czwartek, 3 maja 2018

Mały przegląd puszkowych To Øl


Zebrało mi się kilka puszeczek z duńskiego To Øl, prezentujących tak niemalże pełen przekrój piwnych stylów, jak i dodatków. Stwierdziłem zatem, że polecą w jednym zestawieniu, wszystkie pite w zbliżonej temperaturze z całkiem przyzwoitego sensorycznie szkła od Luigi Bormioli. 
Do dzieła zatem!

Mr. White 2018 Edition – New England Grisette, a właściwie Saison z dodatkiem białych winogron

5%ABV Cena: 19zł (500ml)

Typowy dla stylu złotawy pomarańcz, nieco zamglony, w czym upatrywałbym zaklasyfikowanie go jako New England. Śnieżnobiała piana zgrabnie oblepia ścianki szkła.
Aromat to połączenie nut cytrusowych (cytryna, pomarańcz) oraz zbożowo-ziemistych. Wraz z ogrzaniem pojawia się perfumowość oraz słodkie landrynki.
W smaku mamy niemalże klasykę stylu. Sporo mokrego siana, suchego drewna, słodkawego biszkoptu. Pojawia się także odrobinę ściągająca kubki smakowe zestowość.
Historycznie Grisette to taki lekki, pszeniczny Saison i trzeba przyznać, że Mr. White wpisuje się w ramy tego stylu wyśmienicie. Niestety dodatek winogron poza prawdopodobnym uwytrawnieniem piwa niczego nie wniósł. Pomimo tego piwo zdecydowanie godne polecenia, szczególnie fanom mniej oczywistej „Belgii”.


Mr. Pink 2018 Edition – New England IPA z dodatkiem buraków

6%ABV Cena: 21zł (500ml)

Wygląd piwa robi spore wrażenie – jednorodnie zmętniony, ciemny róż wpadający w fiolet, z lekko zabarwioną, drobną, acz niezbyt trwałą pianą.
W aromacie sporo soczystych cytrusów – pomarańcze, czerwone grejpfruty, marakuja, liczi. Nut buraczanych, czy też alkoholowych właściwie brak. Ot klasyczna chmielowa bomba.
Smak nie mniej owocowy. Tu jednak poza wszelakimi tropikami delikatnie daje znać o sobie szorstkawy granulat oraz burak – wnosi typową dla siebie pikantność (na szczęście na odpowiednio niskim poziomie). Całość dość dobrze zgrana, zachowująca balans słodowo-goryczkowy.
Piwo przede wszystkim ciekawe wizualnie. Jednak całej reszcie trudno zarzucić jakąś specjalną niepoprawność. No może poza jednym... uważajcie, tym piwem można się nieźle poplamić!


Mr. Orange 2018 Edition  Imperial (Wheat) IPA z papają, mango, morelą, pomarańczą i zestem

9%ABV Cena: 24zł (500ml)

Ciemnopomarańczowa barwa przypuszczalnie pochodzi od wysokiego ekstraktu, zaś jednorodne zmętnienie od dodatku owoców (tu obstawiam zastosowanie pulpy).
Pachnie całkiem przyjemnie – pomarańcze, grejpfruty, limonki oraz oczywiście nierozerwalnie związany z nimi zest. Cieszy dobrze zakamuflowany alkohol, frapuje natomiast lekko dość dziwna mleczność w tle.
W smaku owoce są już mocno wyczuwalne. Głównie za sprawą wnoszonej przez nie kwasowości. Nie brak jednak obowiązkowej dla stylu goryczki o żywiczno-ziołowym charakterze.
Całkiem udane połączenie na pozór ciężkiego piwa z rześkością owoców. Nie brak cech typowych dla DIPA, a z drugiej strony nie wieje lekko już opatrzoną klasyką. Ostrzegam jednak – szybkie gaszenie nim pragnienia w ciepły dzień może skutecznie zgasić… nas ;)


Mr. Blue 2018 Edition – Imperial Berliner Weisse z jeżynami, aronią, jagodami acai i czarną porzeczką. #20 w TOP50 (RateBeer)

9%ABV Cena: 24zł (500ml)

Kolor ciemnoczerwony, rubinowy wręcz, lecz wyraźnie zamglony. Sama zaś faktura przy nalewaniu sprawia wrażenie gęstej. Początkowo wysoka, różowawa i drobna piana, z czasem opada do kilkumilimetrowej warstewki, pozostawiając po sobie zgrabny lacing.
W aromacie ciężki do sprecyzowania owocowy mix, któremu najbliżej chyba do malin. Poza nim wyraźne żelazo oraz zielone liście – może to taniczność aronii wniosła taki efekt. Alkoholu brak.
Pierwsze łyki przynoszą przyjemne słodko-kwaśne nuty. Sporo owoców leśnych, dojrzałych wiśni i żurawiny (tu przypominają mi się owocowe kisiele z dzieciństwa). Całość dobrze ze sobą współgra, choć dla mnie mogła by być mniej słodka. Także tu ciężko doszukać się jakichkolwiek procentów.
Chyba najbardziej odjechane z przetestowanych do tej pory, a przy tym równie zdradzieckie w swej pozornej lekkości co poprzednik. Nie potrafię się zgodzić co do tak wysokich not w kategorii samego stylu, acz jako owocówka trzeba przyznać, że jest to prawdziwy sztos.


