czwartek, 3 maja 2018

Mały przegląd puszkowych To Øl


Zebrało mi się kilka puszeczek z duńskiego To Øl, prezentujących tak niemalże pełen przekrój piwnych stylów, jak i dodatków. Stwierdziłem zatem, że polecą w jednym zestawieniu, wszystkie pite w zbliżonej temperaturze z całkiem przyzwoitego sensorycznie szkła od Luigi Bormioli. 
Do dzieła zatem!

Mr. White 2018 Edition – New England Grisette, a właściwie Saison z dodatkiem białych winogron

5%ABV Cena: 19zł (500ml)

Typowy dla stylu złotawy pomarańcz, nieco zamglony, w czym upatrywałbym zaklasyfikowanie go jako New England. Śnieżnobiała piana zgrabnie oblepia ścianki szkła.
Aromat to połączenie nut cytrusowych (cytryna, pomarańcz) oraz zbożowo-ziemistych. Wraz z ogrzaniem pojawia się perfumowość oraz słodkie landrynki.
W smaku mamy niemalże klasykę stylu. Sporo mokrego siana, suchego drewna, słodkawego biszkoptu. Pojawia się także odrobinę ściągająca kubki smakowe zestowość.
Historycznie Grisette to taki lekki, pszeniczny Saison i trzeba przyznać, że Mr. White wpisuje się w ramy tego stylu wyśmienicie. Niestety dodatek winogron poza prawdopodobnym uwytrawnieniem piwa niczego nie wniósł. Pomimo tego piwo zdecydowanie godne polecenia, szczególnie fanom mniej oczywistej „Belgii”.


Mr. Pink 2018 Edition – New England IPA z dodatkiem buraków

6%ABV Cena: 21zł (500ml)

Wygląd piwa robi spore wrażenie – jednorodnie zmętniony, ciemny róż wpadający w fiolet, z lekko zabarwioną, drobną, acz niezbyt trwałą pianą.
W aromacie sporo soczystych cytrusów – pomarańcze, czerwone grejpfruty, marakuja, liczi. Nut buraczanych, czy też alkoholowych właściwie brak. Ot klasyczna chmielowa bomba.
Smak nie mniej owocowy. Tu jednak poza wszelakimi tropikami delikatnie daje znać o sobie szorstkawy granulat oraz burak – wnosi typową dla siebie pikantność (na szczęście na odpowiednio niskim poziomie). Całość dość dobrze zgrana, zachowująca balans słodowo-goryczkowy.
Piwo przede wszystkim ciekawe wizualnie. Jednak całej reszcie trudno zarzucić jakąś specjalną niepoprawność. No może poza jednym... uważajcie, tym piwem można się nieźle poplamić!


Mr. Orange 2018 Edition  Imperial (Wheat) IPA z papają, mango, morelą, pomarańczą i zestem

9%ABV Cena: 24zł (500ml)

Ciemnopomarańczowa barwa przypuszczalnie pochodzi od wysokiego ekstraktu, zaś jednorodne zmętnienie od dodatku owoców (tu obstawiam zastosowanie pulpy).
Pachnie całkiem przyjemnie – pomarańcze, grejpfruty, limonki oraz oczywiście nierozerwalnie związany z nimi zest. Cieszy dobrze zakamuflowany alkohol, frapuje natomiast lekko dość dziwna mleczność w tle.
W smaku owoce są już mocno wyczuwalne. Głównie za sprawą wnoszonej przez nie kwasowości. Nie brak jednak obowiązkowej dla stylu goryczki o żywiczno-ziołowym charakterze.
Całkiem udane połączenie na pozór ciężkiego piwa z rześkością owoców. Nie brak cech typowych dla DIPA, a z drugiej strony nie wieje lekko już opatrzoną klasyką. Ostrzegam jednak – szybkie gaszenie nim pragnienia w ciepły dzień może skutecznie zgasić… nas ;)


Mr. Blue 2018 Edition – Imperial Berliner Weisse z jeżynami, aronią, jagodami acai i czarną porzeczką. #20 w TOP50 (RateBeer)

9%ABV Cena: 24zł (500ml)

