piątek, 21 lipca 2017

Piwne Podziemie

Jakiś czas temu odwiedziłem Piwne Podziemie mieszczące się w Rożdżałowie (okolice Chełma). Działający od 2014 roku browar ma na swoim koncie już setkę piw, z których na blogu pojawił się jedynie świetnie notowany Kosiarz Umysłów. Postanowiłem zatem nadrobić zaległości i przetestować kilka kolejnych pozycji.

Kiwi and Lime Gose

10,5°blg 4,2%ABV

Jasnożółta, niemalże słomkowa jak przystało na styl i opalizująca barwa. Równie typowo prezentuje się piana – z cydrowym sykiem redukuje się w ciągu parunastu sekund.
Lactobacilluy wyraźnie zdominowały aromat. Na drugim planie usadowiła się konkretna mineralność. Owoce obecne w bardzo subtelny sposób. Całość lekka, rześka, pobudzająca pracę ślinianek.
W smaku solidna, acz przyjemnie krótka, mocno cytrynowa kwaśność. Limonki i kiwi nie przytłaczają, lecz wręcz idealnie podkręcają efekt orzeźwienia. Aftertaste słonawy, lekko śliski.
Oczywiście nie jest to piwo degustacyjne, lecz mające za zadanie maksymalnie gasić pragnienie w upalne dni. Warto jednak zwrócić uwagę na balans pomiędzy poszczególnymi składowymi – jest wręcz idealny. W efekcie piwo znika ze szkła dosłownie w kilka minut.

Sezon Ogórkowy

12,5°blg 5,9%ABV

Kolor ciemnożółty, całość wyraźnie i jednorodnie zmętniona niczym nowofalowe New England czy inny Weizen. Piana drobniutka, średnio trwała i niezbyt lepka.
W aromacie sporo zielonego ogórka, lecz nie brak także wyraźnej kontry słodowej w postaci biszkoptów. Wraz z ogrzaniem do głosu dochodzi także subtelna przyprawowość.
Już pierwszy łyk przywodzi mi na myśl mizerię. No może brakuje jej nieco soli, lecz cała reszta zgadza się idealnie. Zaskakuje także spora jak na ekstrakt początkowy i stopień odfermentowania pełnia. Jedynie żal użytej skórki cytrynowej – nie doszukałem się jej w najmniejszym stopniu.
Zdecydowanie jedno z bardziej pokręconych i niecodziennych piw na polskim rynku. To chyba pozycja z kategorii „albo się kocha, albo nienawidzi”. Mi przypadło do gustu.

Coffeelicious

18,5°blg 6,5%ABV

Piwo ciemnobrunatne, bardzo bliskie nieprzejrzystej czerni. Jasnobeżowa piana opada powoli, zostawiając po sobie na ściankach szkła mnóstwo lepkich koronek.
Aromat przywitał mnie niemałą porcją czarnej, klasycznie orzechowej kawy. W tle wyraźna mleczność zmiksowana z gorzkim kakao. Po ogrzaniu dołączyły nuty jasnego tytoniu, brak natomiast jakichkolwiek nieprzyjemnie dających się we znaki procentów.
Smak – solidna pełnia, lecz nie przesadzona słodycz, ogromna dawka młodych, gorzkawych orzechów włoskich, kawa w postaci typowego americano. Odpowiednio niskie i miękkie wysycenie wieńczy dzieło.
Choć osobiście gustuję w zdecydowanie słodszych wersjach Milk Stoutów, to nie mógłbym nie docenić ponownie świetnego balansu. Dodatki umiejętnie ze sobą współgrają na równym stopniu intensywności. Nie bez powodu jest to chyba już najbardziej kultowa pozycja od Piwnego Podziemia.

