piana opada powoli, zostawiając po sobie na ściankach szkła mnóstwo lepkich koronek.
Aromat przywitał mnie niemałą porcją czarnej, klasycznie orzechowej kawy. W tle wyraźna mleczność zmiksowana z gorzkim kakao. Po ogrzaniu dołączyły nuty jasnego tytoniu, brak natomiast jakichkolwiek nieprzyjemnie dających się we znaki procentów.
Smak – solidna pełnia, lecz nie przesadzona słodycz, ogromna dawka młodych, gorzkawych orzechów włoskich, kawa w postaci typowego americano. Odpowiednio niskie i miękkie wysycenie wieńczy dzieło.
Choć osobiście gustuję w zdecydowanie słodszych wersjach Milk Stoutów, to nie mógłbym nie docenić ponownie świetnego balansu. Dodatki umiejętnie ze sobą współgrają na równym stopniu intensywności. Nie bez powodu jest to chyba już najbardziej kultowa pozycja od Piwnego Podziemia.

Lord Cardigan

23°blg 9,2%ABV

Trunek niemalże całkowicie czarny (jedynie przy dnie widoczne brunatne refleksy). Piana nadzwyczaj obfita i genialnie trwała – po kwadransie nadal utrzymywała się półcentymetrowa warstewka.
Nozdrza atakuje niemałą dawka paloności w postaci popiołu oraz mocno opiekanego drewna. W tle ciemne owoce, karmel i deserowa czekolada. Fajnie zamaskowany alkohol – w ciemno dałbym piwu pewnie nie więcej niż jakieś 16°blg.
W smaku znacznie więcej słodyczy niż zapowiadał aromat. Sporo kandyzowanej wiśni, kwaskowego pumpernikla oraz już odrobinę utlenionej Cherry. Całość doprawiona szczyptą ogniskowego popiołu, dość charakterna i bezkompromisowa. Pomimo tego piwo okazuje się być nadzwyczaj pijalnym.
Łukasz wspominał, że piwo powstało na bazie receptury z XIX wieku, jest zatem poniekąd odwzorowaniem historycznych protoplastów dzisiejszych Imperial Stoutów. Wyraźna wytrawność, wyłącznie angielskie chmiele (Target, EKG) i mocna paloność to zdecydowanie atuty Lorda Cardigana, odróżniające go od obecnych, zazwyczaj bardzo słodkich i degustacyjnych interpretacji stylu.


piątek, 14 lipca 2017

Jak będzie w beczce... cz. III

Olimp – Hades Gone Wild Red Wine BA

25°blg 12,2%ABV 70IBU Cena: 40zł

Wersja 2017
Wizualnie jednolita, całkowita czerń oraz beżowa, niska piana. Biorąc pod uwagę dzikość oraz moc tegoż piwa jej kompletna nietrwałość zupełnie nie dziwi.
Aromat zachwyca swą intensywnością. Na pierwszym planie usadowiła się dzikość oraz mokra, nieco taniczna, lecz pomimo tego wyraźnie wanilinowa beczka. W tle sporo wiśni, mlecznego kakao oraz szczypta ostrości. Alkohol jednak nie drażni nawet po ogrzaniu.
W smaku ciekawe połączenie czarnej kawy, kwaśnej żurawiny, młodego wina oraz wilgotnej piwnicy. Papryczkowa pikantność bardzo subtelna, odpowiednio wyważona. Aftertaste nieco ziemisty, drzewny, przyjemnie rozgrzewający.
Świetne powtórka wybitnego dzikiego Hadesa. Tym razem Bretty mocniej dały znać o sobie, lecz zdecydowanie nie wpłynęło to negatywnie na efekt finalny. Dodam tylko, że tak na świeżo, jak i po dłuższym leżakowaniu HGW nie traci na swej jakości, wręcz przeciwnie.

