wtorek, 31 stycznia 2017

BrewDog – Ship Wreck (Whisky BA)

Strong Ale warzone z udziałem słodu wędzonego oraz syropu z agawy. Leżakowane w beczkach z Islay i Speyside. Niektóre beczki zawierały przyprawę Sal de Gusano (mielone, suszone robaki z agawy, sól i chili), bowiem założeniem było piwne odwzorowanie Mezcalu.

13,8%ABV 14IBU Cena: 47zł (330ml)

Wyglądem piwo przypomina mi gęste, mocarne Barleywine. Faktura robi wrażenie – nawet pojedyncze bąbelki CO2 unoszą się ku górze nadzwyczaj powoli. Piana jak można się było domyślać nie należy do zbytnio okazałych – zredukowała się w ciągu kilku minut do cieniutkiego krążka i w takiej formie przetrwała do końca nieśpiesznej degustacji.

Przeciekawie natomiast ma się sprawa aromatu. Pierwsze co zaatakowało me nozdrza to potężna owocowość przywodząca na myśl liczi, ale także w pewnym stopniu kojarząca się z agawą. Po chwili do głosu dochodzi jednak prześwietna apteka, jest jednak zaskakująco złożona i nie dominująca piwa. Całość dobrze zgrana, nie zdradzająca swej mocy. Nawet po ogrzaniu ciężko wyczuć procenty.

Smak? Wielkie WOW. Dopiero tu wychodzi całą potęga szkockiej wędzonki. Pod względem woltażu mamy tu nieco rozcieńczone whisky, nadal jednak przeokrutnie torfowe. Wszelkie szpitalne nuty bandaży i lizolu agresywnie atakują kubki smakowe, lecz szybko ustępują miejsca bogatym niuansom słodowym (lekko miodowym), suszonym owocom oraz tlącej się ściółce leśnej. Efektu rozgrzania przełyku nie uświadczyłem.

Fajny efekt daje też samo opakowanie, a dokładnie wypukła etykieta, można rzec 3D. Czy polecam Ship Wreck? Oczywiście że tak, lecz z jednym zastrzeżeniem – nawet po niego nie sięgajcie jeśli nie jesteście fanami wędzonek, a w szczególności torfu i tego co ze sobą niesie. Jeśli jednak te klimaty są Wam bliskie to koniecznie zapolujcie na butelkę, ta bowiem zaoferuje Wam ponad godzinną ucztę trunkiem, który z powodzeniem może konkurować z dobrymi szkockimi czy innymi Tequilami.  

niedziela, 29 stycznia 2017

Brewski – Mangofeber DIPA

Podwójne India Pale Ale z tytułowym mango. Za chmielenie odpowiada Amarillo i Mosaic.

8%ABV Cena: 18zł (330ml)

Jasnożółte, mętność niemalże klasycznego pszeniczniaka, mocno wpisująca się w coraz bardziej modny trend Vermont/Juicy IPA. Sporo także nieodfiltrowanych farfocli. Piana bieluteńka, drobna, tak niezbyt trwała jak i nie bardzo lepka.

W aromacie mamy potężną dawkę owocowości. Poza wspomnianym mango znalazły się tu jeszcze cytrusy (niezbyt dojrzała pomarańcz) oraz tropiki (ananas). Jednym słowem po prostu multiwitamina. Nie brak także świeżego granulatu chmielowego. Alkoholu nie uświadczyłem.

Intensywność smaku jest równie zadowalająca. Sporą goryczkę doskonale kontruje owocowe body. Całość wręcz robi wrażenie koktajlu na bazie grejpfrutów, mango, moreli i ananasów. Procenty znów zdradliwie zakamuflowane, ujawniające się jedynie lekkim szumem w głowie po błyskawicznym spożyciu.

Przy podsumowaniu dodać muszę jeszcze słowo na temat genialnego opakowania. Świetna butelka, eta, a nawet kapsel – przypominając „tymbarko-tarczynowy” soczek przykuwa uwagę na półce niesamowicie. W połączeniu ze świetną zawartością otrzymujemy pozycję której aż żal nie zakupić. 

sobota, 28 stycznia 2017

Tempest – Double Shuck

Owsiany Imperial Stout chmielony jedynie odmianą Waimea z dodatkiem 200 ostryg z wyspy Lindisfarne oraz wędzonych papryczek.

11%ABV Cena: 20zł (330ml)

Barwa iście stoutowa, w przewężeniu szkła porterowe, brązowe refleksy. Z początku obfita piana dość szybko się redukuje. Towarzyszy jednak dzielnie w postaci milimetrowej warstewki oraz beżowego, lepkiego lacingu do ostatnich łyków degustacji.