Lord Cardigan

23°blg 9,2%ABV

Trunek niemalże całkowicie czarny (jedynie przy dnie widoczne brunatne refleksy). Piana nadzwyczaj obfita i genialnie trwała – po kwadransie nadal utrzymywała się półcentymetrowa warstewka.
Nozdrza atakuje niemałą dawka paloności w postaci popiołu oraz mocno opiekanego drewna. W tle ciemne owoce, karmel i deserowa czekolada. Fajnie zamaskowany alkohol – w ciemno dałbym piwu pewnie nie więcej niż jakieś 16°blg.
W smaku znacznie więcej słodyczy niż zapowiadał aromat. Sporo kandyzowanej wiśni, kwaskowego pumpernikla oraz już odrobinę utlenionej Cherry. Całość doprawiona szczyptą ogniskowego popiołu, dość charakterna i bezkompromisowa. Pomimo tego piwo okazuje się być nadzwyczaj pijalnym.
Łukasz wspominał, że piwo powstało na bazie receptury z XIX wieku, jest zatem poniekąd odwzorowaniem historycznych protoplastów dzisiejszych Imperial Stoutów. Wyraźna wytrawność, wyłącznie angielskie chmiele (Target, EKG) i mocna paloność to zdecydowanie atuty Lorda Cardigana, odróżniające go od obecnych, zazwyczaj bardzo słodkich i degustacyjnych interpretacji stylu.


piątek, 14 lipca 2017

Jak będzie w beczce... cz. III

Olimp – Hades Gone Wild Red Wine BA

25°blg 12,2%ABV 70IBU Cena: 40zł

Wersja 2017
Wizualnie jednolita, całkowita czerń oraz beżowa, niska piana. Biorąc pod uwagę dzikość oraz moc tegoż piwa jej kompletna nietrwałość zupełnie nie dziwi.
Aromat zachwyca swą intensywnością. Na pierwszym planie usadowiła się dzikość oraz mokra, nieco taniczna, lecz pomimo tego wyraźnie wanilinowa beczka. W tle sporo wiśni, mlecznego kakao oraz szczypta ostrości. Alkohol jednak nie drażni nawet po ogrzaniu.
W smaku ciekawe połączenie czarnej kawy, kwaśnej żurawiny, młodego wina oraz wilgotnej piwnicy. Papryczkowa pikantność bardzo subtelna, odpowiednio wyważona. Aftertaste nieco ziemisty, drzewny, przyjemnie rozgrzewający.
Świetne powtórka wybitnego dzikiego Hadesa. Tym razem Bretty mocniej dały znać o sobie, lecz zdecydowanie nie wpłynęło to negatywnie na efekt finalny. Dodam tylko, że tak na świeżo, jak i po dłuższym leżakowaniu HGW nie traci na swej jakości, wręcz przeciwnie.

Pracownia Piwa – LAB 4 Red Wine BA

25°blg 11,5%ABV Cena: 25zł (330ml)

Kompletny brak piany spowodowany zerowym wysyceniem – rozumiem, że po leżakowaniu piwo po prostu nie było już wysycane CO2. Barwa fajna, ciemno pomarańczowa, miedziana, zdradzająca solidny ballig.
Pachnie głównie beczką – o dziwo w najmniej spodziewany sposób czyli słodką waniliną. Nie jest ona jednak całkowicie dominująca. Nie brak bowiem słodkich, likierowych wręcz wiśni, odrobiny kwaskowej żurawiny, fig czy nadzwyczaj kwiatowej miodowości. Całość umiejętnie doprawiona mokrym drewnem bez choćby cienia jakichkolwiek nut alkoholowych (wow!).
Pełnia i moc uwidacznia się dopiero w smaku. Nadal jednak ciężko doszukać się tu procentów. Jest słodko, wyklejająco i deserowo. Nieco kłóci się to z typowymi założeniami stylu jako piwa bądź co bądź wytrawnego. Leżakowanie jednak przyjemnie kontruje ulepkowatość bazy delikatnymi taninami oraz szlachetną ziemistością.
Wysoki ekstrakt początkowy i wynikające z niego procenty zmuszają do potraktowania LAB 4 jako wariacji na temat stylu. Beczka po czerwonym winie Merlot (fuck, jeden z najmniej lubianych przeze mnie szczepów) nadzwyczaj ciekawie zagrała dając dość rzadko spotykane efekty.

Pracownia Piwa – LAB 6 White Wine BA

25°blg 11,5%ABV Cena: 25zł (330ml)

Wizualnie kwestia podobna jak w przypadku poprzednika.
Aromat jednak zdecydowanie bardziej owocowy – doszło nieco winogron, liczi oraz białego agrestu. Całość nadal słodka, trochę kwiatowa, miodowa, bez alkoholu.
W smaku jest inaczej – głównie za sprawą ciekawej kwasowości. Agrestowe skojarzenia ponownie jak najbardziej wskazane. Piwo jest oczywiście słodkie i wyklejające, lecz pomimo tego zadziwiająco rześkie i pijalne - wiem, pijalność brzmi tu niemal kuriozalnie.
Jeszcze ciekawsze wcielenie, tym razem spod znaku Muscatu (węgierskie wino deserowe). Podbita owocowość oraz chyba jeszcze lepsze (czy to w ogóle możliwe?) ukrycie alkoholu bardzo na plus. Choć wszystko właściwie dzieje się w obrębie niuansów to jednak efekt końcowy na prawdę „robi robotę”.