Mr. Blonde 2018 Edition – Gose warzone z wanilią, brzoskwinia i maliną

4,5%ABV Cena: 21zł (500ml)

Bardzo fajna prezencja w szkle – idealnie łososiowa barwa to niezbyt często spotykany przeze mnie widok podczas degustacji. Bieluteńka piana redukuje się do niewielkiego krążka w kilka minut, na szczęście ochoczo klei się do ścianek szkła.
W zapachu wyczuwam nuty owocowo-morskie. Jest nieco cukierkowo i mlecznie, lecz nadal rześko i lekko. Malina jako owoc wnoszący wiele już przy małym dodatku wysuwa się na pierwszy plan.
Smak to połączenie lemoniadowej lekkości z subtelną mineralnością, surowym ciastem, wytrawną, wręcz lekko taniczną zbożowością oraz delikatną waniliną. Dobrze udało się złapać balans pomiędzy kwaśnością, a dodatkiem soli, co wbrew pozorom łatwą sprawą nie jest.
Przyjemna, typowo letnia pozycja, którą śmiało można popijać z literatki wraz z lodem, kawałkami cytrusów, czy też innej mięty. Dodatek owoców nadzwyczaj stonowany, acz wyczuwalny i jak najbardziej na miejscu. Kompletnie nie dziwią mnie zatem wysokie noty beergeeków.
              

Mr. Brown 2018 Edition – Imperial Stout warzony z kawą, leżakowany z drewnem cedrowym oraz płatkami koniakowymi

10%ABV Cena: 24zł (500ml)

Barwa ciemnobrunatna, zdecydowanie nie całkowicie czarna. Beżowa, orzechowa piana o całkiem przyzwoitej jak na woltaż trwałości, estetycznie oblepia szkło.
Aromat głównie kawowy, kojarzący się z wytrawnym espresso. Nie brak orzechów włoskich, pistacji, deserowej czekolady, marcepanu i słodkawego kokosa. W tle nieco butwiejącego drewna oraz łagodnego tytoniu. Koniakowy alkohol obecny w całkiem szlachetnej formie.
W smaku otrzymujemy solidną dawkę gorzkiego kakao, migdałów, karmelu i pralin. Woltaż daje znać o sobie w dość chropowaty sposób – szczególnie w połączeniu z wyraźnie palonym posmakiem. Całość tworzy jednak nadzwyczaj dobrze dobraną mieszankę.
Całkiem przyjemna i zdecydowanie warta swej ceny, choć wymagająca nieco dłuższego poleżakowania pozycja. Najbardziej cieszy nie przesadzony dodatek dębiny i cedru. Ten ostatni wnosi jedynie subtelne nuty przyprawowo-kadzidłowe, kojarzące się z humidorem, a co za tym idzie z dobrym cygarem. Obstawiam, że czas będzie mu sprzyjał.


1 Ton of ... Lingonberries – Kwach z borówką brusznicą.

8%ABV Cena: 27zł (500ml)

Mocno czerwony, przypominający domowy kompot kolorek oraz delikatna opalizacja prezentują się całkiem przyzwoicie. Również lekko różowa, lśniąca piana pozytywnie zaskakuje tak swą objętością, jak i trwałością, czy też lepkością.
Sam aromat nieco ubogi – ot połączenie kwaskowej owocowości oraz słodkawej, mlecznej landrynki.
Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się kwestia smaku. Mamy tu wyraźną, lecz przyjemnie krótką kwaskowość, przeciekawą taniczną wytrawność kojarzącą mi się z aronią, czy też migdałową pestkę. Nie brak też słodkawej wiśni, ciemnych winogron i czerwonej porzeczki. Do powyższej gamy atutów dodałbym jeszcze idealne, podwyższone wysycenie oraz kompletny brak alkoholu.
Świetna owocówka! Słodko-kwaskowa, lekko ściągająca, rześka i obłędnie pijalna a przy tym nie mniej ciekawa pod kątem degustacyjnym. Piwo zdecydowanie warte swej nie najniższej przecież ceny.


#YOLOmælk – Imperial Milk Stout warzony z dodatkiem kawioru, fermentowany drożdżami szampańskimi

14%ABV Cena: 32zł (500ml)

Barwa nieprzenikniona, smoliście czarna. Pod koniec degustacji można jednak zauważyć całkiem niezłą klarowność. Beżowa piana utrzymuje się zaskakująco długo, przy czym delikatnie koronkuje na szkle.
Bogactwo i intensywność aromatu stoją na wysokim poziomie. Słodkawe nuty deserowe w postaci kakao, suszonych owoców, kandyzowanej wiśni i mlecznej kawy, zostały zestawione ze szlachetnym alkoholem oraz przyjemną, wyraźnie drzewną palonością.
Smak urzeka idealnym balansem pomiędzy laktozową pełnią, chropowatym charakterem słodów palonych oraz subtelnie rozgrzewającymi procentami. Jest gładko i miękko, choć wcale nie tak wyklejająco jak się jeszcze przed spróbowaniem spodziewałem.
Oczywiście dodatek kawioru oraz zastosowanie drożdży szampańskich to bardziej kwestia marketingowa, niż istotny zamysł piwowarski (no może poza głębszym odfermentowaniem i lepszą tolerancją na woltaż). Piwu jednak zdecydowanie na złe to nie wyszło. #YOLOmælk to świetny klasyk wśród tych mocniejszych interpretacji stylu. Półlitrowa pucha o dziwo nie zmęczyła mnie w najmniejszym stopniu, znikając ze szkła w niespełna trzy kwadransy. 