Kolor ciemnoczerwony, rubinowy wręcz, lecz wyraźnie zamglony. Sama zaś faktura przy nalewaniu sprawia wrażenie gęstej. Początkowo wysoka, różowawa i drobna piana, z czasem opada do kilkumilimetrowej warstewki, pozostawiając po sobie zgrabny lacing.
W aromacie ciężki do sprecyzowania owocowy mix, któremu najbliżej chyba do malin. Poza nim wyraźne żelazo oraz zielone liście – może to taniczność aronii wniosła taki efekt. Alkoholu brak.
Pierwsze łyki przynoszą przyjemne słodko-kwaśne nuty. Sporo owoców leśnych, dojrzałych wiśni i żurawiny (tu przypominają mi się owocowe kisiele z dzieciństwa). Całość dobrze ze sobą współgra, choć dla mnie mogła by być mniej słodka. Także tu ciężko doszukać się jakichkolwiek procentów.
Chyba najbardziej odjechane z przetestowanych do tej pory, a przy tym równie zdradzieckie w swej pozornej lekkości co poprzednik. Nie potrafię się zgodzić co do tak wysokich not w kategorii samego stylu, acz jako owocówka trzeba przyznać, że jest to prawdziwy sztos.


Mr. Blonde 2018 Edition – Gose warzone z wanilią, brzoskwinia i maliną

4,5%ABV Cena: 21zł (500ml)

Bardzo fajna prezencja w szkle – idealnie łososiowa barwa to niezbyt często spotykany przeze mnie widok podczas degustacji. Bieluteńka piana redukuje się do niewielkiego krążka w kilka minut, na szczęście ochoczo klei się do ścianek szkła.
W zapachu wyczuwam nuty owocowo-morskie. Jest nieco cukierkowo i mlecznie, lecz nadal rześko i lekko. Malina jako owoc wnoszący wiele już przy małym dodatku wysuwa się na pierwszy plan.
Smak to połączenie lemoniadowej lekkości z subtelną mineralnością, surowym ciastem, wytrawną, wręcz lekko taniczną zbożowością oraz delikatną waniliną. Dobrze udało się złapać balans pomiędzy kwaśnością, a dodatkiem soli, co wbrew pozorom łatwą sprawą nie jest.
Przyjemna, typowo letnia pozycja, którą śmiało można popijać z literatki wraz z lodem, kawałkami cytrusów, czy też innej mięty. Dodatek owoców nadzwyczaj stonowany, acz wyczuwalny i jak najbardziej na miejscu. Kompletnie nie dziwią mnie zatem wysokie noty beergeeków.
              

Mr. Brown 2018 Edition – Imperial Stout warzony z kawą, leżakowany z drewnem cedrowym oraz płatkami koniakowymi

10%ABV Cena: 24zł (500ml)

Barwa ciemnobrunatna, zdecydowanie nie całkowicie czarna. Beżowa, orzechowa piana o całkiem przyzwoitej jak na woltaż trwałości, estetycznie oblepia szkło.
Aromat głównie kawowy, kojarzący się z wytrawnym espresso. Nie brak orzechów włoskich, pistacji, deserowej czekolady, marcepanu i słodkawego kokosa. W tle nieco butwiejącego drewna oraz łagodnego tytoniu. Koniakowy alkohol obecny w całkiem szlachetnej formie.
W smaku otrzymujemy solidną dawkę gorzkiego kakao, migdałów, karmelu i pralin. Woltaż daje znać o sobie w dość chropowaty sposób – szczególnie w połączeniu z wyraźnie palonym posmakiem. Całość tworzy jednak nadzwyczaj dobrze dobraną mieszankę.
Całkiem przyjemna i zdecydowanie warta swej ceny, choć wymagająca nieco dłuższego poleżakowania pozycja. Najbardziej cieszy nie przesadzony dodatek dębiny i cedru. Ten ostatni wnosi jedynie subtelne nuty przyprawowo-kadzidłowe, kojarzące się z humidorem, a co za tym idzie z dobrym cygarem. Obstawiam, że czas będzie mu sprzyjał.


1 Ton of ... Lingonberries – Kwach z borówką brusznicą.

8%ABV Cena: 27zł (500ml)

Mocno czerwony, przypominający domowy kompot kolorek oraz delikatna opalizacja prezentują się całkiem przyzwoicie. Również lekko różowa, lśniąca piana pozytywnie zaskakuje tak swą objętością, jak i trwałością, czy też lepkością.
Sam aromat nieco ubogi – ot połączenie kwaskowej owocowości oraz słodkawej, mlecznej landrynki.
Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się kwestia smaku. Mamy tu wyraźną, lecz przyjemnie krótką kwaskowość, przeciekawą taniczną wytrawność kojarzącą mi się z aronią, czy też migdałową pestkę. Nie brak też słodkawej wiśni, ciemnych winogron i czerwonej porzeczki. Do powyższej gamy atutów dodałbym jeszcze idealne, podwyższone wysycenie oraz kompletny brak alkoholu.
Świetna owocówka! Słodko-kwaskowa, lekko ściągająca, rześka i obłędnie pijalna a przy tym nie mniej ciekawa pod kątem degustacyjnym. Piwo zdecydowanie warte swej nie najniższej przecież ceny.