Pierwszoplanowo w aromacie czarna kawa, paloność oraz miód (też się nim lekko zdziwiłem). Papryki nie wyczułem, zaś ostrygowość występuje dopiero po mocniejszym ogrzaniu, klasycznie jako „morskość”. Wraz z ogrzaniem ujawnia się także niedopalona fajkowa latakia (if you know what i mean…).

W smaku już słoności piwu odmówić nie sposób, jest jednak odpowiednia – subtelna i nie przesadzona, choć wnosząca delikatną śliskość. Wszelkie skojarzenia ze smakiem morskiego kamyka jak najbardziej na miejscu. Pikantność pojawia się dopiero w posmaku – nadal jednak dla mnie jest zbyt delikatną, łatwo ją wziąć za ostrość alkoholu którego tu właściwie brak (brawo!).

Ciężkie piwo do opisania. Posiada sporo charakterystycznych nut bardzo rzadko spotykanych w piwie. Całość jednak zaskakująco łączy się ze sobą tworząc RIS nie do pomylenia z żadnym innym, a przy tym nadal pijalny. Mówiąc w skrócie: za dwie dychy będziecie zadowoleni. 

wtorek, 24 stycznia 2017

Oskar Blues – Ten FIDY

Konkretny Imperial Stout, szczycący się świetnymi notami (100/98 RateBeer, world-class Beeradvocate).

10,5% 98IBU Cena: 28zł (355ml)

Chyba nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że piwo jest po prostu kompletnie czarne. Powiem więcej – nalewa się wręcz niczym smoła. Barwa ta daje znać o sobie także w pianie – jest ona przepięknie brązową. O jej trwałości ciężko już wypowiadać się w samych superlatywach, jednak dzięki gęstemu lacingowi nie jest tak tragicznie.

W aromacie mamy istną klasykę gatunku. Czarna, lekko kwaskowa niczym w przydrożnym barze kawa została sparowana z gorzkim kakao, ogniskowym popiołem oraz pumperniklem. Całości dopełnia szczypta przypraw w postaci wanilii, lukrecji oraz goździka.

Nie gorzej wypada smak. Deserowość kontruje utrafiona w punkt paloność. Pomimo tak wysokiej pełni piwo nie jest nazbyt słodkim czy mulącym. Idealnie bazę kontruje tu alkohol – delikatny, szlachetny, dopełniający całości w sposób nie do zastąpienia niczym innym. Także jedwabiście miękkie wysycenie idealnie wpasowuje się w ramy stylu.

Dawno już nie piłem tak wybitnej klasyki. W piwie gra dosłownie wszystko. Od wszelakich nut aromatyczno-smakowych po odczucie pełni i wysycenie. Jak widać piwo nie musi być naładowane najróżniejszymi dodatkami aby wywrzeć spore wrażenie. W takim wydaniu mogę pić RISy codziennie, nie nudząc się ich degustacją ani na moment. 

sobota, 21 stycznia 2017

Mikkeller – Vesterbro Spontanale

Czysty, nieblendowany lambik, butelkowany po 14 miesiącach fermentacji. Zajmuje wysoką pozycję w swym stylu na RateBeer (TOP50 #16).

5,5%ABV Cena: 26zł (330ml)

Piwo ma ciemnozłotą, jasno miedzianą, lub jak kto woli pomarańczową barwę oraz solidną opalizację niczym Weizen na WB-06. Piana jak to zazwyczaj w tymże stylu bywa jest wręcz rachityczna. Pocieszeniem pozostają mizerne plamki lacingu.

Czas więc przejść do tego czym Vesterbro pochwalić się może a nawet powinno czyli aromat. Dzikość w postaci skóry i zatęchłej piwnicy daje mocno po nozdrzach. Nie brak także solidnej octowości. Można jednak doszukać się bardziej subtelnych nutek typu kwaskowe landrynki, kandyzowany cukier, kwiatowość, czy też suche, przykurzone drewno.

W smaku już na szczęście jest znacznie łagodniej. Nadal jednak mam pod dostatkiem rustykalnych smaczków słomy, ziemi, tanin i ziół. Wszystko to jednak zostało fajnie skontrowane słodowo-kwaskową bazą. Octowość prześwietnie delikatna – zaakcentowana, lecz nie gryząca (a uwierzcie jestem na nią wyczulony). Całości dopełnia także genialnie dopasowane wysycenie.

Jeden z najlepiej zbalansowanych smakowo dzikusów jakie piłem. Każda składowa idealnie zgrywa się z pozostałymi, nic nadmiernie nie dominuje. Dokładnie to czego bym oczekiwał po stylu. Ponury Duńczyk kolejny raz udowadnia, że poza dziwnymi, mocno odjechanymi piwami potrafi wypuścić naprawdę niezłą klasykę. Chapeau bas, Panie Bjergsø. 

piątek, 20 stycznia 2017

Bell’s – Expedition Stout

Imperialny Stout warzony jedynie od października do marca, TOP50 (#13 RateBeer).