Reasumując - wszytkie piwa "dały darę", okazały się całkiem ciekawe i zapewniły mi dwa wieczory dobrej degustacji. Myślę, że pomimo ceny (łącznie trzeba wybulić prawie dwie stówki) warto pokusić się o taki set, tym bardziej, że można go budżetowo zrobić w kilka osób.


sobota, 28 kwietnia 2018

Kees & La Pirata – Hundred


Imperialny Single Hop Summit Stout kooperacyjnie uwarzony z okazji setnej warki Kees w 2017 r.

12%ABV 108EBU Cena: 14zł (330ml)

Smoliście czarna barwa, której przebłysków na próżno szukać nawet przy dnie, oraz ciemnobrązowa, opadająca z głośnym sykiem piana zwiastują spory udział słodów palonych.

W aromacie dość ciekawie. Nuty cukru kandyzowanego, lukrecji, kawy oraz cynamonu łączą się z przyjemnym, acz wyraźnym alkoholem w przedziwny mix. Mam wrażenie, że w tle pojawia się nawet jakaś wędzoność oraz mokre drewno. Jest słodko, ciężko, wręcz nieco przytłaczająco i szorstko. Ufff…

Smak nie przynosi zbytniego ukojenia. Znów czuję przybutwiałe taniny. Oczywiście jest sporo czarnej kawy, paloności oraz pozostawiającego suchość na języku kakao. Cieszy natomiast zdecydowanie delikatniejszy, niż zwiastował to aromat alkohol. Całość zwieńczona odrobinę zbyt wysokim wysyceniem.

Jest właściwy według mnie lekko agresywny sznyt La Piraty. Brak natomiast „efektu wow” jakim niejednokrotnie potrafił uraczyć Kees. Hundred to po prostu przeciętniak wagi ciężkiej plasujący się dokładnie w połowie stawki pomiędzy absolutnymi sztosami, a RISami, które nigdy nie powinny doświadczyć szkła odbiorcy. Powtórki nie będzie.

niedziela, 22 kwietnia 2018

La Pirata – Lab Nº 009 Barley Wine


Barleywine fermentowane dość nietypowo bo drożdżami… Belle Saison. Za chmielenie odpowiada mocny duet spod znaku „C” czyli Columbus i Chinook.

26°blg 13,5%ABV 75IBU 35EBC Cena: 19zł (330ml)

Nawet w malutkim, i przez to wąskim szkiełku degustacyjnym piwo ma ciemno miedzianą, niemal brązową barwę czym przypomina typowo angielskie interpretacje stylu. Beżowa piana w ciągu kilku minut redukuje się do milimetrowego krążka, ładnie przy tym oblepiając ścianki drobnymi koronkami.

W aromacie moc suszonych owoców – figi, daktyle, rodzynki i morele. W tle subtelny karmel oraz brązowy cukier. Pojawiają się także nuty chmielowe – zdecydowanie w kontynentalnym, nieco ziołowym, przyprawowym klimacie. Woltaż obecny, acz szlachetny i nie gryzący.

Smak to dopełnienie tego o czym mówiłem przy aromacie. Pierwsze wrażenie jest słodkie i wyklejające, lecz to pozorny efekt wynikający ze złożonego zasypu. W rzeczywistości piwo wydaje się być głęboko odfermentowane (browar podaje finalne plato 2,8), a co za tym idzie wytrawne (jak na styl i balling początkowy oczywiście). Ta wytrawność oraz rozgrzewające procenty świetnie przeciwstawiają się deserowemu profilowi piwa.

Niecodzienny pomysł wykorzystania Belle Saison okazał się strzałem w dziesiątkę. Piwo z jednej strony posiada całe bogactwo przynależne dobremu Barleywine, z drugiej zaś nie jest mulące, czy ciężkie. Myślę, że z czasem zyska jeszcze bardziej – owocowy susz spotęguje się oraz wzbogaci o nuty (miejmy nadzieję) szlachetnego miodu, a minimalnie chropowaty alkohol ułoży się. Na leżak brać w ciemno.

Brew By Numbers – 42/02 DDH Pale Ale - Number Two


Pale Ale z zodatkiem pszenicy i owsa, chmielone Citra, Summit, Ekuanot, Loral oraz Mosaic. Piwo w momencie recenzowania zajmowało ostatnie miejsce na liście TOP50 w swoim stylu (RateBeer).

5,8%ABV Cena: 27zł (500ml)

Kolorek ciemnopomarańczowy niczym współczesne interpretacje BPA czy Saisonów, moco opalizujący, acz nie tak zmętniony jak wszelakie New Englandy. Piana średnich lotów – zredukowała się do mikro krążka zaledwie w pół minuty.

Dość mizerną prezencję zdecydowanie wynagradza nam aromat. Piwo pachnie po prostu niczym świeżo wyciśnięty sok z marakui, mango, ananasa, melona oraz pomarańczy. Jest słodki, a zarazem cudownie rześki i świeży. Brak jakichkolwiek nut zbożowo-ziołowych.

Smak nie ustępuje temu co wyniuchały moje nozdrza. Wszelakie cytrusy oraz tropiki wypełniają każdy kubek smakowy. Fajnie zaznaczono także goryczkę – jest zdecydowanie mocniejsza niż w większości Vermontów, a przy tym odpowiednio krótka, odpowiednio skontrowana owsianą pełnią.

