środa, 28 lutego 2018

Oedipus & Mont Salève - Planet Oedipus Lifeform No. 4 - PO17-MS-LVBS


Kooperacyjny Berliner Weisse z dodatkiem przytuliny (tudzież marzanki wonnej), uwarzony podczas Planet Oedipus Festival 2017.

4%ABV Cena: 13zł (330ml)

Piwo barwy najzwyczajniej żółtej, krystalicznie klarowne (jedynie na dnie butelki zgromadziły się minimalne ilości drożdży). Jaśniuteńka piana opada do całkowitego zera dosłownie w dwie sekundy.

Aromat poza nieco mleczną, serwatkowo-cytrynową kwaskowością niesamowicie przypomina dobrze odleżakowany cydr. Jabłka, a właściwie przybrązowiałe już ich obierki fajnie łączą się z subtelnym miodem wielokwiatowym oraz słodkawym bzem. W tle szczypta słomy.

W smaku jako pierwsza atakuje średnio intensywna kwaśność. Szybko jednak przechodzi w nieco zbożową słodowość. Posmak niesamowicie kwiatowy, owocowy, rześki.

Choć Berlinery zazwyczaj nie są nazbyt złożonymi piwami, to muszę przyznać, że tu dzieje się nadzwyczaj wiele. Dodatek przytuliny wypadł ciekawie i intensywnie, acz nie przytłaczająco. Bardzo chętnie spróbowałbym tego typu wariacji też w kwaśnym, lecz bambikowym wydaniu. Pomimo dość mizernych not (45/23 RateBeer) piwo sprawiło mi wiele radości.

niedziela, 25 lutego 2018

Lervig & Cloudwater – There’s A Beer In My Fridge, And I Need A Drink


Żytnie IPA chmielone Chinook, Mosaic, Citra oraz Simcoe.

7,2%ABV Cena: ok. 29zł (500ml)

W Craft Master One ciemnopomarańczowa barwa właściwie nie ulega zmianie bez względu na przewężenie głównie za sprawą potężnej, acz cudownie jednorodnej mętności, która przebija wszelakie klasyczne Weizeny. Piana stosunkowo niska, lecz całkiem trwała i lepka.

Aromat to po prostu mistrzostwo świata – intensywność bez problemu wypełniająca pokój o powierzchni 20m². Dominuje dojrzałe mango, w tle brzoskwinie i słodkie pomarańcze. Sporo także niuansów żywiczno-ziołowych oraz odsłodowej zbożowości (o dziwo przyjemnej). Alkohol? Zero.

W smaku multiwitaminowa bomba. Cytrusy zmiksowane ze słodkimi tropikami. Wisienką na torcie żytnia ziemistość i lekko pikantna przyprawowość. Co dość rzadkie u większości nowofalowych New England IPA’s (a tak chyba wypada sklasyfikować to piwo) mamy tu całkiem konkretnie zaznaczoną goryczkę. Co lepsze – jest ona niesamowicie „zestowa”, a jednocześnie krótka. Całość nisko wysycona, nieziemsko gładka. Procenty minimalnie rozgrzewające pod koniec puszki.

Nudne ipy-sripy? Zdecydowanie nie w tym wypadku. Nowofalowe chmielenie nadal potrafi nieźle zaskoczyć. W piwie zastosowano jeden z moich ulubionych słodów bazowych (obok Spring) czyli Golden Promise. Chmielenie podkręcono natomiast przez podwójne użycie HopGun’a (chmielenie na zimno w przepływie). Efekt – najlepsze New England IPA jakie w życiu piłem.

Põhjala – Cellar Series - Cowboy Breakfast


Jest to Imperial Stout warzony z dodatkiem papryczek, czarnej porzeczki i kawy, leżakowany następnie w beczkach po Bourbonie.

12,5%ABV Cena: 35zł (330ml)

Barwa nadzwyczaj ciemna, iście smolista, chociaż sama faktura piwa swą gęstością jej nie przypomina. Patrząc pod światło można doszukać się krwistych refleksów. Orzechowa, jasnobrązowa piana wymaga lekkiego wymuszania przy nalewaniu, odwdzięcza się jednak kilkunastominutową obecnością w postaci kilkumilimetrowej warstewki, co przy tym woltażu nie jest częste.

Już po kilku „niuchnięciach” wiedziałem, że jest dobrze. Przede wszystkim na pochwałę zasługuje fakt, iż w aromacie udało się oddać każdą składową. Tak więc odszukanie porzeczki, papryki, kawy oraz oczywiście beczki nie stanowi specjalnego problemu. Jest ciemno, deserowo i słodko, ale także nieco kwaskowo i popiołowo. Drugi plus należy się za przepiękne wręcz zamaskowanie alkoholu.