Pracownia Piwa – LAB 4 Red Wine BA

25°blg 11,5%ABV Cena: 25zł (330ml)

Kompletny brak piany spowodowany zerowym wysyceniem – rozumiem, że po leżakowaniu piwo po prostu nie było już wysycane CO2. Barwa fajna, ciemno pomarańczowa, miedziana, zdradzająca solidny ballig.
Pachnie głównie beczką – o dziwo w najmniej spodziewany sposób czyli słodką waniliną. Nie jest ona jednak całkowicie dominująca. Nie brak bowiem słodkich, likierowych wręcz wiśni, odrobiny kwaskowej żurawiny, fig czy nadzwyczaj kwiatowej miodowości. Całość umiejętnie doprawiona mokrym drewnem bez choćby cienia jakichkolwiek nut alkoholowych (wow!).
Pełnia i moc uwidacznia się dopiero w smaku. Nadal jednak ciężko doszukać się tu procentów. Jest słodko, wyklejająco i deserowo. Nieco kłóci się to z typowymi założeniami stylu jako piwa bądź co bądź wytrawnego. Leżakowanie jednak przyjemnie kontruje ulepkowatość bazy delikatnymi taninami oraz szlachetną ziemistością.
Wysoki ekstrakt początkowy i wynikające z niego procenty zmuszają do potraktowania LAB 4 jako wariacji na temat stylu. Beczka po czerwonym winie Merlot (fuck, jeden z najmniej lubianych przeze mnie szczepów) nadzwyczaj ciekawie zagrała dając dość rzadko spotykane efekty.

Pracownia Piwa – LAB 6 White Wine BA

25°blg 11,5%ABV Cena: 25zł (330ml)

Wizualnie kwestia podobna jak w przypadku poprzednika.
Aromat jednak zdecydowanie bardziej owocowy – doszło nieco winogron, liczi oraz białego agrestu. Całość nadal słodka, trochę kwiatowa, miodowa, bez alkoholu.
W smaku jest inaczej – głównie za sprawą ciekawej kwasowości. Agrestowe skojarzenia ponownie jak najbardziej wskazane. Piwo jest oczywiście słodkie i wyklejające, lecz pomimo tego zadziwiająco rześkie i pijalne - wiem, pijalność brzmi tu niemal kuriozalnie.
Jeszcze ciekawsze wcielenie, tym razem spod znaku Muscatu (węgierskie wino deserowe). Podbita owocowość oraz chyba jeszcze lepsze (czy to w ogóle możliwe?) ukrycie alkoholu bardzo na plus. Choć wszystko właściwie dzieje się w obrębie niuansów to jednak efekt końcowy na prawdę „robi robotę”.

Pinta – Imperator Bałtycki Sherry Oloroso BA

24,7°blg 9,1%ABV Cena: 22zł (330ml)

Barwa nieco RISowa, nadal jednak wpisująca się w ramy stylu. Piana nad wyraz obfita i trwała jak na tę moc, pięknie oblepiająca szkło drobniutkimi, bezowymi koronkami.
Piwo niesamowicie pachnie beczką. Wniosła sporo owocowości spod znaku żurawiny i kandyzowanej wiśni, nie brakuje także mokrego drewna. Baza nadal dość wyraźnie palona, chmielowa i czekoladowa. Leżakowanie dobrze wpłynęło na ułożenie procentów.
Smak jak to w wersji podstawowej – charakterny i wytrawny. Udało się go jednak fajnie skontrować beczkową waniliną w słodkim wydaniu. Solidne nachmielenie zeszło na alszy plan ustępując miejsca deserowej czekoladzie. Delikatne rozgrzanie przełyku dopiero pod koniec degustacji.
Nigdy nie byłem fanem Imperatora – właściwie za każdym razem mnie zawodził. Tym razem udało się nadać mu dodatkowej głębi. Nieoczywisty porter leżakowany w nieoczywistej beczce okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Birbant – RIS Blended BA

24,5°blg 10,5%ABV 50IBU Cena: 12zł (330ml)

Do wyglądu ciężko się przyczepić – czarne to i nieprzejrzyste, piana obecna, lecz szybko redukująca się o mizernego krążka, lacing marny – do wybaczenia.
W aromacie połączenie mlecznej czekolady z deserowymi, wyraźnie alkoholowymi pralinkami. Sporo mokrego drewna, waniliny oraz wiśniówki. Chociaż balans może mógłby być lepszy, lecz już na samą złożoność wszelakich nut ciężko narzekać.
Smak oferuje całkiem sporo, choć nie obędzie się bez negatywów. Świetne gorzkie, pozostawiające suchość na języku kakao, sporo lekko tanicznego drewna, wanilia, ciemne owoce. Wszystko to niestety przykryte gryzącym, mocno rozgrzewającym alkoholem i pozostającą goryczką.
Nie piłem pierwszej wersji. W tej pomimo całkiem fajnego wpływu beczek po Rumie, Whisky i Bourbonie chyba zawiodła sama baza. Całość jest ciekawa, lecz z pijalnością przypominającą piwa cięższe o dobre 10°blg. Zrażać się jednak nie wolno – może 3 lub 4 wersja wyjdzie idealnie czego sobie, Wam oraz Birbantom szczerze życzę.