Jeden z lepszych Pale Ale jaki w życiu piłem. Testowałem także kilka Trillium z czołówki wspomnianego rankingu i ciężko mi wskazać zwycięzcę – ot każde z tych piw się różni. Cechą wspólną jest niesamowita intensywność owocowo-chmielowych aromatów oraz obłędna pijalność. Mam wrażenie, że ewolucja w chmieleniu wcale nie zatrzymała się w miejscu, a granica w napakowaniu lupulinowych żywic do piwa jest ciągle przesuwana. Tak czy inaczej 42/02 polecam każdemu hopheadowi.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wild Beer – Wildebeest


Jest to Imperial Stout z dodatkiem czekolady, espresso oraz wanilii.

11%ABV Cena: 19zł (330ml)

Barwa nawet w krośnieńskim mikro szkle degustacyjnym jest bliska całkowitej czerni – jedynie przy krawędziach dostrzec można ciemnobrunatne refleksy. Piana, tak jak i jakikolwiek lacing właściwie nie istnieje.

Aromat pod względem różnorodności nie zawodzi. Mamy tu oczywiście zapowiadaną deserową czekoladę, czarną kawę oraz szczyptę wytrawnej wanilii, lecz nie brak także nut ciemnych, suszonych owoców, muscovado oraz likierowych wiśni, znajdzie się także odrobina ogniskowego popiołu. Procenty dobrze wkomponowane w całość, subtelne nawet po ogrzaniu.

W smaku mamy właściwie to samo. Wszystkie składowe zdają się być jednak delikatne i nienachalne, co w mej ocenie jest sporym plusem. Do czego się zatem przyczepić? Ano kwaskowość – choć przyjemnie owocowa, to jednak mogłaby być delikatniejsza. Podobnie sprawa ma się z wysyceniem – czasem „mniej” znaczy „więcej”. Całość jednak w kategorii degustacyjnego nightcupa zdecydowanie daje radę.

Z pewnością nie jest to RIS spod znaku tak modnego obecnie „team słodyczka” czy też innego nafaszerowanego aromatami Omnipollo. Ot wytrawna i wielowymiarowa klasyka gatunku z dobrze dopasowanymi, nienarzucającymi się dodatkami. Dość dawno nie piłem nic z tegoż angielskiego browaru i z pewnością nie żałuję powrotu - wręcz przeciwnie.

Evil Twin – Tropical Itch


Berliner Weisse z dodatkiem marakui.

4,5%ABV Cena: 22zł (330ml)

Kolorek właściwie typowy dla stylu, no może odrobinę ciemniejszy, bardziej żółty niż prawilny, niemiecki odpowiednik "szampana północy". Tuż po otwarciu piana spektakularnie ucieka niczym Eastwood z Alcatraz. Nie przeszkadza jej to po przelaniu do szkła zredukować się w ciągu krótkiej chwili do kompletnego zera (lacingu niestety także brak).

W aromacie mamy sporą dawkę zapowiadanej marakui – bardziej kojarzącej się z owocowym musli niż powszechną obecnie pulpą czy niejednokrotnie sztucznawymi aromatami. Fajne udało się zredukować częstą w berlinerach serwatkową mleczność.

Smak wita konkretną, lecz przyjemnie krótką cytrynową kwasowością – nieodłącznie wręcz związaną z tym stylem. Nie brak także nut dojrzałych owoców tropikalnych, surowego ciasta oraz biszkoptowej słodyczki. Całość harmonijnie ze sobą zgrana, adekwatnie do wytycznych wysycona, lekka i orzeźwiająca.

Dobrze zaprogramowana jak i wykonana wariacja na temat Berliner Weisse. Dodatek jedynie subtelnie wzbogaca dość klasyczną bazę. Pozycja zdecydowanie warta spróbowania, a przy zakupie warto wziąć pod rozwagę zakup czteropaka, gdyż mała pucha znika błyskawicznie.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Dieu du Ciel – Péché Mortel


Imperial Coffee Stout. Ta wersja niestety się nie łapie (100/99 RateBeer), lecz Bourbon BA okupuje listę 100 najlepszych RISów na świecie. No cóż… pozostaje sprawdzić bazę.

9,5%ABV Cena:22zł (341ml)

Barwa dość klasyczna, wpasowująca się w ramy stylu, czyli bardzo bliska całkowicie nieprzeniknionej czerni. Można jednak doszukać się przyzwoitej klarowności, brunatnych przebłysków, oraz nieco osadu na dnie butelki. Beżowa piana przyzwoicie zdobi ścianki sniftera lepkimi koronkami…

Pachnie zdecydowanie kawowo, czyli adekwatnie do założeń. Jest ciemna czekolada, orzechy włoskie, nieco popiołu oraz ziemi – w skrócie zdecydowanie bardziej Brazylia niż Etiopia. Na dalszym planie odrobina karmelu oraz wiśniówki.

W smaku mamy także sporo kawy – takiej fusiastej, parzonej bezpośrednio w szklance. Nie brak także nut gorzkiego kakao, tytoniowych i ogniskowych. Całość jest wyraźnie wytrawna, palona i szorstkawa, a przy tym wcale nie sprawia wrażenia nieułożonej – wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że takie były założenia. Alkohol subtelny, minimalnie rozgrzewający.

Całkiem miła odskocznia od okrutnie słodkich wersji stylu, tak obecnie przecież popularnych. Główny dodatek mocno zaakcentowany, acz przyjemny przy tym i nie przesadzony. Wersję Barrel Aged podejrzewam o konkretniejszą słodycz. Tak czy inaczej, w kategorii klasycznych RISów Péché Mortel wypada całkiem zacnie.

La Débauche – Cognac Barrel


Barleywine chmielone francuskimi odmianami, leżakowane w beczkach po koniaku.