Pinta – Imperator Bałtycki Sherry Oloroso BA

24,7°blg 9,1%ABV Cena: 22zł (330ml)

Barwa nieco RISowa, nadal jednak wpisująca się w ramy stylu. Piana nad wyraz obfita i trwała jak na tę moc, pięknie oblepiająca szkło drobniutkimi, bezowymi koronkami.
Piwo niesamowicie pachnie beczką. Wniosła sporo owocowości spod znaku żurawiny i kandyzowanej wiśni, nie brakuje także mokrego drewna. Baza nadal dość wyraźnie palona, chmielowa i czekoladowa. Leżakowanie dobrze wpłynęło na ułożenie procentów.
Smak jak to w wersji podstawowej – charakterny i wytrawny. Udało się go jednak fajnie skontrować beczkową waniliną w słodkim wydaniu. Solidne nachmielenie zeszło na alszy plan ustępując miejsca deserowej czekoladzie. Delikatne rozgrzanie przełyku dopiero pod koniec degustacji.
Nigdy nie byłem fanem Imperatora – właściwie za każdym razem mnie zawodził. Tym razem udało się nadać mu dodatkowej głębi. Nieoczywisty porter leżakowany w nieoczywistej beczce okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Birbant – RIS Blended BA

24,5°blg 10,5%ABV 50IBU Cena: 12zł (330ml)

Do wyglądu ciężko się przyczepić – czarne to i nieprzejrzyste, piana obecna, lecz szybko redukująca się o mizernego krążka, lacing marny – do wybaczenia.
W aromacie połączenie mlecznej czekolady z deserowymi, wyraźnie alkoholowymi pralinkami. Sporo mokrego drewna, waniliny oraz wiśniówki. Chociaż balans może mógłby być lepszy, lecz już na samą złożoność wszelakich nut ciężko narzekać.
Smak oferuje całkiem sporo, choć nie obędzie się bez negatywów. Świetne gorzkie, pozostawiające suchość na języku kakao, sporo lekko tanicznego drewna, wanilia, ciemne owoce. Wszystko to niestety przykryte gryzącym, mocno rozgrzewającym alkoholem i pozostającą goryczką.
Nie piłem pierwszej wersji. W tej pomimo całkiem fajnego wpływu beczek po Rumie, Whisky i Bourbonie chyba zawiodła sama baza. Całość jest ciekawa, lecz z pijalnością przypominającą piwa cięższe o dobre 10°blg. Zrażać się jednak nie wolno – może 3 lub 4 wersja wyjdzie idealnie czego sobie, Wam oraz Birbantom szczerze życzę.

Golem – Dybuk Bourbon Barrel Aged

16°blg 6,5%ABV Cena: 19zł (330ml)

Piwo o ciemnobrunatnej, porterowej i niemalże nieprzejrzystej barwie. Zaskakująco sycząca, wysoka piana cechuje się średnią trwałością – redukuje się do grubego krążka w kilka minut, przy czym ładnie krążkuje.
Aromat zdecydowanie owocowy – mnóstwo kwaśnej śliwki oraz kandyzowanej wiśni. Sporo także ciemnego kakao oraz orzechów włoskich. Sama beczka nadzwyczaj delikatna, trochę ziemista, lekko kokosowa. Może leżakowana wcześniej Lilitr odebrała drewnu wszelkie jego atuty?
W smaku spora kwaskowość i mocne utlenienie. Trochę razi także lekkie przegazowanie które w połączeniu z nadzwyczaj niską jak na ekstrakt pełnią daje efekt bliski wodnistości. Ciężko mi także doszukać się klasycznej beczki po Burbonie – waniliny jak na lekarstwo, do tego trochę tanin.
Niestety wersja leżakowana mnie rozczarowała – jak na piwo szczycące się notami 97/99 jest dość kiepsko. Może zaszkodziło mu leżakowanie (data przydatności kończy się za dwa tygodnie), lecz tego typu trunek zdecydowanie lepiej powinien znosić upływ czasu.

niedziela, 9 lipca 2017

Pipeworks – Mango Guppy i Lizard King

Mango Guppy

Session IPA warzone z dodatkiem mango oraz miodu, chmielone Citrą.
 