10,5%ABV Cena: 25zł (330ml)

Klasyczna, elegancka czerń to wyznacznik idealnej barwy w RISie. Równie przyjemnie prezentuje się piana – pomimo sporego woltażu zachowała swą formę przez dłuższy czas, zaś w postaci brązowego krążka towarzyszyła mi aż do ostatnich łyków degustacji.

Przy pierwszych niuchnięciach aromat przypominał mi dobrze wyleżakowany Porter. Ogromna dawka suszonych fig, daktyli oraz kandyzowanych wiśni wręcz przyprawiała o zawrót głowy. W miarę ogrzewania zwiększył się udział klasyki w postaci mlecznej czekolady i ogniskowej popiołowości. Całość delikatnie skropiona szlachetnym alkoholem.

Prawdziwa potęga tego piwa drzemie jednak w smaku. Kakao, dymne śliwki, praliny, likier czekoladowy… sam nie wiem co jeszcze. Całość jednak odrobinę nazbyt agresywna, nie do końca zgrana ze sobą, chropowata i nieułożona (choć osobiście czasem lubię te klimaty). Niezbyt oleiste body akceptuję – w obecnym tu wydaniu prezentuje się w zupełności wystarczająco.

Podsumowanie nastręcza pewnych problemów. Piwo jest jeszcze nie ułożone, zbyt alkoholowe. Cała baza jednak już w tym momencie mocno skręca w stronę Imperial Posteru. Kolejne miesiące w piwniczce, redukowanie odczuwalnego woltażu oraz co za tym idzie postępujące utlenienie jedynie pogłębią ten stan rzeczy. W tej sytuacji jeśli lubisz jak i ja charakterne, lekko przegięte RISy będziesz zadowolony. Jeśli jednak jesteś fanem uładzonych mocarzy, to poleżakuj godząc się na zatracenie profilu Stoutu. Tak czy inaczej widziałbym je gdzieś w drugiej połowie, jak nie końcu stawki TOP50.

środa, 18 stycznia 2017

Hanssens – Oude Schaerbeekse Kriek

Kriek z dodatkiem kwaśnych wiśni z belgijskiego rejonu Schaerbeek. TOP50 Lambic Style – Fruit według RateBeer (#24).

6%ABV Cena: 33zł (375ml)

Tradycyjnie już rozpocznę od wyglądu piwa. A mianowicie mamy tu trunek o ciemnoczerwonej, niemalże rubinowej barwie i solidnej opalizacji. Nalewa się stosunkowo gęsto, przypominając przy tym niestężałą galaretkę. Powstała różowa piana opada dosłownie w ciągu minuty niestety nie pozostawiając po sobie żadnych sensownych śladów.

Aromat oczywiście wiśniowy. W najmniejszym stopniu nie przypomina jednak dość sztucznych Lindemansów, jest czysty, kwaśny i wyraźnie pestkowy. Nie brak także dzikości w postaci mocnych nut skóry. Wraz z ogrzaniem ujawniają się także migdały.

W smaku poza oczekiwaną, rześką owocowością mamy także solidną winność, by wręcz nie rzec octowość rodem ze starych Flandersów. Końska derka obecna, zdecydowanie jednak drugoplanowa. Całość mocno kwasowa, ściągająca (suche drewno) i orzeźwiająca, lecz na pewno nie pozbawiona odrobinę agresywnej charakterności.

Dodatek wiśni z pewnością musiał być solidny bowiem piwo pachnie i smakuje niemalże jak świeżo wyciśnięty sok z tychże owoców. Dodatek starszego Lambika tuż przed rozlewem jedynie podbił nuty dzikie i octowe. Choć jestem wielkim fanem tak chropowatych piw to myślę, że spożycie kilku wywołałoby niezłą zgagę. Jednak pomimo tego, iż Kriek nie należy do mych ulubionych stylów tenże wypiłem z nieskrywaną przyjemnością.  

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Nøgne Ø – Imperial Stout (Whisky barrel edition)

Leżakowana wersja klasycznego RIS’a.

22°blg 12,5%ABV 75IBU Cena: 27zł (330ml)

Już przy nalewaniu piwo jawi się czarnym niczym lepka smoła. Barwę tylko potwierdza piana – jest po prostu niesamowicie ciemnobrązowa. Niestety o jej trwałości ciężko powiedzieć coś pozytywnego, gdyż w przeciągu minuty ulotniła się z głośnym sykiem.

Moc mająca tak destruktywny wpływ na pienistość przejawia się także w aromacie. Gorzka czekolada, pieczone jabłko oraz masa kandyzowanych wiśni zostały sowicie skropione szlachetnym alkoholem. Całości dopełniają delikatne, lecz iście piekielne nuty ogniskowego dymu, węgla drzewnego oraz nadtopionej izolacji elektrycznej.