9,5%ABV Cena:18zł (330ml)

Piwo barwy ciemnomiedzianej, brunatnej, delikatnie opalizujące. Jasnobeżowa piana w ciągu kilkudziesięciu sekund redukuje się do milimetrowego krążka.

Aromat to zlepek nut typowych tak dla stylu, jak i leżakowania w drewnie. Jest odpowiednia słodowość, delikatny miód, słodka wanilina oraz subtelny alkohol. W tle suszone owoce spośród których na pierwszy plan wysuwa się kwaskowa żurawina. Brak dość typowego dla koniaku kokosa.

W smaku zaskakująca wręcz wytrawność. Spodziewałem się uderzenie ulepkowatej słodyczy, otrzymałem natomiast sporą co prawda słodowość, lecz umiejętnie skontrowaną beczkowymi taninami, ziemistością i goryczką (tak chmielową, jak i alkoholową).  Daleko w tle słodkawa wanilina oraz ciekawa dymność o delikatnie torfowym charakterze.

Super leżak głównie ze względu na dobry balans i rustykalny charakter. Beczka fajnie zagrała nie dominując piwa ciężkimi nutami, lecz jedynie uzupełniając i co dość rzadkie uwytrawniając potężne body. W tej cenie po prostu bajka – nic tylko brać.

sobota, 31 marca 2018

Founders – Rübæus


Coś czego dawno nie było czyli „owocówka” – tym razem malinowa.

5,7%ABV Cena: 17zł (330ml)

Po barwie zdecydowanie widać dodatek owoców – w przewężeniu nieco „kompotowo”, w górnej części szklanki jednak głęboka czerwień. Pomimo idealnej klarowności w toni zawieszone są pojedyncze farfocle przypominające cząstki malin. Jasna biel piany została delikatnie przełamana cukierkowym różem.

Aromat bez dwóch zdań wyraźnie malinowy. Pomimo, iż pachnie zaskakująco słodko, jest całkiem naturalny, rześki i lekki. W tle odrobina zbożowości kojarzącej się z owsem oraz nuta surowego ciasta. Brak chmielu, brak alkoholu – „Janusze” będą rozczarowani.

W smaku już zdecydowanie więcej „piwa w piwie”. Poza nieco kompotową, ale jednak w sumie fajną owocowością pojawia się trochę ziołowości, słodu i landrynek. Najbardziej intryguje mnie sam posmak – odrobinę cierpki, ziemisty, a nawet delikatnie ściągający (możliwe, że to zasługa pestek których malinom przecież nie brakuje).

Pozytywne, choć z pewnością nie wybitne piwo. Minusem jest jednak brak kontry kwaskowej oraz ogólna lekka sztuczność. Nadal jednak efekt orzeźwienia i lekkości stoi na wysokim poziomie doskonale gasząc pragnienie nie tylko w upalne dni.

środa, 28 lutego 2018

Oedipus & Mont Salève - Planet Oedipus Lifeform No. 4 - PO17-MS-LVBS


Kooperacyjny Berliner Weisse z dodatkiem przytuliny (tudzież marzanki wonnej), uwarzony podczas Planet Oedipus Festival 2017.

4%ABV Cena: 13zł (330ml)

Piwo barwy najzwyczajniej żółtej, krystalicznie klarowne (jedynie na dnie butelki zgromadziły się minimalne ilości drożdży). Jaśniuteńka piana opada do całkowitego zera dosłownie w dwie sekundy.

Aromat poza nieco mleczną, serwatkowo-cytrynową kwaskowością niesamowicie przypomina dobrze odleżakowany cydr. Jabłka, a właściwie przybrązowiałe już ich obierki fajnie łączą się z subtelnym miodem wielokwiatowym oraz słodkawym bzem. W tle szczypta słomy.

W smaku jako pierwsza atakuje średnio intensywna kwaśność. Szybko jednak przechodzi w nieco zbożową słodowość. Posmak niesamowicie kwiatowy, owocowy, rześki.

Choć Berlinery zazwyczaj nie są nazbyt złożonymi piwami, to muszę przyznać, że tu dzieje się nadzwyczaj wiele. Dodatek przytuliny wypadł ciekawie i intensywnie, acz nie przytłaczająco. Bardzo chętnie spróbowałbym tego typu wariacji też w kwaśnym, lecz bambikowym wydaniu. Pomimo dość mizernych not (45/23 RateBeer) piwo sprawiło mi wiele radości.

niedziela, 25 lutego 2018

Lervig & Cloudwater – There’s A Beer In My Fridge, And I Need A Drink


Żytnie IPA chmielone Chinook, Mosaic, Citra oraz Simcoe.

7,2%ABV Cena: ok. 29zł (500ml)

W Craft Master One ciemnopomarańczowa barwa właściwie nie ulega zmianie bez względu na przewężenie głównie za sprawą potężnej, acz cudownie jednorodnej mętności, która przebija wszelakie klasyczne Weizeny. Piana stosunkowo niska, lecz całkiem trwała i lepka.

Aromat to po prostu mistrzostwo świata – intensywność bez problemu wypełniająca pokój o powierzchni 20m². Dominuje dojrzałe mango, w tle brzoskwinie i słodkie pomarańcze. Sporo także niuansów żywiczno-ziołowych oraz odsłodowej zbożowości (o dziwo przyjemnej). Alkohol? Zero.