Golem – Dybuk Bourbon Barrel Aged

16°blg 6,5%ABV Cena: 19zł (330ml)

Piwo o ciemnobrunatnej, porterowej i niemalże nieprzejrzystej barwie. Zaskakująco sycząca, wysoka piana cechuje się średnią trwałością – redukuje się do grubego krążka w kilka minut, przy czym ładnie krążkuje.
Aromat zdecydowanie owocowy – mnóstwo kwaśnej śliwki oraz kandyzowanej wiśni. Sporo także ciemnego kakao oraz orzechów włoskich. Sama beczka nadzwyczaj delikatna, trochę ziemista, lekko kokosowa. Może leżakowana wcześniej Lilitr odebrała drewnu wszelkie jego atuty?
W smaku spora kwaskowość i mocne utlenienie. Trochę razi także lekkie przegazowanie które w połączeniu z nadzwyczaj niską jak na ekstrakt pełnią daje efekt bliski wodnistości. Ciężko mi także doszukać się klasycznej beczki po Burbonie – waniliny jak na lekarstwo, do tego trochę tanin.
Niestety wersja leżakowana mnie rozczarowała – jak na piwo szczycące się notami 97/99 jest dość kiepsko. Może zaszkodziło mu leżakowanie (data przydatności kończy się za dwa tygodnie), lecz tego typu trunek zdecydowanie lepiej powinien znosić upływ czasu.

niedziela, 9 lipca 2017

Pipeworks – Mango Guppy i Lizard King

Mango Guppy

Session IPA warzone z dodatkiem mango oraz miodu, chmielone Citrą.
 
4,6%ABV Cena: 23zł

Barwa ciemnego, starego złota, a właściwie już niemalże jasnej miedzi. Lekkie zmętnienie – prawdopodobnie tak od owocowej pulpy jak i chmielenia na zimno. Bieluteńka, wysoka i gruboziarnista piana utrzymuje się kilka minut po czym redukuje do kilkumilimetrowej warstewki, pozostawiając po sobie zgrabny lacing.

W aromacie poza klasycznymi cytrusami ciężko doszukać się mango czy też miodu. Sporo natomiast nut grejpfruta, cytryny i słodkiej pomarańczy. W tle minimalna zbożowość oraz biszkopty.

Smak przywitał mnie bardzo dobrą, średnio mocną goryczką oraz zaskakującą wręcz kwaskowością o niesamowicie owocowym charakterze. Kontra słodowa minimalna – zdecydowanie ustępuje dominującej w piwie Citrze. Lekkości dodaje także całkiem spore wysycenie.

Bardzo dobre, w pełni zasługujące na swoje miejsce w TOP50 Session IPA. Trochę smuci nikły wpływ dodatków – miód prawdopodobnie całkowicie przefermentował czyniąc piwo jeszcze bardziej wytrawnym, zaś mango… no cóż, chyba było całkowicie niedojrzałe. Pomimo tego piwo jest rewelacyjne, o czym poniekąd świadczy to, że wypiłem je dosłownie w kilka minut.

Lizard King

American Pale Ale chmielone Amarillo oraz Mosaic.
 
6%ABV Cena: 23zł

Kolor nieco jaśniejszy od poprzednika, ot mocna, słonecznikowa żółć o podobnym stopniu zmętnienia. Nieco gorzej wypada pienistość – dość szybko opada, lecz na pocieszenie pozostawia równie gęstą sieć bieluteńkich koronek.

Aromat niesamowicie chmielowy, znacznie jednak mniej cytrusowy. Oczywiście pojawia się nieco limonki i mandarynki, główny jednak trzon stanowią białe owoce – winogrona, agrest i liczi. Brak jakichkolwiek nut zbożowych czy też choćby cienia alkoholu.

W smaku zdecydowanie bardziej krągłe od Mango Guppy. Trochę zestu, młodego wina oraz słodkich tropików. Bardzo bogata jak na tak lekki styl pełnia przyjemnie kontruje owocową goryczkę tworząc balans na poziomie niezwykle rzadko spotykanym. W efekcie jest rześko i niebywale soczyście. 