Smak wita wytrawną waniliną porządnie obsypaną węglem drzewnym. Dopiero po chwili ujawnia się słodka czekolada, pumpernikiel, leśne owoce i mokre drewno. Całość jednak ciężka nazwać łagodną – whiskowa dymność, przyprawowość i ogólna charakterność może co poniektórym dawać się we znaki.

Jedno z fajniej ukazujących charakter beczki po Whisky piw jakie miałem okazję pić. Ok, może jest lekko chropowate, słabo zbalansowane i ogólnie nazbyt alkoholowe, lecz zawarta w nim ziemistość i ognisko fanom tego typu niuansów bardzo przypadną do gustu. Swoją drogą jedno z niewielu Barrel Aged które rzeczywiście warto leżakować dłuższy czas. 

sobota, 14 stycznia 2017

Magic Rock – Common Grounds

Porter warzony z dodatkiem wanilii, ziaren kakao oraz 7 różnych kaw z palarni Dark Woods. Zostały one dodane na 3 różnych etapach produkcji piwa.

5,4%ABV Cena: 14zł (330ml)

Barwą piwo bardziej przypomina lekkie Stouty, niż klasyczne portery. Jedynie przy krawędzi szkła dostrzec można ciemnobrązowe przebłyski. Jasnobeżowa piana nie oszałamia swą objętością oraz trwałością. Pozostawia jednak miłe dla oka, gęste ślady na ściankach szklanki.

W aromacie oczywiście niepodzielnie panuje kawa. Jest jednak zaskakująco złożona. Oprócz dość klasycznych nut jak orzechy włoskie, odrobina tytoniu oraz czekolady, znalazło się miejsce dla przypraw takich jak wanilia i goździk oraz subtelnej owocowości w postaci czarnej porzeczki.

Smak jedynie potęguje te doznania. Pozorna deserowość pochodząca od słodkiego kakao została idealnie skontrastowana odrobinę paloną wytrawnością. Żadna ze składowych nie przyćmiewa nazbyt pozostałych – po prostu balans, balans i jeszcze raz balans.

Prześwietny, lekki porter, który dzięki swej kawowej mocy z powodzeniem może zastąpić poranną „małą czarną”. Niski ekstrakt w najmniejszym stopniu nie uczynił piwa wodnistym, za to sprawił, że Common Grounds o 8:00 rano nie zaprowadzi nas powtórnie do łóżka. Świetne piwo w śmiesznej cenie. 

czwartek, 12 stycznia 2017

Stone – Xocoveza

Cóż to za piwo? Podpowiedzią będzie rozwinięcie nazwy – A Winter-Spiced Mocha Stout. Konkretnie zaś użyto następujących dodatków: laktozy, kakao, kawy, papryczek (Pasilla), cynamonu, wanilii oraz gałki muszkatołowej. Za chmielenie odpowiadają angielskie klasyki: Challenger i EKG. Po raz pierwszy zostało ono uwarzone w 2014 roku na postawie zwycięskiej receptury piwowara domowego Chrisa Bankera. Testowana przeze mnie puszka powstała już w "satelitarnym" browarze berlińskim.

8,1%ABV 50IBU Cena: 12,50zł (330ml)

Wybrałem szkło w którym niełatwo obiektywnie ocenić barwę – powiem więc jedynie, że barwą nie odbiega od większości klasycznych Stoutów. Dość szybo redukująca się piana nadrabia przepiękną, orzechową barwą oraz gęstymi koronkami na ściankach szklanki.

Aromat w pełni uzasadnia umieszczone na opakowaniu „for the Holidays & the New Year”. Jako pierwsza ujawnia się mleczna słodycz. W ślad za nią postępują wanilina oraz kokos. Cynamon oraz gałka w wyraźny sposób ujawniają się dopiero wraz z ogrzaniem piwa, zaś sama kawa właściwie do samego końca pozostaje nadzwyczaj nikłą.

Dodatku papryczek doszukałem się dopiero w smaku. Wniósł delikatną ostrość, która w połączeniu z pikantnością cynamonu nie męczy kubków smakowych, lecz dodatkowo podkreśla świąteczny charakter. Ogółem jednak nie ma co się rozwodzić nad poszczególnymi składowymi – całość smakuje jak niezły piernik w płynie, a to chyba najtrafniejsza definicja Christmas Stout.

Stone „cieszył” w czasach jego słabej dostępności na polskim rynku. Obecnie ichniejsze standardy zalegające na sklepowych półkach niczym specjalnym nie zaskakują (wręcz odwrotnie). Tym niemniej co jakiś czas z Berlina dotrze jakaś „świeżynka”, która potrafi wywołać uśmiech na mej twarzy. Xocoveza właśnie do takich się zalicza.

wtorek, 10 stycznia 2017

Alvinne Wild West Barrel Aged Grappa i Kriek Framboos

Alvinne – Wild West Grape Edition
 
6%ABV Cena: 23zł (330ml)

Sour/Wild Ale fermentowane szczepem Morpheus (typowym dla tegoż belgijskiego browaru), fermentowane z winogronami odmiany Primitivo (Puglia), następnie zaś leżakowane w beczkach po czerwonym winie z Bordeaux.