W smaku multiwitaminowa bomba. Cytrusy zmiksowane ze słodkimi tropikami. Wisienką na torcie żytnia ziemistość i lekko pikantna przyprawowość. Co dość rzadkie u większości nowofalowych New England IPA’s (a tak chyba wypada sklasyfikować to piwo) mamy tu całkiem konkretnie zaznaczoną goryczkę. Co lepsze – jest ona niesamowicie „zestowa”, a jednocześnie krótka. Całość nisko wysycona, nieziemsko gładka. Procenty minimalnie rozgrzewające pod koniec puszki.

Nudne ipy-sripy? Zdecydowanie nie w tym wypadku. Nowofalowe chmielenie nadal potrafi nieźle zaskoczyć. W piwie zastosowano jeden z moich ulubionych słodów bazowych (obok Spring) czyli Golden Promise. Chmielenie podkręcono natomiast przez podwójne użycie HopGun’a (chmielenie na zimno w przepływie). Efekt – najlepsze New England IPA jakie w życiu piłem.

Põhjala – Cellar Series - Cowboy Breakfast


Jest to Imperial Stout warzony z dodatkiem papryczek, czarnej porzeczki i kawy, leżakowany następnie w beczkach po Bourbonie.

12,5%ABV Cena: 35zł (330ml)

Barwa nadzwyczaj ciemna, iście smolista, chociaż sama faktura piwa swą gęstością jej nie przypomina. Patrząc pod światło można doszukać się krwistych refleksów. Orzechowa, jasnobrązowa piana wymaga lekkiego wymuszania przy nalewaniu, odwdzięcza się jednak kilkunastominutową obecnością w postaci kilkumilimetrowej warstewki, co przy tym woltażu nie jest częste.

Już po kilku „niuchnięciach” wiedziałem, że jest dobrze. Przede wszystkim na pochwałę zasługuje fakt, iż w aromacie udało się oddać każdą składową. Tak więc odszukanie porzeczki, papryki, kawy oraz oczywiście beczki nie stanowi specjalnego problemu. Jest ciemno, deserowo i słodko, ale także nieco kwaskowo i popiołowo. Drugi plus należy się za przepiękne wręcz zamaskowanie alkoholu.

W smaku mamy już nieco agresywniejszą porcję woltażu – nadal jednak nadzwyczaj szlachetnego. Podoba mi się także mocne zaakcentowanie paloności (co w obecnym zalewie słodyczkowych RISów jest coraz rzadsze). Ostrość poziomem zbliżona do naszego rodzimego Hadesa, beczka natomiast nie atakuje jedynie ciężką waniliną – wniosła także mokre drewno, kokos, trochę tytoniu oraz przypraw (kardamon?).

Zdecydowanie najlepsze piwo jakie miałem przyjemność pić od tegoż estońskiego browaru. Pozycja niebywale kompleksowa, ciekawa i degustacyjna.  Dodatki zgrały się idealnie dając niezwykle wielowymiarowy, a przy tym zbalansowany efekt. Nie ma się co dłużej rozwodzić – Cowboy Breakfast to bez wątpienia piwo klasy światowej.

wtorek, 6 lutego 2018

Spencer – India Pale Ale

IPA chmielone odmianami Perle, Apollo i Cascade.

7,2%ABV Cena: 17zł (330ml)

Mocno pomarańczowa barwa o wyraźnej opalizacji którą najprawdopodobniej zawdzięcza chmieleniu na zimno i niefiltrowaniu. Biała, lśniąca piana wypełnia blisko jedną trzecią objętości szklanki, utrzymuje się przez całą degustację, przy czym osiada na ściankach gęstymi pajęczynkami.

Niestety w aromacie spore utlenienie – miód dominuje nad całą resztą. Daleko w tle nieco ziołowej chmielowości, dojrzałe owoce tropikalne, szczypta słodowości. Dobrze natomiast udało się zakamuflować wcale nie taki niski woltaż.

Smak znów wita mnie kartonowo-miodowymi wadami. Całkiem konkretnie przebija się spod nich goryczka. Niestety jej profil nie napawa mnie optymizmem – siano, ziołowość i inne wszelakie łodygi to wszystko czego się w niej doszukałem. Pod koniec piwo stało się wyraźnie rozgrzewające.

Pierwsze Trappist IPA jakie było mi dane wypić okazało się niewypałem. Spory w tym udział czasu oraz warunków otoczenia (utlenienie). Mam jednak dziwne przeczucie, że piwo już opuszczając browar nie było chmielową petardą spod znaku nowej fali. Może Spencer pomimo swego położenia powinien nawiązywać mocniej do klasztornej tradycji? Ot choćby w jakimś Belgian IPA.

czwartek, 1 lutego 2018

8 Wired – The Big Smoke

Jest to wędzony Robust Porter. Użyty słód był wędzony drewnem niemieckiego buka (Bamberg) oraz nowozelandzkiego krzewu manuka.

6,2%ABV 45IBU Cena: 16zł (330ml)

W snifterze barwa jest naprawdę bliska czerni, jedynie przy dnie widoczne są brunatne refleksy. Stosunkowo jasna, kremowa piana charakteryzuje się średnią tak trwałością jak i lepkością – o gęstych koronkach brabanckich możecie zapomnieć.

Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się kwestia aromatu. Wędzoność wcale nie jest tu główną składową. Prym wiodą słodkie suszone owoce oraz przyjemna, nieco ogniskowa paloność. Szynkowe, nieco słodkawe nuty wędliniarskie dodają piwu pełni.