#YOLOmælk – Imperial Milk Stout warzony z dodatkiem kawioru, fermentowany drożdżami szampańskimi

14%ABV Cena: 32zł (500ml)

Barwa nieprzenikniona, smoliście czarna. Pod koniec degustacji można jednak zauważyć całkiem niezłą klarowność. Beżowa piana utrzymuje się zaskakująco długo, przy czym delikatnie koronkuje na szkle.
Bogactwo i intensywność aromatu stoją na wysokim poziomie. Słodkawe nuty deserowe w postaci kakao, suszonych owoców, kandyzowanej wiśni i mlecznej kawy, zostały zestawione ze szlachetnym alkoholem oraz przyjemną, wyraźnie drzewną palonością.
Smak urzeka idealnym balansem pomiędzy laktozową pełnią, chropowatym charakterem słodów palonych oraz subtelnie rozgrzewającymi procentami. Jest gładko i miękko, choć wcale nie tak wyklejająco jak się jeszcze przed spróbowaniem spodziewałem.
Oczywiście dodatek kawioru oraz zastosowanie drożdży szampańskich to bardziej kwestia marketingowa, niż istotny zamysł piwowarski (no może poza głębszym odfermentowaniem i lepszą tolerancją na woltaż). Piwu jednak zdecydowanie na złe to nie wyszło. #YOLOmælk to świetny klasyk wśród tych mocniejszych interpretacji stylu. Półlitrowa pucha o dziwo nie zmęczyła mnie w najmniejszym stopniu, znikając ze szkła w niespełna trzy kwadransy. 


Reasumując - wszytkie piwa "dały darę", okazały się całkiem ciekawe i zapewniły mi dwa wieczory dobrej degustacji. Myślę, że pomimo ceny (łącznie trzeba wybulić prawie dwie stówki) warto pokusić się o taki set, tym bardziej, że można go budżetowo zrobić w kilka osób.


sobota, 28 kwietnia 2018

Kees & La Pirata – Hundred


Imperialny Single Hop Summit Stout kooperacyjnie uwarzony z okazji setnej warki Kees w 2017 r.

12%ABV 108EBU Cena: 14zł (330ml)

Smoliście czarna barwa, której przebłysków na próżno szukać nawet przy dnie, oraz ciemnobrązowa, opadająca z głośnym sykiem piana zwiastują spory udział słodów palonych.

W aromacie dość ciekawie. Nuty cukru kandyzowanego, lukrecji, kawy oraz cynamonu łączą się z przyjemnym, acz wyraźnym alkoholem w przedziwny mix. Mam wrażenie, że w tle pojawia się nawet jakaś wędzoność oraz mokre drewno. Jest słodko, ciężko, wręcz nieco przytłaczająco i szorstko. Ufff…

Smak nie przynosi zbytniego ukojenia. Znów czuję przybutwiałe taniny. Oczywiście jest sporo czarnej kawy, paloności oraz pozostawiającego suchość na języku kakao. Cieszy natomiast zdecydowanie delikatniejszy, niż zwiastował to aromat alkohol. Całość zwieńczona odrobinę zbyt wysokim wysyceniem.

Jest właściwy według mnie lekko agresywny sznyt La Piraty. Brak natomiast „efektu wow” jakim niejednokrotnie potrafił uraczyć Kees. Hundred to po prostu przeciętniak wagi ciężkiej plasujący się dokładnie w połowie stawki pomiędzy absolutnymi sztosami, a RISami, które nigdy nie powinny doświadczyć szkła odbiorcy. Powtórki nie będzie.

niedziela, 22 kwietnia 2018

La Pirata – Lab Nº 009 Barley Wine


Barleywine fermentowane dość nietypowo bo drożdżami… Belle Saison. Za chmielenie odpowiada mocny duet spod znaku „C” czyli Columbus i Chinook.

