środa, 26 kwietnia 2017

HaandBryggeriet – Raspberry Export Stout Oak Barrel Aged

Foreign Extra Stout leżakowany w dębowych beczkach z dodatkiem malin.

7,6%ABV Cena: 19zł (330ml)

Barwa zbliżona do porterowej – zamiast pełnej czerni mamy tu raczej Pepsi z rubinowymi przebłyskami przy krawędzi szklanki. Beżowa piana po kilku minutach redukuje się do milimetrowej warstewki, jednocześnie pozostawiając na ściankach drobne koronki.

Aromat bezsprzecznie zdominowany przez intensywny charakter owoców. Maliny są świeże, kwaskowe, w żadnym wypadku nie sztuczne. Nuty gorzkiej czekolady na dalszym planie, podobnie zresztą też jak i czarnej kawy. Beczkę oraz alkohol bardzo ciężko było mi uświadczyć.

Nieco lepiej ma się sprawa samego smaku. Poza oczywistą owocową kwasowością znalazło się miejsce dla pumpernikla, ziemistości i popiołowej paloności. Całość zdecydowanie wytrawna, lecz dzięki temu okrutnie pijalna (niskie wysycenie oraz znikoma odczuwalność procentów także miały tu udział).

W kategorii Barrel Aged niestety jest bieda. Poza mizernymi taninami i ziemistością nie jestem w stanie doszukać się tu beczki. Jednak jako ciemna owocówka piwo jest świetne. Mała butelczyna ulotniła się z mego szkła mniej więcej w trzy minuty. Przypuszczam, że dużej nie zajęłoby to więcej czasu. Tak czy inaczej pozycja fajna jako odskocznia od wszelakich belgijskich Framboise. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

AleSmith, Anderson Valley i Prairie – szybki przegląd IPA from USA

AleSmith – IPA
India Pale Ale plasujące się na pozycji nr 7 w swoim stylu według RateBeer.

7,25%ABV Cena: 24zł (330ml)

Swoją barwą piwo przypomina mi nieco oldschoolowe podejście do stylu, coś w deseń rodzimego Ataku – ciemnopomarańczowa, niemalże miedziana barwa o jedynie delikatnym zmętnieniu. Biała, obfita piana towarzyszyła mi przez całą degustację, pozwalała na łatwe wznowienie oraz osadzała się gęstymi pajęczynkami na ściankach szkła
Aromat niesamowicie trawiasty i żywiczny. Cytrusy nieco bardziej stonowane, przede wszystkim bardzo dojrzałe i słodkie (głównie pomarańcze). W tle subtelna podbudowa słodowa (biszkopty) oraz minimalne utlenienie.
W smaku zdecydowany prym wiodą lepkie sosnowe pędy. Mdłe cytrusy na dalszym planie. Goryczka zbyt niska, niedostatecznie kontrująca nazbyt karmelowe body. Całość jednak poprawnie wysycona i zaskakująco pijalna jak na swój woltaż.
W mym egzemplarzu legenda nieco przerosła samą siebie. Oczywiście w dużym stopniu to niestety zasługa transportu i braku świeżości. Jest to jednak zdecydowanie klasyczna interpretacja IPA, stąd też na próżno szukać porażającej kubki smakowej goryczki, czy aromatów rodem z fiolek CBS. Jako codzienne piwo lub zachęta dla laików jest to pozycja w 100% godna polecenia.


Anderson Valley – Heelch O' Hops
Imperial IPA chmielone Columbus, Chinook i Cascade.

8,7%ABV 100IBU Cena: 16zł (355ml)

Nienaganna prezencja – kolor ciemnego, starego złota, idealna, niemalże krystaliczna klarowność oraz śnieżnobiała, bujna i nadzwyczaj trwała piana. Mówiąc w skrócie – dość nietypowo jak na podwójną wersję stylu.
Pod względem intensywności równie dobrze ma się kwestia aromatu. Słodkie owoce tropikalne (mango) oraz delikatne cytrusy (cytrynowy zest) zostały zestawione z konkretną ziołowością oraz wyraźną, acz nie psującą całości odbioru miodowością (utlenienie). Alkohol nawet po ogrzaniu delikatny, nieco przyprawowy.
Smak zaskakuje swą cytrusową kwasowością. Pomimo iż mocarna goryczka została skutecznie stłumiona słodowym ciałem, całość jest zdecydowanie wytrawna. W tle nikłe procenty oraz trochę pozostająca ziołowo-metaliczna chmielowość.
Poprawne, acz niczego nie urywające DIPA. Brak mu świeżości i lekkości. Nuty odchmielowe są ciężkie i mulące, co w połączeniu z utlenieniem dało dość niepijalny efekt. Przyznać jednak trzeba, że pod względem woltażu, jego prezencji i odczuwalności Heelch O’ Hops pozostawia ponad 90% polskich IPA daleko w tyle. Spróbować warto, powracać doń już zdecydowanie mniej. 