Druga pozycja nie dość, że nie ustępuje poprzednikowi, to wręcz stoi o klasę wyżej. Nie mniej zasługuje na wysokie miejsce w rankingach, rzekłbym wręcz, że to chyba jeden z najlepszych Pale Ale jakie miałem okazję pić. Przereklamowana i chamsko utleniona „ameryka”? Zdecydowanie nie tym razem!

piątek, 7 lipca 2017

Amager & Forest & Main – Psychedelic Popcorn

Na wstępie mikro streszczenie na temat stylu:
Grisette to piwo pochodzące z Walonii (Belgia), a dokładnie jej zachodniej prowincji Hainaut – regionu typowo górniczego. Swymi parametrami oraz charakterem pokrewne jest Saisonom (od obecnych jednak znacznie lżejsze), zaś w składzie zazwyczaj odnajdziemy spory udział pszenicy. Było lekkim, codziennym piwem górników, po pracy serwowanym przez kobiety noszące szare fartuchy (fr. gris – szary, popielaty). W Polsce z powodzeniem Grisette warzone było przez Pintę i Kingpina.

Psychedelic Popcorn chmielone jest nowofalowo bo amerykańskimi odmianami Citra, Mosaic oraz Chinook, zaś w zasypie zawiera owies.
 
4,2%ABV 21IBU Cena: 24zł (500ml)

Piwo prezentuje niesamowicie jasną, słomkową barwę oraz niemalże lagerową klarowność. Wysoka, obfita, śnieżnobiała piana trwałością przebija wszelkie spraye czy tam inne ubite białka, przy czym przepięknie osiada całymi kłaczkami na ściankach szklanki.

W aromacie mnóstwo nut pszenicznych, zbożowych, a nawet nieco ziemistych. Chmielowa cytrusowość bardzo subtelna, nie brak za to pieprzowej przyprawowości. Całość niesamowicie lekka i delikatna.

Smak zdecydowanie prezentuje to co lubię w lekkich Saisonach. Nuty chlebowe, macy i siana łączą się z delikatnymi cytrusami (Curacao) oraz minimalną kwaskowością. Balans pomiędzy słodowością, a goryczką idealny – jest wytrawnie, lecz z pewnością nie wodniście. Posmak suchego drewna, odrobinę piwniczny.

Odwzorowanie dziś już historycznego stylu jakim jest Grisette wyszło Duńczykom idealnie. Psychedelic Popcorn jest piwem niebywale pijalnym i sesyjnym, gaszącym pragnienie nawet w największe upały. Nic dziwnego, że podobnym trunkiem tak chętnie raczyli się po pracy walońscy górnicy – wszak powszechnie wiadomo, że im dalej w głąb naszej ziemi, tym cieplej. 

wtorek, 4 lipca 2017

Omnipollo & de Molen – Sitis

Imperial India Pale Ale z dodatkiem ananasa, chmielone odmianami Premiant, Columbus i Citra.

17°blg 8,5%ABV 47EBU Cena: 17zł (330ml)

Żółta, słoneczna barwa oraz bardzo mocne, kojarzące się z pszenicą zmętnienie do którego przyczynił się zapewne dodatek owocu. Piana dość szybko redukująca się do milimetrowej warstewki, lecz pozostawiająca na pocieszenie masę lacingu.

Aromat bardzo rześki, oczywiście owocowo-chmielowy. Sporo tu cytrusów takich jak grejpfrut i mandarynka, nie brak też tropików w postaci ananasa, mango i marakui. Całość wieńczy szczypta czeskiej ziołowości zestawiona z odrobiną amerykańskiej żywiczności. Procentów brak.

W smaku mamy kontynuację owocowej chmielowości. Goryczka jednak nie atakuje tak jak ma to miejsce w większości podwójnych IPA’s, jest wyraźnie stonowana, uładzona. Tu także nie potrafię się oszukać woltażu, choć przyznam, że całkowitego ogrzania piwo nie doczekało.

Sitis to zdecydowanie nowofalowa interpretacja Double IPA której blisko do wszelakich Vermont/New England IPA. Maksymalne skoncentrowanie się na owocowości kosztem goryczki pozytywnie obija się na pijalności. Bardzo udana i na szczęście nie przekombinowana kooperacja.

sobota, 1 lipca 2017

Nómada – Imperial Gianduja Stout

RIS z dodatkiem aromatów czekolady i orzechów laskowych mających odzwierciedlić gianduję - piemoncką mleczną czekoladą zawierającą w składzie 30% orzechów laskowych.

