niedziela, 14 stycznia 2018

Σόλο (Solo) – Choriatiki [Χωριατικη]

Ot klasyczny, belgijski Saison.

14°blg 6,5%ABV 25IBU Cena: 12zł (330ml)

Swym wyglądem piwo przypomina większość przedstawicieli tegoż stylu – ciemnozłota, a właściwie już jasnopomarańczowa barwa, całkiem niezła, choć nie krystaliczna klarowność oraz wysoka, drobna, śnieżnobiała piana, która towarzyszy aż do końca degustacji.

Nie mniej poprawnie prezentuje się sama kwestia zapachowa. Sporo tu zbożowości, nut siana, kurzu, suchego drewna i ziemistości. Jest też nieco ziół, odrobina suszonych owoców oraz kandyzowanego cukru. Procenty dobrze wkomponowane w całość.

W smaku odrobina typowo belgijskich landrynek i chlebowości. Zachowano jednak tak istotne cechy dla Saisonów jak ekstremalna wytrawność oraz wysokie, szampanowe niemal wysycenie.

Można gderać, że brak tu jakiejś dodatkowej dzikości, że można było zrobić jeszcze lżejszą wersję (takie preferuję), lecz odmówić absolutnie wzorcowego charakteru temu piwu nie sposób. świetna pozycja choćby do nauki piwnych stylów, jak i orzeźwienia w co cieplejsze dni.

Brewski – Candy Queen

Berliner Weisse w którego składzie odnajdziemy pszenicę, owies oraz marakuję.

4,7%ABV Cena: 18zł (330ml)

Kolor od jasno (przewężenie) do ciemnożółtego, mocno zamglony lecz jeszcze nie całkiem mętny – ot niczym typowe Witbiery. Piana całkiem drobna, bieluteńka, obfita i jak na kwacha przyzwoicie trwała – utrzymała się jakieś dobre 5 minut.

Aromat to głównie mix soku grejpfrutowego z ananasem. Jego intensywność wręcz przytłacza. Sama marakuja, jak i cytryna oraz niedojrzały melon usadowiły się na drugim planie. Daleko w tle subtelna mleczność oraz klasycznie kontynentalna chmielowość.

Kwaśność atakuje kubki smakowe już przy pierwszym łyku. Jest zdecydowanie cytrusowa, intensywna lecz dość krótka. Znalazło się też miejsce dla odrobiny owsianej zbożowości oraz owocowego zestu. Całość mocno wysycona, ekstremalnie rześka.

Choć zazwyczaj wolę klasyczne interpretacje stylu, a Berlinera z sokiem nie pijam nigdy, to tutejsze połączenie kwaśnej klasyki z nowofalową owocowością całkiem się broni (pomimo pewnej dozy sztuczności samej marakui). Ostrzegam jednak, że fanom wszelakich milkshake”ów może nie do końca posmakować.

sobota, 13 stycznia 2018

Central Waters – Brewer's Reserve Bourbon Barrel Stout

Nazwa mówi właściwie wszystko. Wersja 2017.

9,5% Cena: 25zł (355ml)

W snifterze piwo prezentuje klasyczną, typową dla stylu nieprzeniknioną czerń. Po nalaniu przez jakieś magiczne 3 sekundy możemy obserwować beżową pianę – niestety zdecydowanie zbyt krótko aby móc chociaż zrobić w miarę przyzwoite zdjęcie.

Aromat wyraźnie kawowy, jest to jednak najmniej lubiany przeze mnie rodzaj jej serwowania czyli americano. Na dalszym planie sporo typowo porterowych suszonych owoców. Z mniej pozytywnych nut pojawia się sos sojowy, zaś z tych najciekawszych subtelny tytoń (może coś w stronę amerykańskiego Kentucky burleya?). Beczki niestety jak na lekarstwo.

Pierwszy łyk wywołał u mnie pewną konsternację. Jest niby ostro, a w sumie nie. Rozkładam to na czynniki pierwsze zatem. Mamy tu całkiem uwypukloną alkoholowość, która jednak bardziej niż z samego piwa zdaje się pochodzić od beczki. Chropowato wtóruje jej ogniskowa paloność oraz drzewne taniny. Po chwili do głosu dochodzą jednak posmaki słodkawej, typowo bourbonowej waniliny, która zdaje się łagodzić charakterność poprzedników. Choć sama pełnia piwa do najwyższych nie należy, sam aftertaste jest nadzwyczaj mięsisty, długi i bogaty.

