wtorek, 28 marca 2017

Raduga – 2028 Space Odyssey

Ot po prostu solidny (woltażowo) RIS.

28°blg 12,5%ABV Cena: 12zł (330ml)

W niewielkim snifterze piwo jawi się jako nieprzejrzyście czarne niczym błyszcząca kula wykonana z onyksu. Nie gorzej wypada piana – pomimo zredukowania się w ciągu 2 minut, jej milimetrowa warstewka, a później beżowy krążek utrzymują się niemalże do ostatnich łyków.

Aromat przywitał mnie klasyką w postaci sporej ilości kakao, gorzkiej czekolady, pralin oraz czarnej kawy. Na drugim planie sporo czerwonych owoców z których najbardziej wybija się sowicie skropiona alkoholem wiśnia wprowadzająca tu nuty lekko utlenionego Cherry.

Zaskakująco fajnie prezentuje się także kwestia smaku. Przytłaczająca i wydawać by się mogło muląca przy tym ekstrakcie baza została na szczęście idealnie skontrowana – z jednaj strony wyraźną palonością, z drugiej zaś rozgrzewającymi procentami. Na w posmaku wychodzi chmiel nieco kojarzący mi się z młodymi orzechami włoskimi. Piwo punktuje także gładką, miękką fakturą, którą po części zawdzięcza idealnie niskiemu wysyceniu.

Cieszy mnie, że polscy rzemieślnicy odchodzą już od powszechnych swego czasu „baby” RISów, zapuszczając się na słabo zbadane do tej pory tereny prawdziwie gęstych i mocarnych interpretacji stylu. Czasem może i wychodzi to jeszcze nieco zbyt agresywnie (choć ja bardzo lubię te przyjemnie alkoholowe wypusty), lecz ogólny kierunek zmian jest zdecydowanie pozytywny. No cóż, Space Odyssey przypomniał mi odrobinę Blacka sprzed kilku lat. Myślę, że to dobra rekomendacja. 

piątek, 24 marca 2017

Struise – St. Amatus – Oostvleteren 12

Jest to Abt/Quadrupel leżakowane w beczkach po Woodford Reserve, czyli amerykańskim Bourobnie z Kentucky (Labrot & Graham ). TOP50 w swoim stylu według RateBeer.

11%ABV Cena: 20zł (330ml)

Przepięknie klarowna, ciemno miedziana, niemalże wpadająca w brąz barwa robi nie lada wrażenie. Piana jak to w porządnym „belgu” obfita, lecz niestety zupełnie nietrwała – po 30 sekundach z sykiem redukuje się do krążka cieńszego niż łepek szpilki.

Dużo ciekawsze doznania przychodzą wraz z aromatem. Pierwsze skrzypce gra tu genialna baza, a mianowicie suszone owoce w postaci rodzynek, fig, żurawiny i śliwki (nie wędzonej, lecz kwaśnej). Nie brak także wkładu beczki w postaci wyraźnej, acz nie nazbyt słodkiej waniliny. Wraz z ogrzaniem ujawnia się ziemistość oraz subtelne, likierowe procenty.

W smaku mamy połączenie quadowej mocy z mokrym drewnem. Masa owocowego suszu, wytrawnego karmelu, mokrego drewna, ziemi oraz miodu powala. Piwo jest niesamowicie bogate, pełne niuansów ujawniających się wraz z czasem, zmianą temperatury i natlenieniem. Co zaś się tyczy woltażu – jest lekko zaznaczony, a przy tym idealnie zgrany z potężnym body.

Struise słynie ze swych mocarzy (Pannepot, Cuvee Delphine czy Tsjeeses), więc me oczekiwania wobec Amatusa były spore. To jednak co zastałem w szkle przerosło je znacząco. Zdecydowanie najlepszy Struise oraz Quadrupel jaki miałem okazję pić – wybaczcie Westvleteren i Bernardus (Buby jeszcze przede mną). Aż chyba nabędę kolejne egzemplarze, niekoniecznie na leżak.

czwartek, 23 marca 2017

Mikkeller – Milk Stout

Nazwa nie pozostawia żadnych złudzeń – mamy do czynienia z mlecznym stoutem (w składzie są także płatki owsiane). TOP50 w swoim stylu według RateBeer.

6%ABV Cena: 16zł (330ml)

Piwo nalewa się po prostu czarne – brak tu kompletnej smoły, nie ma także brunatnych przejaśnień rodem z Coca Coli. Beżowa piana może nie powala swą obfitością, lecz zdecydowanie nadrabia nieziemsko gęstym lacingiem oraz trwałością jakiej nie powstydziłby się rasowy Weizen.

W aromacie mamy absolutną klasykę w postaci mlecznej, słodkiej czekolady, szczypty kwaskowego popiołu oraz subtelniejszych nutek jak na przykład kokos czy świeżo mielona kawa. Oczywiście nawet po ogrzaniu nie ma mowy o jakichkolwiek procentach.