W smaku dymna strona piwa także nie przytłacza, zaś jedynie zgrabnie komponuje się z nutami ciemnego pieczywa, kawy zbożowej oraz gorzkiej czekolady. Jest niesamowicie miękko, delikatnie i wielowymiarowo. Woltaż perfekcyjnie zamaskowany – to akurat w zupełności nie dziwi.

Pamiętam jakim zaskoczeniem było dla mnie Rauchmärzen od Schlenkerlii serwowane w Bambergu grawitacyjnie z drewnianych beczek – gładkie, zdecydowanie mniej wędzone niż wersja butelkowa, obłędnie pijalne. Z bardzo podobnym efektem spotykam się właśnie w „The Big Smoke”. Dym tu wcale nie jest „big”, jest natomiast świetna porterowa baza, odpowiednie wysycenie oraz obłędna wręcz pijalność. Pyszna wędzonka, w pełni zasługująca na swe wysokie noty.

wtorek, 30 stycznia 2018

Evil Twin & Omnipollo – Old Fashioned Lemonade IPA

India Pale Ale warzone z dodatkiem laktozy oraz soku cytryny.

7%ABV Cena: 22zł (330ml)

Ciemnozłota, niemalże pomarańczowa barwa o mocnym zamgleniu, które w wyniku ewolucji piwnych stylów staje się już typowe dla interpretacji Hazy/Vermont/New England. Co ciekawe piwo absolutnie nie posiada piany – to głównie sprawka wysycenia, a właściwie jego totalnego braku.

W aromacie mamy zapowiadane cytryny – są całkiem rześkie, naturalne i nie przesadzone co jest pewnym zaskoczeniem w stosunku do tego co zazwyczaj odnaleźć można w piwach Omnipollo. W tle przyjemna (sic) chmielowość w postaci granulatu, trawy oraz ziół.

Smak przywitał mnie fajnie podbitą kwaskowością oraz owocowym zestem. Choć czuć także podkręcone laktozą body piwo nie jest w najmniejszym stopniu ciężkie. Daleko w tle majaczy niska, acz mocno kojarząca się z cytrusowym albedo goryczka. Właściwie jedyne czego mi tu brakuje to CO2.

Bardzo przyjemna i ciekawa pozycja. Główną zaletą jest spora pijalność oraz świetne orzeźwienie. Pomimo przetrzymania puszki od lipca 2017 Old Fashioned nie straciło, brak tu właściwie oznak utlenienia. Tym razem jest zdecydowanie udana kooperacja.

niedziela, 14 stycznia 2018

Σόλο (Solo) – Choriatiki [Χωριατικη]

Ot klasyczny, belgijski Saison.

14°blg 6,5%ABV 25IBU Cena: 12zł (330ml)

Swym wyglądem piwo przypomina większość przedstawicieli tegoż stylu – ciemnozłota, a właściwie już jasnopomarańczowa barwa, całkiem niezła, choć nie krystaliczna klarowność oraz wysoka, drobna, śnieżnobiała piana, która towarzyszy aż do końca degustacji.

Nie mniej poprawnie prezentuje się sama kwestia zapachowa. Sporo tu zbożowości, nut siana, kurzu, suchego drewna i ziemistości. Jest też nieco ziół, odrobina suszonych owoców oraz kandyzowanego cukru. Procenty dobrze wkomponowane w całość.

W smaku odrobina typowo belgijskich landrynek i chlebowości. Zachowano jednak tak istotne cechy dla Saisonów jak ekstremalna wytrawność oraz wysokie, szampanowe niemal wysycenie.

Można gderać, że brak tu jakiejś dodatkowej dzikości, że można było zrobić jeszcze lżejszą wersję (takie preferuję), lecz odmówić absolutnie wzorcowego charakteru temu piwu nie sposób. świetna pozycja choćby do nauki piwnych stylów, jak i orzeźwienia w co cieplejsze dni.

Brewski – Candy Queen

Berliner Weisse w którego składzie odnajdziemy pszenicę, owies oraz marakuję.

4,7%ABV Cena: 18zł (330ml)

Kolor od jasno (przewężenie) do ciemnożółtego, mocno zamglony lecz jeszcze nie całkiem mętny – ot niczym typowe Witbiery. Piana całkiem drobna, bieluteńka, obfita i jak na kwacha przyzwoicie trwała – utrzymała się jakieś dobre 5 minut.

Aromat to głównie mix soku grejpfrutowego z ananasem. Jego intensywność wręcz przytłacza. Sama marakuja, jak i cytryna oraz niedojrzały melon usadowiły się na drugim planie. Daleko w tle subtelna mleczność oraz klasycznie kontynentalna chmielowość.

Kwaśność atakuje kubki smakowe już przy pierwszym łyku. Jest zdecydowanie cytrusowa, intensywna lecz dość krótka. Znalazło się też miejsce dla odrobiny owsianej zbożowości oraz owocowego zestu. Całość mocno wysycona, ekstremalnie rześka.

Choć zazwyczaj wolę klasyczne interpretacje stylu, a Berlinera z sokiem nie pijam nigdy, to tutejsze połączenie kwaśnej klasyki z nowofalową owocowością całkiem się broni (pomimo pewnej dozy sztuczności samej marakui). Ostrzegam jednak, że fanom wszelakich milkshake”ów może nie do końca posmakować.

sobota, 13 stycznia 2018

Central Waters – Brewer's Reserve Bourbon Barrel Stout

Nazwa mówi właściwie wszystko. Wersja 2017.