Pozycja mająca jedną z mych ulubionych w piwie cech a mianowicie niesamowicie ewoluująca w trakcie degustacji. Kiepskie początki zostały idealnie nadrobione w czym niemały udział miało także natlenienie oraz ogrzanie (spędziłem przy tym piwie blisko godzinę). Chętnie spotkam się kolejny raz z Central Waters, niekoniecznie przy tak stricte degustacyjnych pozycjach.

sobota, 6 stycznia 2018

Emelisse – White Label Dubbel Bock Black Fruity Red Wine Blend BA

Jest to blend owocowego Saisona i Doppelbocka leżakowany w beczkach po czerwonym winie.

17°blg 7%ABV Cena: 20zł (330ml)

Przypominający na pierwszy rzut oka kolor ciemnej, brunatnej niemalże miedzi pod światło staje się czerwony, prawie rubinowy. Jasnobeżowa piana w kilka minut redukuje się do cieniutkiej obrączki.

Piwo pachnie wybitnie nietuzinkowo. Z jednej strony nie brak tu typowo koźlakowych nut karmelu, pumpernikla, czy też wręcz orzechów, z drugiej zaś sporo owocowości w postaci jeżyn, malin, borówek czy wiśni. Na tym jednak nie koniec. Dzieło wieńczą takie niuanse jak mocna ziemistość, mokre drewno, piwniczność i subtelna pleśń (serowa).

W smaku jest nie mniej ciekawie. Na myśl przychodzi mi ciasto brownie z kwaśną żurawiną – oczywiście nie jadłem tego w życiu, ale tak to mniej więcej musi smakować. Wytrawność piwa dodatkowo podbijana jest niemałą dawką drzewnych tanin oraz minimalnie octową kwasowość. Nie mogę też się oprzeć wrażeniu sporej grzybowości. Aftertaste pod znakiem niezbyt słodkiej, lecz nadzwyczaj ciężkiej waniliny.

Chyba najbardziej pokręcone z pitych do tej pory przeze mnie White Label, a przy okazji jedno z najdziwniejszych piw ogólnie. Finalny efekt jest ciekawy, lecz w ślepym teście nie byłbym w stanie zaklasyfikować tego do żadnego stylu. Ostatecznie pewnie obstawiłbym jako Flandersa, gdyż temu egzemplarzowi najbliżej do wyraźnie zdziczałych przedstawicieli tegoż stylu. Emelisse wciąż mnie potrafi mocno zaskoczyć…

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Barona – India Pale Ale

Po prostu najzwyklejsze IPA.

6,2°ABV 70IBU

Ciemnomiedzianą, wyraźnie zamgloną barwą piwo przebija wręcz nasz rodzimy Atak Chmielu, już na samym wstępie aspirując do uznawanej przeze mnie podkategorii „Old School IPA”. Jasnobeżowa, drobna piana utrzymuje się aż do końca degustacji, ładnie oblepiając ścianki szkła.

Aromat wyraźnie owocowy. Sporo tu owoców tropikalnych i ziołowości, mniej zaś cytrusów. Całkiem przyzwoity poziom niestety psuje wyraźny, mocno landrynkowy diacetyl. W pewnym stopniu tego typu odczucia mogą się także brać ze źle użytych słodów karmelowych. Brak natomiast jakichkolwiek nut nieprzyjemnego alkoholu czy rozgrzania przełyku.

W smaku ponownie wychodzi niechciana słodkawość. Mizerna, odrobinę łodygowa goryczka nie jest w stanie się jej przeciwstawić w zadowalającym stopniu. Nie brak także nut herbacianych – testując w ciemno rzekłbym wręcz, że w piwie zastosowano dodatek Earl Greya. Wysycenie w dolnym zakresie jak na styl, dość miękkie i przyjemne.

Po całkiem przyzwoitych notach na RateBeer spodziewałem się nieco więcej. W szkle otrzymałem natomiast trochę wadliwego średniaka. Gdyby nie mdła maślaność byłoby w miarę ok. W tym wypadku jednak moją pierwszą styczność z portugalskim Barona Brewing Company muszę zaliczyć do nieudanych. 

Instagram