Owoce prawdopodobnie wniosły nieco koloru, piwo prezentuje się bowiem niczym ciemnopomarańczowy Saison o jednorodnej opalizacji. Na dnie butelki sporo osadu niewiadomego pochodzenia. Piana zwiewna, z sykiem opadająca do cienkiego krążka - zapozowała właściwie tylko do zdjęcia.

Aromat bez dwóch zdań wyraźnie dziki. Sporo skóry, suchego drewna i ogólnej rustykalności. Przeciwwagę stanowi natomiast słodka owocowość kojarząca się nie tylko z winogronami, lecz także żurawiną i poziomką. Całość bardzo rześka, nie zdradzająca swej mocy.

Nie mniej pozytywnie przywitał mnie smak. Krótka, nie mająca nic wspólnego z octową kwaśność, odrobinę landrynkowa słodycz przychodząca po niej oraz definitywnie beczkowy, odrobinę taniczny finisz, nadal jednak odpowiednio dziki. Całość zwieńczona lekko podwyższonym, drobniuteńkim wysyceniem.

Bardzo udane piwo. Po dodatku owoców spodziewałem się nieco więcej – w odniesieniu do testowanych przeze mnie pozycji z dodatkiem winogron tu było ich nadzwyczaj niewiele. Finalnie piwu wyszło to jednak zdecydowanie na plus, gdyż otrzymujemy niemalże klasycznie czystego dzikusa z odrobiną winnego charakteru, który w najmniejszym stopniu nie dominuje świetnej bazy.


Alvinne – Wild West Kriek Framboos
 
6%ABV Cena: 23zł (330ml)

Także spontaniczna fermentacja oraz leżakowanie w beczkach po czerwonym winie, tym razem jednak zamiast winogron użyto wiśni oraz malin w ilości po 10kg/hl.

Tu barwa już przypomina ciemny kompot rabarbarowy. Nic w tym dziwnego – maliny, a w szczególności wiśnie oddają chyba najwięcej spośród wszelakich owoców. Piana jakby minimalnie lepsza, nadal jednak redukująca się do mizernej obrączki. Lacing nikły.

Zmiana owocu znacząco wpłynęła także na zapach. Poza prześwietną dzikością w piwie dominuje mieszanka wiśni i malin przypominająca mi kisiel, lub też owocowe galaretki. Ogół aromatów jest jednak zdecydowanie mniej słodki, lecz raczej kwaskowy, minimalnie octowy.

Ta kwaśność ujawnia się także w smaku w postaci świeżo wyciśniętego z wiśni soku. Brak tu słodowej kontry, jest znacznie wytrawniej. Skórzane rzemienie wychodzą dopiero w posmaku. Całość już nie sprawia wrażenia tak ułożonej, jest lekko chropowata i z czasem raczej się to już nie poprawi.

Również fajne piwo. Mam jednak pewną uwagę, a mianowicie tak duży dodatek owocu zbliżył je zdecydowanie w stronę Krieka. Wiśnie przykryły tak maliny, jak i sporo bazowej dzikości. Wild Ale z lekkim dodatkiem owoców wypadłby według mnie ciekawiej. Jeśli jednak lubicie belgijskie „smakówki” to z pewnością przypadnie Wam do gustu. 

niedziela, 8 stycznia 2017

Amager & HaandBryggeriet – The Unbelievable Norwegian Alligator

RateBeer klasyfikuje to piwo jako Saison. Bliżej stanu faktycznego jest jednak sam browar opisując je jako wersję Imperial India tegoż stylu gdyż do chmielenia użyto typowo amerykańskich odmian – Columbus, Chinook, Cascade.

7,5%ABV Cena: 16,50zł (500ml)

Ciemnopomarańczową barwo piwo rzeczywiście przypomina swych belgijskich odpowiedników. W toni dostrzec można jednak sporo drobinek, najprawdopodobniej pochodzenia chmielowego. Bujna piana niestety okazałą się być nader nietrwałą. Po kilku minutach pozostawiła masę lepkich pajęczynek na ściankach, sama zaś zredukowała się do mizernego krążka.

Nie brak jednak wszelakich nut aromatycznych do których przyzwyczaiły mnie wszelakie Saisony. Przyprawowość, lekka ziemistość i rustykalna zbożowość. Chmielenie zaskoczyło mnie swą delikatnością – przejawia się głównie w postaci subtelnej cytryny.