4,6%ABV Cena: 23zł

Barwa ciemnego, starego złota, a właściwie już niemalże jasnej miedzi. Lekkie zmętnienie – prawdopodobnie tak od owocowej pulpy jak i chmielenia na zimno. Bieluteńka, wysoka i gruboziarnista piana utrzymuje się kilka minut po czym redukuje do kilkumilimetrowej warstewki, pozostawiając po sobie zgrabny lacing.

W aromacie poza klasycznymi cytrusami ciężko doszukać się mango czy też miodu. Sporo natomiast nut grejpfruta, cytryny i słodkiej pomarańczy. W tle minimalna zbożowość oraz biszkopty.

Smak przywitał mnie bardzo dobrą, średnio mocną goryczką oraz zaskakującą wręcz kwaskowością o niesamowicie owocowym charakterze. Kontra słodowa minimalna – zdecydowanie ustępuje dominującej w piwie Citrze. Lekkości dodaje także całkiem spore wysycenie.

Bardzo dobre, w pełni zasługujące na swoje miejsce w TOP50 Session IPA. Trochę smuci nikły wpływ dodatków – miód prawdopodobnie całkowicie przefermentował czyniąc piwo jeszcze bardziej wytrawnym, zaś mango… no cóż, chyba było całkowicie niedojrzałe. Pomimo tego piwo jest rewelacyjne, o czym poniekąd świadczy to, że wypiłem je dosłownie w kilka minut.

Lizard King

American Pale Ale chmielone Amarillo oraz Mosaic.
 
6%ABV Cena: 23zł

Kolor nieco jaśniejszy od poprzednika, ot mocna, słonecznikowa żółć o podobnym stopniu zmętnienia. Nieco gorzej wypada pienistość – dość szybko opada, lecz na pocieszenie pozostawia równie gęstą sieć bieluteńkich koronek.

Aromat niesamowicie chmielowy, znacznie jednak mniej cytrusowy. Oczywiście pojawia się nieco limonki i mandarynki, główny jednak trzon stanowią białe owoce – winogrona, agrest i liczi. Brak jakichkolwiek nut zbożowych czy też choćby cienia alkoholu.

W smaku zdecydowanie bardziej krągłe od Mango Guppy. Trochę zestu, młodego wina oraz słodkich tropików. Bardzo bogata jak na tak lekki styl pełnia przyjemnie kontruje owocową goryczkę tworząc balans na poziomie niezwykle rzadko spotykanym. W efekcie jest rześko i niebywale soczyście. 

Druga pozycja nie dość, że nie ustępuje poprzednikowi, to wręcz stoi o klasę wyżej. Nie mniej zasługuje na wysokie miejsce w rankingach, rzekłbym wręcz, że to chyba jeden z najlepszych Pale Ale jakie miałem okazję pić. Przereklamowana i chamsko utleniona „ameryka”? Zdecydowanie nie tym razem!

piątek, 7 lipca 2017

Amager & Forest & Main – Psychedelic Popcorn

Na wstępie mikro streszczenie na temat stylu:
Grisette to piwo pochodzące z Walonii (Belgia), a dokładnie jej zachodniej prowincji Hainaut – regionu typowo górniczego. Swymi parametrami oraz charakterem pokrewne jest Saisonom (od obecnych jednak znacznie lżejsze), zaś w składzie zazwyczaj odnajdziemy spory udział pszenicy. Było lekkim, codziennym piwem górników, po pracy serwowanym przez kobiety noszące szare fartuchy (fr. gris – szary, popielaty). W Polsce z powodzeniem Grisette warzone było przez Pintę i Kingpina.

Psychedelic Popcorn chmielone jest nowofalowo bo amerykańskimi odmianami Citra, Mosaic oraz Chinook, zaś w zasypie zawiera owies.
 
4,2%ABV 21IBU Cena: 24zł (500ml)

Piwo prezentuje niesamowicie jasną, słomkową barwę oraz niemalże lagerową klarowność. Wysoka, obfita, śnieżnobiała piana trwałością przebija wszelkie spraye czy tam inne ubite białka, przy czym przepięknie osiada całymi kłaczkami na ściankach szklanki.