10,5%ABV Cena: 16zł (330ml)

Barwie niczego nie brakuje – jak przystało na styl jest niemalże całkowicie czarna, jedynie przy krawędzi szkła widoczne są nikłe brunatne refleksy. Piana początkowo bardzo bujna, po kilku minutach redukuje się do ładnego krążka pozostawiając jednocześnie na ściankach gęstą sieć lacingu.

Piwo pachnie rzeczywiście orzechową czekoladą. Sporo nut gorzkiego kakao, przypalanego karmelu i cień paloności kontruje mleczna słodycz. Całość na tyle intensywna, że jakichkolwiek śladów alkoholu ciężko się pod tym doszukać.

Smak zdecydowanie pozostaje w tyle. Brak tu poniekąd zapowiadanej pełni, razi także zdecydowanie zbyt wysoka kwaskowość oraz wręcz okrutny brak jakiejkolwiek pełni. Fajnie natomiast wypada kakaowy posmak pozostawiający suchość na podniebieniu. Procentowe rozgrzewanie obecnie, lecz nie rażące.

Ad rem – jakby nie patrzeć piwo, choć niczego nie urywa jest całkiem przyzwoitą pozycją. Myślę, że po prostu sama baza nie nadążyła za dodatkiem aromatów, które to zazwyczaj podkręcają aromat niewspółmiernie do wnoszonych przez siebie posmaków. Rozpatrując w kategorii ciekawie pachnącego FESa piwo jest naprawdę fajne, lecz jako Imperial Stout broni się jedynie ceną. 

środa, 28 czerwca 2017

Cantillon – Rosé De Gambrinus

Blend lambików z dodatkiem malin w ilości 200g na litr.

5%ABV 25IBU Cena: 36zł (375ml)

Zamglona barwa dość jasnej czerwieni nasuwa mi skojarzenia z malinowym kisielem. Różowa piana z sykiem redukuje się w tempie wręcz nie pozwalającym na wykonanie zdjęcia.

Aromat bardzo owocowy. Maliny jednak nie są idealnie świeże, jest tu bowiem nieco kompotu, pałęta się także trochę pestkowości. W tle subtelna skóra oraz minimalny ocet którym to niesamowicie pachniał nad wyraz rozmiękły już korek.

W smaku piwo zaskakuje przede wszystkim niemalże całkowitym brakiem kwaśności. Subtelna kwaskowość to bardziej efekt owoców niż dzikich drożdży. Naprodukowały one jednak sporo posmaków piwnicznych, skórzastych oraz ziemistych. Nietypowe jak na styl jest także wysycenie – pomimo solidnego spowitego dymem syknięcia przy otwieraniu nie odstane ani trochę od klasycznego Pale Ale.

Podsumowując zatem. Rosé De Gambrinus to owocowy lambik w dość niecodziennym wydaniu. Bardziej rozpatrywałbym je w kategorii nadzwyczaj rześkiej i pijalnej owocówki, niż dzikiego belga. Przy 28°C otoczenia wchodzi niemalże duszkiem. 

wtorek, 27 czerwca 2017

Dukla & Brokreacja – Nafciarz x4

Brokreacja – Nafciarz Dukielski (data do 01.08.2016)
 
16°blg 6,3%ABV 60IBU
Barwa iście porterowa, pod światło ciemnobrązowa, brunatna, bardzo klarowna. Piana wysoka, drobna niczym na piwie serwowanym z azotem, ekstremalnie wręcz trwała – po kwadransie miałem nadal dobre dwa centymetry beżowych bąbelków.
Aromat oczywiście wędzony. Całkiem sporo torfu, bandaży i wcale nie takiej nadtopionej, lecz pachnącej nowością kablowej izolacji. W tle przypalany karmel, słodowość oraz miód gryczany – ot ślady utlenienia.
Smak przywitał mnie zaskakującą wytrawnością. Nie brak gorzkiej czekolady, kakao oraz czarnej kawy. Nuty wędzone wyraźne, acz nie przytłaczające.
Niemalże rok po terminie przydatności do spożycia piwo prezentuje całkiem niezłą formę i przyjemnie się starzeje. Sporo mówi się o zaniku nut wędzonych w piwach leżakowanych, a tymczasem mam zupełnie inne odczucia – zmienia się sam profil, intensywność jednak wcale nie redukuje się tak bardzo. Tak czy inaczej jest to zdecydowanie jedno z najlepszych polskich piw wędzonych.