Smak poza oczywistą dawką mleczności i słodyczy oferuje krótką kontrę palonego słodu oraz o dziwo przyjemną kwasowość tego samego pochodzenia. Dzięki temu połączeniu całość nie jest nazbyt muląca, co pomimo lekkiego woltażu często zdarza się w tego typu piwach. Odczucie w ustach mogłoby być jednak nieco pełniejsze.

Bardzo poprawny przedstawiciel stylu, można wręcz powiedzieć, że wyznacznik. Aż dziw bierze, że Mikkel nie zapakował go jeszcze w drewno. A byłaby to doskonała alternatywa dla ciężkich RISów Barrel Aged (vide Dry Stout Sauternes). Polecam szczególnie przy nauce stylów. 

środa, 22 marca 2017

Laugar & De Molen – Wet & Wild

Mushroom Imperial Stout czyli RIS z dodatkiem borowików oraz trufli.

10,2%ABV Cena: 21zł (330ml)

Piwo prezentuje się całkiem nieźle – barwa jest niemalże całkowicie czarna (jedynie przy krawędzi szkła dostrzec można nikłe, brunatne refleksy), piana zaś pomimo zredukowania się w ciągu kilku minut tworzy beżowy krążek towarzyszący do samego końca niespiesznej degustacji.

Równie fajnie wypada aromat. Pomimo picia w temperaturze pokojowej alkohol nie daje się we znaki, nie brak także solidnej podbudowy kawowo-czekoladowej. W tle czai się odrobina węgla drzewnego oraz mineralna ziemistość której pochodzenia doszukiwałbym się właśnie w nietypowych dodatkach.

Smak wita słodyczą i nadzwyczaj pełnym odczuciem w ustach. Jest wręcz nieco „ślisko” (doświadczyłem tego już pijąc grzybowe piwa). Pojawiają się też lekko morskie nuty znane mi z Oyster Stoutów. Poza tym właściwie standard – czekolada, odrobina kawy, szczypta paloności i kwaśnego pumpernikla. Pod koniec zdecydowanie wytrawniejsze.

Jakąś powalającą petardą Wet & Wild z pewnością nie jest. Ot solidny, acz przeciętny poziom który osiąga już sporo polskich RISów. Jego atutem są jednak fajnie wkomponowane dodatki które czynią zeń dość nietypowego reprezentanta stylu. Za 2 dyszki myślę, że było warto nabyć butelczynę. 

Tempest – Mexicake

Imperial Stout z następującymi dodatkami: cynamon, wanilia, kakao, papryczki Mulato i Chipotle.

11%ABV Cena: 18zł (330ml)

Czerni piwu odmówić nie można, pijałem jednak bardziej smoliste egzemplarze o podobnym woltażu. Jasnobrązowa piana szybko redukuje się do milimetrowej warstewki – biorąc jednak pod uwagę powyższą moc piwa jestem w stanie jej to wybaczyć.

Pierwszoplanowym zapachem zdecydowanie jest cynamon. Kojarzy mi się ze świątecznymi pierniczkami (lekkie nawiązanie co tytułowego „cake”). W tle gorzkawe kakao i bardzo wytrawna wanilia. Gdzieś pałęta się także kwaskowy kokos. Chili jak i procentów właściwie nie uświadczyłem.

W smaku mamy już wszystko. Znowuż dominuje cynamon, tym razem jednak w połączeniu z ostrością papryczek wypada nader szczypiąco. Nuty czekoladowego ciasta w połączeniu z dodatkami dały efekt piwa nad wyraz świątecznego. Niestety poszczególne składowe niezbyt ze sobą współgrają, są zbyt chropowate i nieuładzone.

Lekki zawód. Dodatki teoretycznie pasujące do siebie nie zgrały się, lecz dały bardzo nieharmonijny efekt. Pomimo braku ewidentnego alkoholu piwo jest dość ostre i nieułożone. Może po roku czy dwóch leżakowania odbiór byłby zupełnie oni. Obecnie jednak to pozycja raczej tylko dla wielbicieli wszelakich wyraźnie przyprawowych Christmas Ale.

wtorek, 21 marca 2017

Bell’s – Kalamazoo Stout

#4 wśród najlepszych Stoutów według RateBeer.

6%ABV Cena: 17zł (330ml)

Barwa bliska czerni czyli absolutna klasyka. Bujna, beżowa piana szybko się redukuje. Na osłodę na ściankach szklanki pozostawia po sobie całą sieć lepkich pajęczynek.

Piwo pachnie niczym rozpuszczona mleczna czekolada. Paloność niemalże się spod niej nie przebija (pomijając kwasowość tegoż pochodzenia). W tle odrobina gorzkiego kakao, oraz miodowego piernika.

Smak kontynuuje słodką pełnię – niejeden Milk Stout zawierający laktozę jest bardziej wytrawny od Kalamazoo. Sama kremowość i gładka faktura jest jednak przyjemna. Doszukałem się także nieco kawy i kokosa. Świetnie prezentuje się wysycenie – absolutnie minimalistyczne.