26°blg 13,5%ABV 75IBU 35EBC Cena: 19zł (330ml)

Nawet w malutkim, i przez to wąskim szkiełku degustacyjnym piwo ma ciemno miedzianą, niemal brązową barwę czym przypomina typowo angielskie interpretacje stylu. Beżowa piana w ciągu kilku minut redukuje się do milimetrowego krążka, ładnie przy tym oblepiając ścianki drobnymi koronkami.

W aromacie moc suszonych owoców – figi, daktyle, rodzynki i morele. W tle subtelny karmel oraz brązowy cukier. Pojawiają się także nuty chmielowe – zdecydowanie w kontynentalnym, nieco ziołowym, przyprawowym klimacie. Woltaż obecny, acz szlachetny i nie gryzący.

Smak to dopełnienie tego o czym mówiłem przy aromacie. Pierwsze wrażenie jest słodkie i wyklejające, lecz to pozorny efekt wynikający ze złożonego zasypu. W rzeczywistości piwo wydaje się być głęboko odfermentowane (browar podaje finalne plato 2,8), a co za tym idzie wytrawne (jak na styl i balling początkowy oczywiście). Ta wytrawność oraz rozgrzewające procenty świetnie przeciwstawiają się deserowemu profilowi piwa.

Niecodzienny pomysł wykorzystania Belle Saison okazał się strzałem w dziesiątkę. Piwo z jednej strony posiada całe bogactwo przynależne dobremu Barleywine, z drugiej zaś nie jest mulące, czy ciężkie. Myślę, że z czasem zyska jeszcze bardziej – owocowy susz spotęguje się oraz wzbogaci o nuty (miejmy nadzieję) szlachetnego miodu, a minimalnie chropowaty alkohol ułoży się. Na leżak brać w ciemno.

Brew By Numbers – 42/02 DDH Pale Ale - Number Two


Pale Ale z zodatkiem pszenicy i owsa, chmielone Citra, Summit, Ekuanot, Loral oraz Mosaic. Piwo w momencie recenzowania zajmowało ostatnie miejsce na liście TOP50 w swoim stylu (RateBeer).

5,8%ABV Cena: 27zł (500ml)

Kolorek ciemnopomarańczowy niczym współczesne interpretacje BPA czy Saisonów, moco opalizujący, acz nie tak zmętniony jak wszelakie New Englandy. Piana średnich lotów – zredukowała się do mikro krążka zaledwie w pół minuty.

Dość mizerną prezencję zdecydowanie wynagradza nam aromat. Piwo pachnie po prostu niczym świeżo wyciśnięty sok z marakui, mango, ananasa, melona oraz pomarańczy. Jest słodki, a zarazem cudownie rześki i świeży. Brak jakichkolwiek nut zbożowo-ziołowych.

Smak nie ustępuje temu co wyniuchały moje nozdrza. Wszelakie cytrusy oraz tropiki wypełniają każdy kubek smakowy. Fajnie zaznaczono także goryczkę – jest zdecydowanie mocniejsza niż w większości Vermontów, a przy tym odpowiednio krótka, odpowiednio skontrowana owsianą pełnią.

Jeden z lepszych Pale Ale jaki w życiu piłem. Testowałem także kilka Trillium z czołówki wspomnianego rankingu i ciężko mi wskazać zwycięzcę – ot każde z tych piw się różni. Cechą wspólną jest niesamowita intensywność owocowo-chmielowych aromatów oraz obłędna pijalność. Mam wrażenie, że ewolucja w chmieleniu wcale nie zatrzymała się w miejscu, a granica w napakowaniu lupulinowych żywic do piwa jest ciągle przesuwana. Tak czy inaczej 42/02 polecam każdemu hopheadowi.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wild Beer – Wildebeest


Jest to Imperial Stout z dodatkiem czekolady, espresso oraz wanilii.

11%ABV Cena: 19zł (330ml)

Barwa nawet w krośnieńskim mikro szkle degustacyjnym jest bliska całkowitej czerni – jedynie przy krawędziach dostrzec można ciemnobrunatne refleksy. Piana, tak jak i jakikolwiek lacing właściwie nie istnieje.

Aromat pod względem różnorodności nie zawodzi. Mamy tu oczywiście zapowiadaną deserową czekoladę, czarną kawę oraz szczyptę wytrawnej wanilii, lecz nie brak także nut ciemnych, suszonych owoców, muscovado oraz likierowych wiśni, znajdzie się także odrobina ogniskowego popiołu. Procenty dobrze wkomponowane w całość, subtelne nawet po ogrzaniu.