Prairie – Phantasmagoria
Double India Pale Ale w stylu West Coast.

8%ABV Cena: 28zł (355ml)

Prezencja – pomarańczowa, niemalże miedziana barwa oraz mocne zamglenie. Piana śnieżnobiała, drobna, utrzymująca się długo w postaci grubego krążka, bardzo lepka.
Piwo pachnie niczym świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. W tle słodkie grejpfruty i sosnowa żywiczność (zapowiadana przez sam browar). Po ogrzaniu nieco landrynkowe, w żadnym wypadku jednak nie alkoholowe.
W smaku również pierwszy plan zdominowały cytrusy. Goryczka nieco powyżej średniej, krótka, grejpfrutowa. Kontra słodowa delikatna, brak mdłych wtrąceń karmelowych. Przy szybszej konsumpcji efekt rozgrzania przełyku niestety obecny.
Bardzo dobre podwójne IPA. Przede wszystkim niesamowicie pijalne (porównywalnie do Pliny czy Heady). Gdyby udało się ograniczyć jeszcze odczucie woltażu byłoby wręcz idealnie. Prairie będę jednak cenił bardziej za kwachy i RISy, niż chmielową rewolucję.

piątek, 7 kwietnia 2017

Tempest – The Old Fashioned

American Strong Ale (a właściwie Double IPA) z dodatkiem żyta, pomarańczy I imbiru, leżakowane w beczkach po Bourbonie (Kentucky, Heaven Hill).

9,5%ABV Cena: 45zł (660ml)

Wyglądem piwo przypomina mi klasyczne wersje Barleywine – ciemno miedziana, delikatnie opalizująca barwa, piana w kolorze écru utrzymująca się w postaci krążka przez całą degustację.

Aromat zdecydowanie beczkowy – słodka wanilina oraz mokre drewno. Najciekawsze podąża jednak w tyle. Masa czerwonych, kwaśnych owoców leśnych, kandyzowany cukier oraz przebogata ziemistość kojarząca się z wiosenną ściółką tuż po deszczu.

Staromodności nie sposób odmówić także smakowi. Tu też otrzymujemy pełną paletę słodkawo-kwaśnych czerwonych owoców (żurawina zdecydowanie pierwszoplanowa). Nie brak wytrawnego, gorzkawego karmelu, lekko miodowej słodyczy – prawdopodobnie pochodzącej od utlenienia, drzewnych tanin i suchego tytoniu. Finisz wytrawny, kojarzący się z surowym ciastem (kruszonka) i tłustą wanilią.

Po prostu niebywale wręcz niecodzienne piwo. Rzadko spotykany przykład, że DIPA czy mocno chmielone Strong Ale można ze sporym powodzeniem przeleżakować w beczce. Złożoność i nietypowość nut aromatyczno-smakowych wręcz powala. W 100% wpisuje się w mój gust Barrel Aged – z pozoru nie pasujące do beczki piwa lekkie i mocno chmielone lub sztandarowe mocarze lane nie w klasyczny Bourbon, lecz wszelakie wino. Bez dwóch zdań – najlepszy Tempest jaki miałem okazje pić, oraz najlepszy przedstawiciel Barrel Aged IPA/Strong Ale z jakim miałem styczność.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Nómada – Imperial Coco Stout

Russian Imperial Stout z dodatkiem kokosa oraz aromatów.

25°blg 10,5%ABV 50IBU Cena: 15zł (330ml)

Barwą piwo nie odstępuje od klasycznych ram stylu – może nie jest to kompletna smoła, czerni odmówić mu jednak nie sposób. Piana w ciągu kilku minut redukuje się z bardzo obfitej do kilkumilimetrowego krążka. Pozostawia po sobie sporo beżowych koronek.

W aromacie zdecydowany prym wiedzie tytułowy kokos. Nie do końca jednak przypomina mi ten znany głównie z beczek po koniaku, jest zdecydowanie bardziej kwaskowy i wytrawny. Na dalszym planie czai się sporo mlecznej czekolady, wafli orzechowych oraz szczypta waniliny. Nijak odnaleźć tu nie mogłem zadeklarowanych procentów.

Smak zdecydowanie kontynuuje przygodę z płynnym Bounty. Słodkie kakao oraz gęste toffi zostały delikatnie skontrowane subtelną, krótką palonością oraz kwaskowością ciemnych słodów. Także tu brak jakiegokolwiek alkoholu, co w połączeniu z niskim, miękkim wysyceniem daje nadzwyczaj kremowy, słodki efekt (na szczęście nie jest on nieprzyjemnie mulącym).