Piwo niesamowicie pijalne, znikające ze szkła w oka mgnieniu, idealne wręcz zamiast porannej kawy. Brak mi tu jednak oczekiwanego balansu – szczypta popiołu, palonych słodów, ziemistości czy też dymu uczyniłaby je wielowymiarowym, nie tak jednostronnym. Jednak mimo to pozycja godna polecenia. 

sobota, 4 marca 2017

Boon – Oude Geuze VAT 109

#13 wśród najlepszych Gueuze według RateBeer (TOP50, beczka 109 Cognac).

8,25%ABV Cena: 45zł (375ml)

Wyglądem piwo nie wyróżnia się spośród innych przedstawicieli stylu – ot ciemnozłota, można rzec, że wręcz pomarańczowa barwa o solidnej opalizacji której towarzyszy całkiem bujna, lecz z sykiem redukująca się do nikłego krążka piana.

W aromacie… no cóż, dzikość, dzikość i jeszcze raz dzikość. Nuty skóry, pleśni, zatęchłej ziemianki. Do tego masa zboża – coś jakbym właśnie robił śrutowanie na ściernisku. W tle kandyzowany cukier, melasa, suche drewno oraz owocowość (dojrzałe gruszki i jabłka).

Równie dobrze wypada smak. Tu jednak udział drewna zrobił znacznie więcej – lekkie taniny i utlenienie (miód wielokwiatowy). Beczka oczywiście nie tłumi genialnej bazy, której złożoność robi spore wrażenie. Dominuje kwiatowa owocowość (agrest, gruszka) oraz mocno kwasowe, lecz w żadnym wypadku nie octowe bretty. Nie brak także szczypty ziołowej chmielowości. Całość przecudnie wysycona, a przy tym okrutnie pijalna (toż to nie odbiega od równie rześkich, mających 5% dzikusów).

Szczerze przyznaję, że piwo przerosło moje całkiem nie niskie oczekiwania. Złożoność oraz poziom wszelkich nut aromatyczno-smakowych stoi na najwyższym poziomie. Nawet stosunkowo wysoki woltaż (którego nieco się obawiałem) nie zaznaczył tu w najmniejszym stopniu swej obecności. Jeśli ktoś się jeszcze waha nad zakupem to powiem prościej: VAT 109 to dla mnie dzikus doskonały. 

środa, 1 marca 2017

BrewDog – Tokyo*

Piwo jest określane mianem Intergalactic Stout. Co się pod nim kryje? Ano mocarny RIS warzony z dodatkiem jaśminu i żurawiny, leżakowany z opiekanymi płatkami francuskiego dębu.

16,5%ABV 90IBU Cena: 57zł (330ml)

Jak na tę moc piwo wizualnie szału nie robi – brak tu smolistej czerni oraz oleistej faktury. Jest wręcz porterowo. Jak też łatwo się domyślić nie ma mowy o pianie, gdyż to co się pojawia, a następnie znika w przeciągu kilku sekund nazwać nią nie sposób.

Pierwsze nuty aromatu to suszone owoce w postaci rodzynek, fig i wspomnianej w składzie, lekko kwaskowej żurawiny. Na drugim planie usadowiła się paloność kojarząca się wprost z tytoniem (nie koniecznie szlachetnym). Finisz obsadziła czekolada, kakao oraz niemała dawka pralin. Wraz z ogrzaniem do tej nieźle zgranej gamy zapachów dołączyło mokre drewno, leśna ściółka oraz kandyzowana wiśnia.

Smak od początku nie próbuje nas oszukiwać pod względem ilości alkoholu. Smakuje właściwie jak czekoladowy deser sowicie skropiony o dziwo przyjemnymi procentami. Większość używek opiera się na pewnego rodzaju masochizmie i obecny to efekt mocnego rozgrzania przełyku potrafi zaskakująco sprawiać przyjemność. Ilość kakao pozostawia na języku świetną suchość, którą kontruje mix karmelu, pumpernikla i syropu klonowego. Całość jednak zaskakująco niepełna, względem niejednego Imperial Stoutu wręcz wodnista.

Na wstępie przyznaję się, że startowałem za bardzo chłodnego jak na styl i woltaż poziomu (okolice 10°C), lecz zrobiłem to z premedytacją zakładając długą degustację. Strategia ta okazała się całkiem dobrą gdyż dopicie sniftera zajęło mi ponad godzinę, zaś samo piwo pod wpływem powolnego ogrzewania i natlenienia otworzyło się nie gorzej niż dobre wino. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się fajerwerków, lecz raczej alkoholowego okrutnika. Piwo natomiast poza samym wyglądem i teksturą przywitało mnie wszystkim co najlepsze. Zdejmując je ze sklepowej półki weźcie jednak pod uwagę, że ja chyba po prostu lubię od czasu do czasu sięgnąć po takiego charakternego, na pozór nieułożonego mocarza. 

Instagram