W smaku mamy właściwie kontynuację. Brzoskwiniowa owocowość, szczypta pieprzu oraz kojarząca się z żytem ziemistość. Całość dobrze spasowana i nadzwyczaj lekka. Nielekki woltaż ujawnia się dopiero po chwili, solidnie rozgrzewając przełyk.

Pewnie większość z Was wie, że nie gustuję w mocnych Saisonach. Zdecydowanie bliższe memu sercu są pozycje ekstremalnie lekkie, bardziej uzasadnione w historycznego punktu widzenia oraz swej funkcji czyli napoju gaszącego pragnienie przy pracy. Kooperacyjny Aligator jednak pomimo swej zdradliwej mocy nadal w odbiorze jest relatywnie rześki, a to chyba najlepsza możliwa rekomendacja. 

sobota, 7 stycznia 2017

Piwne Podziemie – Kosiarz Umysłów

Russian Imperial Stout z dodatkiem ziaren kakaowca, wanilii oraz papryczek Ancho.

25°blg 10%ABV Cena: 20zł (500ml)

Niemalże smoliście czarna barwa oraz ciemnobeżowa, orzechowa piana to wręcz pożądana prezencja dobrego Imperial Stoutu. Co się zaś tyczy tej drugiej – swą trwałością nie powala, po kilku minutach redukuje się do milimetrowej kołderki pozostawiając po sobie nikłe ślady na ściankach szklanki.

Nieco lepiej prezentuje się aromat. Znalazło się w nim oczywiście miejsce dla kawy (espresso), deserowej czekolady oraz odrobiny ogniskowego popiołu, lecz swą obecność zaznaczają także papryczki. Rzut oka na parametry mówi nam, że odfermentowanie nie było głębokie, stąd też świetne ukrycie alkoholu było stosunkowo łatwym do osiągnięcia.

Pierwsze 2 łyki zaskoczyły mnie gładkością i lekkością piwa. Miałem wrażenie jakbym pił coś bliższego wersjom Foreign Extra niż Imperial. Piwo jest naładowane potężną dawką mlecznej czekolady. Prześwietnie zaznaczona jest także ostrość – nie trzeba jej się doszukiwać, lecz i nie narzuca się nam nazbyt (to oczywiście kwestia bardzo subiektywna). Jeśli coś zawodzi, to jest to dodatek wanilii – balansuje gdzieś na poziomie autosugestii.

Nasłuchałem się o Kosiarzu właściwie samych „ochów” i „achów”, stąd też może nieco zbyt wygórowane oczekiwania. Choć piwo jest naprawdę dobrym to w kategorii samego RIS’a myślę, że nie postawiłbym go na podium polskiej sceny rzemieślniczej. Za to jeśli rozpatrzyć je w kontekście ostrych papryczek to przyznam z całą odpowiedzialnością – Piwne Podziemie warzycie na poziomie absolutnie TOPowym. Brawo, czapki z głów!

piątek, 6 stycznia 2017

Naparbier – Avant-Garde Series Belgian Golden Strong Ale (Edición 2016)

Nadzwyczaj mocarne nawet jak na ramy stylu Belgian Golden Strond Ale. Chmielenie jednak całkiem nowofalowe – użyto Amarillo, Chinook i Simcoe.

11%ABV 70IBU Cena: 24zł (330ml)

Wyglądem piwo w sumie nie reprezentuje niczego nadzwyczajnego – ot klasyczna, pomarańczowa barwa o wyraźnym zamgleniu oraz niemalże śnieżnobiała piana charakteryzująca się średnią, lecz przyzwoitą trwałością. Na plus spora ilość niemalże koniakowskich koronek.

Aromat nie pozostawia złudzeń, że w szkle mamy rasowego „belga”. Sporo gruszek i brzoskwiń, nie brak także kwiatów czy fenolowych przypraw (dominuje ziele angielskie). Amerykańskie chwasty wniosły jednak wyraźną nutę cytrusów w postaci słodkiej, przejrzałej wręcz pomarańczy. Najbardziej zaskakuje jednak alkohol – oczywiście nie grzałem zbytnio BGSA, lecz doszukać się procentów łatwo nie było.

Równie kompleksowo wypada smak. Poza absolutną klasyką tegoż stylu powracają cytrusy – tym razem jednak ze zdwojoną mocą, przypominając kwaskowe mandarynki. Lepiej zaznaczony woltaż powoli rozgrzewa, lecz pomimo tego do końca degustacji pozostaje przyjemnym.

Picie typowej „belgii” było dla mnie wstępem do picia piw craftowych, od tego zaczynałem w okolicach 2006 roku. Miałem też krótki okres fascynacji warzeniem tychże stylów. Obecnie w napływie wszelakich leżaków, srajp i dziwnych dodatków łapię się na tym, że klasykę niejednokrotnie nazywam nudą i niechętnie po nią sięgam. Nowy Avant solidnie mi przypomniał, iż z pozoru niezbyt ciekawy styl możne niejednokrotnie zaskoczyć, a wariacje na jego temat potrafią ujmować swą subtelnością i balansem. Naparbier kolejny raz stanął na wysokości zadania.