W smaku mamy właściwie to samo. Wszystkie składowe zdają się być jednak delikatne i nienachalne, co w mej ocenie jest sporym plusem. Do czego się zatem przyczepić? Ano kwaskowość – choć przyjemnie owocowa, to jednak mogłaby być delikatniejsza. Podobnie sprawa ma się z wysyceniem – czasem „mniej” znaczy „więcej”. Całość jednak w kategorii degustacyjnego nightcupa zdecydowanie daje radę.

Z pewnością nie jest to RIS spod znaku tak modnego obecnie „team słodyczka” czy też innego nafaszerowanego aromatami Omnipollo. Ot wytrawna i wielowymiarowa klasyka gatunku z dobrze dopasowanymi, nienarzucającymi się dodatkami. Dość dawno nie piłem nic z tegoż angielskiego browaru i z pewnością nie żałuję powrotu - wręcz przeciwnie.

Evil Twin – Tropical Itch


Berliner Weisse z dodatkiem marakui.

4,5%ABV Cena: 22zł (330ml)

Kolorek właściwie typowy dla stylu, no może odrobinę ciemniejszy, bardziej żółty niż prawilny, niemiecki odpowiednik "szampana północy". Tuż po otwarciu piana spektakularnie ucieka niczym Eastwood z Alcatraz. Nie przeszkadza jej to po przelaniu do szkła zredukować się w ciągu krótkiej chwili do kompletnego zera (lacingu niestety także brak).

W aromacie mamy sporą dawkę zapowiadanej marakui – bardziej kojarzącej się z owocowym musli niż powszechną obecnie pulpą czy niejednokrotnie sztucznawymi aromatami. Fajne udało się zredukować częstą w berlinerach serwatkową mleczność.

Smak wita konkretną, lecz przyjemnie krótką cytrynową kwasowością – nieodłącznie wręcz związaną z tym stylem. Nie brak także nut dojrzałych owoców tropikalnych, surowego ciasta oraz biszkoptowej słodyczki. Całość harmonijnie ze sobą zgrana, adekwatnie do wytycznych wysycona, lekka i orzeźwiająca.

Dobrze zaprogramowana jak i wykonana wariacja na temat Berliner Weisse. Dodatek jedynie subtelnie wzbogaca dość klasyczną bazę. Pozycja zdecydowanie warta spróbowania, a przy zakupie warto wziąć pod rozwagę zakup czteropaka, gdyż mała pucha znika błyskawicznie.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Dieu du Ciel – Péché Mortel


Imperial Coffee Stout. Ta wersja niestety się nie łapie (100/99 RateBeer), lecz Bourbon BA okupuje listę 100 najlepszych RISów na świecie. No cóż… pozostaje sprawdzić bazę.

9,5%ABV Cena:22zł (341ml)

Barwa dość klasyczna, wpasowująca się w ramy stylu, czyli bardzo bliska całkowicie nieprzeniknionej czerni. Można jednak doszukać się przyzwoitej klarowności, brunatnych przebłysków, oraz nieco osadu na dnie butelki. Beżowa piana przyzwoicie zdobi ścianki sniftera lepkimi koronkami…

Pachnie zdecydowanie kawowo, czyli adekwatnie do założeń. Jest ciemna czekolada, orzechy włoskie, nieco popiołu oraz ziemi – w skrócie zdecydowanie bardziej Brazylia niż Etiopia. Na dalszym planie odrobina karmelu oraz wiśniówki.

W smaku mamy także sporo kawy – takiej fusiastej, parzonej bezpośrednio w szklance. Nie brak także nut gorzkiego kakao, tytoniowych i ogniskowych. Całość jest wyraźnie wytrawna, palona i szorstkawa, a przy tym wcale nie sprawia wrażenia nieułożonej – wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że takie były założenia. Alkohol subtelny, minimalnie rozgrzewający.

Całkiem miła odskocznia od okrutnie słodkich wersji stylu, tak obecnie przecież popularnych. Główny dodatek mocno zaakcentowany, acz przyjemny przy tym i nie przesadzony. Wersję Barrel Aged podejrzewam o konkretniejszą słodycz. Tak czy inaczej, w kategorii klasycznych RISów Péché Mortel wypada całkiem zacnie.

Instagram