Pozycja zdecydowanie deserowa, skierowana do wielbicieli wszelakiej „słodyczki”. Chociaż osobiście bardziej gustuję w pozycjach agresywniejszych, nie mógłbym nie docenić świetnego odwzorowania kokosa oraz relatywnie wysokiej jak na tę pełnię pijalności. Na temat podbijania aromatów się nie wypowiem – ten temat już był wałkowany setki razy. Warto jednak pod rozwagę wziąć także cenę, gdyż w tej kategorii hiszpański Coco Stout jest prawdziwym sztosem.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Naparbier – Potemkin

Imperial Stout. Drugie najlepsze piwo Hiszpanii (coś jakbym pił naszą Bube JD :P)

12%ABV Cena: 21zł (330ml)

Barwa piwa nie pozostawia najmniejszych wątpliwości – mamy do czynienia z czarnym, niemalże smolistym RISem. Rownie miłym widokiem jest ciemnobeżowa, niemal brązowa piana, która nie poddaje się łatwo niszczycielskiej sile procentów, lecz w formie ładnego krążka oraz drobnego, lepkiego lacingu towarzyszy właściwie aż do końca degustacji.

Akcenty suszonych owoców zepchnięte na dalszy plan – Potemkin pachnie głównie gorzką czekoladą, pralinami i czarną kawą. Na drugim planie nietypowa wędzoność – z jednej strony przywodzi mi na myśl słodkie akcenty torfowych whisky, z drugiej zaś tlące się liście. Natomiast finisz tej ciekawej mieszanki okazuje się być po prostu swojską kiełbą. W tle majaczy nikła wiśnia. Nawet po ogrzaniu brak tu jednak drażniących nut alkoholowych, obecny woltaż zgrabnie dopełnia całości.

Zdecydowanie agresywniej prezentuje się smak. Tutaj już woltaż daje znać o sobie – w mym subiektywnym odczuciu nadal jednak nie jest nazbyt nachalny czy szorstki. Spora natomiast wydaje się goryczka. Poza akcentami naprawdę gorzkiego kakao i kawy, nie brak mocno popiołowej paloności. Znów także czuję wędliniarską nutę, o której nie usłyszałem ani słowa z innych recenzji. Finisz gładki i pełny, acz wyraźnie kontrowany pumperniklową kwasowością.

Bardzo niecodzienny RIS. Na pewno mocny i odpowiednio gęsty. Brak tu jednak mlecznej czekolady i towarzyszącej jej deserowości. Są za to nuty dymu, okopconego mięsa i nadpalonego drewna. Alkohol wpasowany wręcz perfekcyjnie. Zdecydowanie nie jest to wyznacznik Imperial Stoutu – raczej godna polecenia alternatywa dla typowej, niejednokrotnie nieco już opatrzonej klasyki. 

sobota, 1 kwietnia 2017

Olimp – Tanatos

Whisky Imperial Stout.

27°blg 10%ABV Cena: 17zł (300ml)

Barwa trunku nie zawodzi – do smoły jest naprawdę blisko. Prawdziwy szał wizualny tkwi jednak w pianie. Jest drobniuteńka niczym na azotowym Guinnessie, a trwała jak w najlepszych Weizenach. Ja wiem – piana w RISie to temat najmniej istotny, lecz zrobić coś takiego jest prawdziwą sztuką.

Koniec rozważań – niucham więc. Znów jest nieźle. Przede wszystkim masa typowo whiskowej wędzonki. Podkłady, kable, odrobina szpitalnego korytarza. To jednak nie wszystko. Udało się bowiem przemycić nieco bazy – słodka, mleczna czekolada oraz cappuccino jak najbardziej wyczuwalne.

Nieco obawiałem się smaku – jedyne 10% z takiegoż ekstraktu zwiastuje solidną słodycz. Tym bardziej, że torfowe słody zazwyczaj same z siebie już wnoszą pewną dozę słodyczy (słodyczki? :P). Balans jednak udało się osiągnąć idealny – głównie za sprawą lekkiego odparowania na podniebieniu alkoholu oraz nut nadpalonego drewna. W tle lekkie wtrącenia wanilii i marcepanu.

Piwo zdecydowanie bezkompromisowe i zaskakujące. Wstrzymywałem się dłuższą chwilę z przystąpieniem do jego degustacji – jak widać niesłusznie. Wędzony charakter nadaje tonu, lecz wynikająca z ciała całą reszta nie została całkowicie przytłoczona. Czekam teraz na wersję beczkową (oczywiście w mocno torfowej Whisky). 

Instagram