W aromacie mnóstwo nut pszenicznych, zbożowych, a nawet nieco ziemistych. Chmielowa cytrusowość bardzo subtelna, nie brak za to pieprzowej przyprawowości. Całość niesamowicie lekka i delikatna.

Smak zdecydowanie prezentuje to co lubię w lekkich Saisonach. Nuty chlebowe, macy i siana łączą się z delikatnymi cytrusami (Curacao) oraz minimalną kwaskowością. Balans pomiędzy słodowością, a goryczką idealny – jest wytrawnie, lecz z pewnością nie wodniście. Posmak suchego drewna, odrobinę piwniczny.

Odwzorowanie dziś już historycznego stylu jakim jest Grisette wyszło Duńczykom idealnie. Psychedelic Popcorn jest piwem niebywale pijalnym i sesyjnym, gaszącym pragnienie nawet w największe upały. Nic dziwnego, że podobnym trunkiem tak chętnie raczyli się po pracy walońscy górnicy – wszak powszechnie wiadomo, że im dalej w głąb naszej ziemi, tym cieplej. 

wtorek, 4 lipca 2017

Omnipollo & de Molen – Sitis

Imperial India Pale Ale z dodatkiem ananasa, chmielone odmianami Premiant, Columbus i Citra.

17°blg 8,5%ABV 47EBU Cena: 17zł (330ml)

Żółta, słoneczna barwa oraz bardzo mocne, kojarzące się z pszenicą zmętnienie do którego przyczynił się zapewne dodatek owocu. Piana dość szybko redukująca się do milimetrowej warstewki, lecz pozostawiająca na pocieszenie masę lacingu.

Aromat bardzo rześki, oczywiście owocowo-chmielowy. Sporo tu cytrusów takich jak grejpfrut i mandarynka, nie brak też tropików w postaci ananasa, mango i marakui. Całość wieńczy szczypta czeskiej ziołowości zestawiona z odrobiną amerykańskiej żywiczności. Procentów brak.

W smaku mamy kontynuację owocowej chmielowości. Goryczka jednak nie atakuje tak jak ma to miejsce w większości podwójnych IPA’s, jest wyraźnie stonowana, uładzona. Tu także nie potrafię się oszukać woltażu, choć przyznam, że całkowitego ogrzania piwo nie doczekało.

Sitis to zdecydowanie nowofalowa interpretacja Double IPA której blisko do wszelakich Vermont/New England IPA. Maksymalne skoncentrowanie się na owocowości kosztem goryczki pozytywnie obija się na pijalności. Bardzo udana i na szczęście nie przekombinowana kooperacja.

sobota, 1 lipca 2017

Nómada – Imperial Gianduja Stout

RIS z dodatkiem aromatów czekolady i orzechów laskowych mających odzwierciedlić gianduję - piemoncką mleczną czekoladą zawierającą w składzie 30% orzechów laskowych.

10,5%ABV Cena: 16zł (330ml)

Barwie niczego nie brakuje – jak przystało na styl jest niemalże całkowicie czarna, jedynie przy krawędzi szkła widoczne są nikłe brunatne refleksy. Piana początkowo bardzo bujna, po kilku minutach redukuje się do ładnego krążka pozostawiając jednocześnie na ściankach gęstą sieć lacingu.

Piwo pachnie rzeczywiście orzechową czekoladą. Sporo nut gorzkiego kakao, przypalanego karmelu i cień paloności kontruje mleczna słodycz. Całość na tyle intensywna, że jakichkolwiek śladów alkoholu ciężko się pod tym doszukać.

Smak zdecydowanie pozostaje w tyle. Brak tu poniekąd zapowiadanej pełni, razi także zdecydowanie zbyt wysoka kwaskowość oraz wręcz okrutny brak jakiejkolwiek pełni. Fajnie natomiast wypada kakaowy posmak pozostawiający suchość na podniebieniu. Procentowe rozgrzewanie obecnie, lecz nie rażące.

Ad rem – jakby nie patrzeć piwo, choć niczego nie urywa jest całkiem przyzwoitą pozycją. Myślę, że po prostu sama baza nie nadążyła za dodatkiem aromatów, które to zazwyczaj podkręcają aromat niewspółmiernie do wnoszonych przez siebie posmaków. Rozpatrując w kategorii ciekawie pachnącego FESa piwo jest naprawdę fajne, lecz jako Imperial Stout broni się jedynie ceną. 

Instagram