Nafciarz Dukielski (data do 05.11.2017)

16°blg 6,3%ABV 60IBU Cena: 9,60zł (500ml)
Właściwie piwo wygląda prawie identycznie jak poprzednik. Jedynie piana wydaje się nieco mniej trwała – utrzymała się jakieś 5 minut, na pocieszenie zostawiając masę lepkich koronek.
Piwo pachnie niestety ciut mniej intensywnie. Znacząco większy jest także udział wszystkiego poza wędzonką – pumpernikiel, gorzkawy karmel, brązowy cukier itd. Sama wędzonka nieco łagodniejsza, niezwykle przy tym jednak szlachetna i zbalansowana.
Podobne odczucia mają miejsce w kwestii smaku. Kosztem torfu w piwie znalazło się więcej bazy. Piwo jest też zdecydowanie bardziej palone, przypomina wręcz pod tym względem wariację na temat Stoutu.
Nowa warka nieco mniej przypadłą mi do gustu. Brak mi tu pełni oraz torfowej słodyczy. Nadal piwo jednak trzyma naprawdę wysoki poziom. Nieco niższa wędzoność może przypaść do gustu szczególnie rozpoczynającym przygodę z wszelakimi Peatedami.

Imperialny Nafciarz Dukielski
 
24°blg 10%ABV 75IBU Cena: 19zł (330ml)
Piwo wyraźnie ciemniejsze od podstawowej wersji, nadal jednak nie smoliście czarne, raczej barwą przypominające portery bałtyckie. Piana wymagała agresywnego wymuszania, lecz w postaci milimetrowej warstewki towarzyszyła mi przez resztę degustacji, ładnie znacząc przy tym swą obecność na ściankach szkła. Swoją drogą mam podejrzenia, że mocna wędzoność destruktywnie na nią wpływa.
Imperialna wersja pachnie oczywiście przede wszystkim torfem. Nie jest on jednak w żadnym wypadku jednowymiarowy. Poza sporą dawką nut izolacji i apteki, udało się wkomponować masę słodkiej czekolady, ciasta brownie czy też toffi. Alkohol doskonale zamaskowany.
Smak nie odstaje jakością ani na krok. Jest torfowo, bardzo kawowo i deserowo. Najbardziej jednak urzeka obłędnie miękka faktura, którą w dużej mierze piwo zawdzięcza bardzo niskiemu wysyceniu. Procenty ujawniają się jedynie pod koniec picia  w postaci delikatnego rozgrzania przełyku.
Ciężko mi odnieść się do faktu, że Imperialny Nafciarz zajmuje obecnie 2 miejsce w kategorii Smoked na RateBeer. Bardzo lubię wędzonki i przyznam, że wybitnych piłem sporo, jak również z powodzeniem warzyłem, powyższy egzemplarz jak najbardziej ląduje w tym zaszczytnym gronie.

Imperialny Nafciarz Dukielski Laphroaig Barrel Aged

24°blg 10%ABV 75IBU Cena: 50zł (330ml)
Dobra, przechodzę do wersji leżakowanej, czyli teoretycznie najciekawszej.
Barwa i pienistość właściwie identyczna ze zwykłą wersją imperialną, choć nie pierwszy już raz mam wrażenie, że beczka negatywnie wpłynęła na pianę oraz lacing.
Aromat został dodatkowo podbity wędzonką. Z jednej strony fajnie – bandaże, asfalt i przypalona izolacja są wręcz obłędne, z drugiej niestety przysłonięta została sama deserowa baza, przez co piwo stało się nieco zbyt jednowymiarowym.
Spotęgowanie nut szpitalnych nie ominęło także smaku. To jest po prostu torfowa petarda. Czuję się jakbym wcinał koktajl z torfowej whisky i podkładów kolejowych siedząc jednocześnie za sterami wytwórni masy bitumicznej. Aftertaste zaskakująco tytoniowy, popielniczkowy, pozostawiający wytrawną suchość i dymność. Dla fanów wszelakich Peated Ale to po prostu raj na ziemi. 
Wersja BA to całkowicie bezkompromisowe piwo. Kosztem smaczków czekoladowych, nut kawy i chlebowej słodowości wprowadzono obłędną wędzoność destylatu wprost z Islay. I choć poniekąd podzielam zarzuty odnośnie jednowymiarowości efektu finalnego, to nie potrafię pohamować mego zachwytu torfowym profilem. Duklo i Brokreacjo - to był najlepszy Peated w mym życiu. 

Instagram