środa, 4 stycznia 2017

To Øl – Sur Yule

Sour Pale Ale zakwaszane w kotle (sour mashing), opisywane przez browar jako piwo zimowe. Dodatkiem grającym tu główną rolę są wiśnie, jedynym zaś użytym chmielem Vic Secret.

5,3%ABV Cena: 16zł (330ml)

Miłym akcentem wyróżniającym to piwo spośród masy kwachów jest naprawdę świetna piana – drobna, zbita, trwała, osiadająca na ściankach całymi kłaczkami. Także pochodzący od wiśni kolor jasnego kisielu o jednorodnym, całkowitym zmętnieniu prezentuje się całkiem ciekawie.

Aromat to zestawienie odrobinę mlecznej kwaśności z nutami kisielu. Wraz z ogrzaniem do głosu dochodzi delikatne chmielenie (słodkie tropiki) oraz subtelna mineralność niewiadomego pochodzenia. Całość jednak pozostaje rześką i lekką.

Smak nieco przypomina mi polski Kwas Gamma. Brak tu jednak gęstej faktury i pozornej słodyczy. Jest rześko i niesamowicie wytrawnie. Kwasowość typowo brettowa, pojawia się także właściwie nierozłączna z nimi skóra. Wiśnie nadzwyczaj delikatne, lecz pomimo tego wyraźnie pestkowe (migdały).

Fajna odskocznia od typowych piw świątecznych, nazwą jednak odrobinę naciągana w ich stronę. W tym wypadku nie mam jednak serca obniżać oceny z tego powodu. Sur Yule jest naprawdę pozycją przeciekawą i wartą uwagi. Nie zwracajcie uwagi na noty (RB 85/42), moim zdaniem spokojnie powinny oscylować w okolicy 90 punktów, lub lepiej. 

wtorek, 3 stycznia 2017

BrewDog – Hinterland

Imperialny, owsiany Milk Stout z dodatkiem wanilii i ziaren kakaowca.

9%ABV Cena: 27zł (330ml)

Wyglądem niczego specjalnego piwo nie prezentuje – ot klasyczna, niemalże czarna barwa oraz beżowa, niezbyt trwała, acz pozostawiająca sporo śladów na ściankach szklanki piana.

Aromat zdecydowanie słodki, pralinowy odrobinę kwaśny od słodów palonych. Wanilia właściwie niewyczuwalny, całkiem wyraźne za to procenty. Przetrzymanie w piwniczce blisko rok jak widać piwu zbytnio w tym aspekcie nie pomogło.

Agresja pojawia się także w smaku. Całość smakuje mniej więcej jak gorzkie czekoladki z nadzieniem alkoholowym. Wanilina pochodząca z dodatku, nie zaś wprost z beczki jak zwykle jest dużo delikatniejsza i mniej ciekawa. Największym minusem jest chyba jednak bardzo lekkie body – od Milk Stoutu o takiej mocy wymagam zdecydowanie więcej.

Hinterland okazał się po prostu średniakiem. Brak balansu i szorstkość niejednego Imperialnego Stoutu o dużo wyższym woltażu ciężko nie zaliczyć jako wady. Intensywność dodatków również pozostawia wiele do życzenia. Jeśli macie go w piwnicy pomyślcie czy otwierać, czy też potrzymać kolejny rok, dwa. 

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Kooperacyjne IPA's – Amager z Cellarmaker i Fonta Flora

Amager & Cellarmaker – The Dank Dane

6,5%ABV Cena: 16,50zł (500ml)

India Pale Ale z dodatkiem pszenicy oraz żyta, chmielone Citra, Simcoe i Columbus.

Całkiem niezłą klarowność oraz stosunkowo ciemna barwa bliższa miedzi, niż typowemu złotu kojarzy mi się ze starą szkołą warzenia IPA. Śnieżnobiała piana pomimo zredukowania się do 2mm w ciągu kilku minut zachowała świetną lepkość osadzając się na ściankach szkła całymi krążkami.

Aromat to połączenie słodowości z oczywistym chmieleniem. W słodowej bazie udało się uchwycić charakter żyta (ziemistość), chmiel zaś dominuje głównie w postaci słodkich tropików oraz lepkich żywic (pędy sosny). Całość minimalnie utleniona, nadal jednak lekka i przyjemna.

W smaku pozornie nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Ot odrobinę metaliczna, lecz miła goryczka, sporo cytrusów i nutek leśnych. Dopiero po chwili ujawnia się potężna kokosowość o którą nie podejrzewałbym nawet Sorachi Ace (którego tu przecież brak). Wysycenie oraz wszelakie woltaże na bardzo poprawnym poziomie.