W smaku mamy już nieco agresywniejszą porcję woltażu – nadal jednak nadzwyczaj szlachetnego. Podoba mi się także mocne zaakcentowanie paloności (co w obecnym zalewie słodyczkowych RISów jest coraz rzadsze). Ostrość poziomem zbliżona do naszego rodzimego Hadesa, beczka natomiast nie atakuje jedynie ciężką waniliną – wniosła także mokre drewno, kokos, trochę tytoniu oraz przypraw (kardamon?).

Zdecydowanie najlepsze piwo jakie miałem przyjemność pić od tegoż estońskiego browaru. Pozycja niebywale kompleksowa, ciekawa i degustacyjna.  Dodatki zgrały się idealnie dając niezwykle wielowymiarowy, a przy tym zbalansowany efekt. Nie ma się co dłużej rozwodzić – Cowboy Breakfast to bez wątpienia piwo klasy światowej.

wtorek, 6 lutego 2018

Spencer – India Pale Ale

IPA chmielone odmianami Perle, Apollo i Cascade.

7,2%ABV Cena: 17zł (330ml)

Mocno pomarańczowa barwa o wyraźnej opalizacji którą najprawdopodobniej zawdzięcza chmieleniu na zimno i niefiltrowaniu. Biała, lśniąca piana wypełnia blisko jedną trzecią objętości szklanki, utrzymuje się przez całą degustację, przy czym osiada na ściankach gęstymi pajęczynkami.

Niestety w aromacie spore utlenienie – miód dominuje nad całą resztą. Daleko w tle nieco ziołowej chmielowości, dojrzałe owoce tropikalne, szczypta słodowości. Dobrze natomiast udało się zakamuflować wcale nie taki niski woltaż.

Smak znów wita mnie kartonowo-miodowymi wadami. Całkiem konkretnie przebija się spod nich goryczka. Niestety jej profil nie napawa mnie optymizmem – siano, ziołowość i inne wszelakie łodygi to wszystko czego się w niej doszukałem. Pod koniec piwo stało się wyraźnie rozgrzewające.

Pierwsze Trappist IPA jakie było mi dane wypić okazało się niewypałem. Spory w tym udział czasu oraz warunków otoczenia (utlenienie). Mam jednak dziwne przeczucie, że piwo już opuszczając browar nie było chmielową petardą spod znaku nowej fali. Może Spencer pomimo swego położenia powinien nawiązywać mocniej do klasztornej tradycji? Ot choćby w jakimś Belgian IPA.

czwartek, 1 lutego 2018

8 Wired – The Big Smoke

Jest to wędzony Robust Porter. Użyty słód był wędzony drewnem niemieckiego buka (Bamberg) oraz nowozelandzkiego krzewu manuka.

6,2%ABV 45IBU Cena: 16zł (330ml)

W snifterze barwa jest naprawdę bliska czerni, jedynie przy dnie widoczne są brunatne refleksy. Stosunkowo jasna, kremowa piana charakteryzuje się średnią tak trwałością jak i lepkością – o gęstych koronkach brabanckich możecie zapomnieć.

Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się kwestia aromatu. Wędzoność wcale nie jest tu główną składową. Prym wiodą słodkie suszone owoce oraz przyjemna, nieco ogniskowa paloność. Szynkowe, nieco słodkawe nuty wędliniarskie dodają piwu pełni.

W smaku dymna strona piwa także nie przytłacza, zaś jedynie zgrabnie komponuje się z nutami ciemnego pieczywa, kawy zbożowej oraz gorzkiej czekolady. Jest niesamowicie miękko, delikatnie i wielowymiarowo. Woltaż perfekcyjnie zamaskowany – to akurat w zupełności nie dziwi.

Pamiętam jakim zaskoczeniem było dla mnie Rauchmärzen od Schlenkerlii serwowane w Bambergu grawitacyjnie z drewnianych beczek – gładkie, zdecydowanie mniej wędzone niż wersja butelkowa, obłędnie pijalne. Z bardzo podobnym efektem spotykam się właśnie w „The Big Smoke”. Dym tu wcale nie jest „big”, jest natomiast świetna porterowa baza, odpowiednie wysycenie oraz obłędna wręcz pijalność. Pyszna wędzonka, w pełni zasługująca na swe wysokie noty.

Instagram