9,5% Cena: 25zł (355ml)

W snifterze piwo prezentuje klasyczną, typową dla stylu nieprzeniknioną czerń. Po nalaniu przez jakieś magiczne 3 sekundy możemy obserwować beżową pianę – niestety zdecydowanie zbyt krótko aby móc chociaż zrobić w miarę przyzwoite zdjęcie.

Aromat wyraźnie kawowy, jest to jednak najmniej lubiany przeze mnie rodzaj jej serwowania czyli americano. Na dalszym planie sporo typowo porterowych suszonych owoców. Z mniej pozytywnych nut pojawia się sos sojowy, zaś z tych najciekawszych subtelny tytoń (może coś w stronę amerykańskiego Kentucky burleya?). Beczki niestety jak na lekarstwo.

Pierwszy łyk wywołał u mnie pewną konsternację. Jest niby ostro, a w sumie nie. Rozkładam to na czynniki pierwsze zatem. Mamy tu całkiem uwypukloną alkoholowość, która jednak bardziej niż z samego piwa zdaje się pochodzić od beczki. Chropowato wtóruje jej ogniskowa paloność oraz drzewne taniny. Po chwili do głosu dochodzą jednak posmaki słodkawej, typowo bourbonowej waniliny, która zdaje się łagodzić charakterność poprzedników. Choć sama pełnia piwa do najwyższych nie należy, sam aftertaste jest nadzwyczaj mięsisty, długi i bogaty.

Pozycja mająca jedną z mych ulubionych w piwie cech a mianowicie niesamowicie ewoluująca w trakcie degustacji. Kiepskie początki zostały idealnie nadrobione w czym niemały udział miało także natlenienie oraz ogrzanie (spędziłem przy tym piwie blisko godzinę). Chętnie spotkam się kolejny raz z Central Waters, niekoniecznie przy tak stricte degustacyjnych pozycjach.

sobota, 6 stycznia 2018

Emelisse – White Label Dubbel Bock Black Fruity Red Wine Blend BA

Jest to blend owocowego Saisona i Doppelbocka leżakowany w beczkach po czerwonym winie.

17°blg 7%ABV Cena: 20zł (330ml)

Przypominający na pierwszy rzut oka kolor ciemnej, brunatnej niemalże miedzi pod światło staje się czerwony, prawie rubinowy. Jasnobeżowa piana w kilka minut redukuje się do cieniutkiej obrączki.

Piwo pachnie wybitnie nietuzinkowo. Z jednej strony nie brak tu typowo koźlakowych nut karmelu, pumpernikla, czy też wręcz orzechów, z drugiej zaś sporo owocowości w postaci jeżyn, malin, borówek czy wiśni. Na tym jednak nie koniec. Dzieło wieńczą takie niuanse jak mocna ziemistość, mokre drewno, piwniczność i subtelna pleśń (serowa).

W smaku jest nie mniej ciekawie. Na myśl przychodzi mi ciasto brownie z kwaśną żurawiną – oczywiście nie jadłem tego w życiu, ale tak to mniej więcej musi smakować. Wytrawność piwa dodatkowo podbijana jest niemałą dawką drzewnych tanin oraz minimalnie octową kwasowość. Nie mogę też się oprzeć wrażeniu sporej grzybowości. Aftertaste pod znakiem niezbyt słodkiej, lecz nadzwyczaj ciężkiej waniliny.

Chyba najbardziej pokręcone z pitych do tej pory przeze mnie White Label, a przy okazji jedno z najdziwniejszych piw ogólnie. Finalny efekt jest ciekawy, lecz w ślepym teście nie byłbym w stanie zaklasyfikować tego do żadnego stylu. Ostatecznie pewnie obstawiłbym jako Flandersa, gdyż temu egzemplarzowi najbliżej do wyraźnie zdziczałych przedstawicieli tegoż stylu. Emelisse wciąż mnie potrafi mocno zaskoczyć…

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Barona – India Pale Ale

Po prostu najzwyklejsze IPA.

6,2°ABV 70IBU

Ciemnomiedzianą, wyraźnie zamgloną barwą piwo przebija wręcz nasz rodzimy Atak Chmielu, już na samym wstępie aspirując do uznawanej przeze mnie podkategorii „Old School IPA”. Jasnobeżowa, drobna piana utrzymuje się aż do końca degustacji, ładnie oblepiając ścianki szkła.

Aromat wyraźnie owocowy. Sporo tu owoców tropikalnych i ziołowości, mniej zaś cytrusów. Całkiem przyzwoity poziom niestety psuje wyraźny, mocno landrynkowy diacetyl. W pewnym stopniu tego typu odczucia mogą się także brać ze źle użytych słodów karmelowych. Brak natomiast jakichkolwiek nut nieprzyjemnego alkoholu czy rozgrzania przełyku.

W smaku ponownie wychodzi niechciana słodkawość. Mizerna, odrobinę łodygowa goryczka nie jest w stanie się jej przeciwstawić w zadowalającym stopniu. Nie brak także nut herbacianych – testując w ciemno rzekłbym wręcz, że w piwie zastosowano dodatek Earl Greya. Wysycenie w dolnym zakresie jak na styl, dość miękkie i przyjemne.

Po całkiem przyzwoitych notach na RateBeer spodziewałem się nieco więcej. W szkle otrzymałem natomiast trochę wadliwego średniaka. Gdyby nie mdła maślaność byłoby w miarę ok. W tym wypadku jednak moją pierwszą styczność z portugalskim Barona Brewing Company muszę zaliczyć do nieudanych. 

Instagram