Całkiem przyzwoite, lecz nie powalające IPA, które właściwie powinno wylądować w ogromnej stercie średniaków. Spośród nich wyróżnia je jednak pewna nietypowość, której nie byłbym w stanie nie zaliczyć piwu na plus. W tej sytuacji nie pozostaje więc nic innego jak zachęcić Was do spróbowania. 


Amager & Fonta Flora – The Lady of Cofitachequi

7%ABV Cena: 16,50zł (500ml)

Znowuż IPA, tym razem poza Citrą i Simcoe użyto kolejnego klasyka czyli Amarillo.

Tu barwa prezentuje się już zdecydowanie jaśniej. Podobną jednak pozostała klarowność (minimalna opalizacja) oraz całkiem poprawna we wszystkich aspektach pienistość.

Aromat zdecydowanie bardziej nastawiony na cytrusy (limonka, cytryna). Pojawia się jednak znienawidzona przeze mnie zbożowość. W hybrydzie Saison IPA wypadłoby zdecydowanie lepiej.

Smak przyjemnie zaskakuje wytrawnością. Przypomina mi to dawno pite Wookie IPA. Całkiem zadowalająco prezentuje się też goryczka – wyraźnie kojarzy mi się z grejpfrutowym albedo, nie zalegając przy tym nazbyt długo na podniebieniu. Całą reszta po prostu poprawna.

Po notach rzędu 96/96 spodziewałem się chyba nieco więcej. Otrzymałem lekkie i rześkie, lecz niczego nie urywające IPA. W cenie do „2 dyszek” może i warto, jeśli jednak chcecie konkretnej chmielowej petardy to szukajcie dalej, bowiem w tej butelce Amagera jej nie odnajdziecie. 

niedziela, 1 stycznia 2017

Bosteels – Deus Brut des Flandres

Kultowe już Belgian Strong Ale zaliczane do jednego z młodszych, czyli jakby nie było nowofalowych piwnych stylów  Bière de Champagne.

Skąd szampańskie w nazwie stylu? Piwo fermentowane jest bowiem „metodą szampańską” (remuage). Uprzednio warzone jest jako tradycyjne Strong Ale, następnie zaś przechodzi fermentację specjalnym szczepem drożdży szampańskich. Następnym etapem jest odbycie podróży w okolice Épernay (Szampania). Tu piwo leżakuje w specjalnych stojakach, których zadaniem jest zebranie osadu drożdżowego w szyjce butelki. Następnie ta zostaje zmrożona, a scalony w ten sposób osad usunięty (dégorgement). Jego miejsce zastępuje świeże piwo odpowiadające za refermentację i późniejsze nagazowanie. Trunek finalny różni się więc od prawdziwego szampana jedynie surowcem bazowym, zaś cała metoda produkcji pozostaje niezmienną. Dobra czas zatem na degustację.

11,5%ABV Cena: 82zł (750ml)

W szkle piwo prezentuje się nadzwyczaj okazale – idealnie złota barwa o mikroskopijnej opalizacji, mnóstwo drobnych bąbelków żwawo wędrujących ku górze, w efekcie tworzących niespotykanie przy tym woltażu drobną, zbitą i trwałą pianę, która właściwie wygląda niczym ubite na jednolitą masę białka jaj.

Aromat także nie zdradza ukrytych w piwie procentów. Niesie ze sobą ogromną dawkę słodkiej kwiatowości, owoców takich jak gruszki, jabłka (papierówki) oraz białych, bardzo dojrzałych winogron. Wraz z ogrzewaniem ujawnia się też subtelny banan.

Nie mniejszą pełnie doznań oferuje smak. Typowo belgijska brzoskwinia, jabłko oraz surowe ciasto sprawiają, że całość przypomina mi coś w rodzaju szarlotki. Tu ujawnia się także ukryta do tej pory potęga piwa – efekt rozgrzania przełyku obecny, lecz dzięki subtelnym nutom przypraw (goździk!) nie męczący, a wręcz idealnie wkomponowany, dodający piwu kolejnego wymiaru. Pomimo podwyższonego wysycenia całość jest niesamowicie miękka w odbiorze.

Zdecydowanie najlepsze belgijskie Strong Ale jakie miałem okazję pić. Zapewniam Was, że tym razem wpływu na odbiór nie miała legenda wokół piwa, czy też jego cena. Deus po prostu jest świetny. Taka złożoność wszelakich nut oraz niebywała przy tym poziomie alkoholu pijalność to wyznacznik absolutnie najlepszych piw. Jako piwosz nie wyobrażam już sobie powrotu do ordynarnych win musowanych o północy. Warto skusić się na butelkę Bière de Champagne i przywitać nowy rok z klasą.

Instagram